Pies z terakoty
- Автор: Камиллери Андреа
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Pies z terakoty». Краткое содержание книги:
– Jednak w sprawie, którą się zajmuję, miska ma swoje uzasadnienie – powiedział Montalbano do Rahmana – ponieważ chłopca i dziewczynę umieszczono w grocie nagich, a więc pieniądze musiały się gdzieś znajdować.
– Zgoda – odparł El Madani – lecz Koran nie mówi, że śpiący byli spragnieni. A więc naczynie z wodą jest zupełnie obcym elementem w stosunku do zapisu sury.
– Znam wiele legend o śpiących – potwierdził Rahman – ale w żadnej z nich nie ma mowy o wodzie.
– Ile osób spało w grocie?
– Sura nie określa tego dokładnie, być może liczba nie jest ważna: troje, czworo, pięcioro, sześcioro, nie licząc psa. Ale powszechnie przyjęło się, że śpiących było siedmioro, a z psem ośmioro.
– Jeżeli może to być dla pana pożyteczne, to sura podejmuje legendę chrześcijańską, tę o śpiących w Efezie – powiedział El Madani.
– Jest również współczesny dramat egipski, Ahl al-kahf, czyli Ludzie z groty, Taufika al-Hakima. Tam młodzi chrześcijanie, prześladowani przez cesarza Decjusza, zapadają w głęboki sen i budzą się w czasach Teodozjusza Drugiego. Jest ich troje, i jest z nimi pies.
– A więc – podsumował Montalbano – ten, kto umieścił ciała w grocie, na pewno znał Koran, a być może czytał również dramat tego Egipcjanina.
– Pan dyrektor? Mówi Montalbano. Dzwonię do pana z Mazary del Vallo, właśnie wyjeżdżam do Marsali. Proszę mi wybaczyć pośpiech, lecz muszę pana spytać o coś bardzo ważnego. Czy Lillo Rizzitano znał język arabski?
– Lillo? A skąd?
– Nie mógł się uczyć na uniwersytecie?
– Wykluczone.
– Jaką zdobył specjalność?
– Literatura włoska, u profesora Aurelia Cotroneo. Być może mówił mi nawet, jaki temat miała jego praca dyplomowa, ale zapomniałem.
– A może przyjaźnił się z jakimś Arabem?
– O ile wiem, to nie.
– Czy w Vigacie na przełomie czterdziestego drugiego i czterdziestego trzeciego roku byli jacyś Arabowie?
– Panie komisarzu, Arabowie żyli tu w okresie swej dominacji i powrócili obecnie, biedacy, lecz na pewno nie sprawują już władzy. Natomiast podczas wojny ich tu nie było. Ale co też ma pan do Arabów?
Kiedy ruszyli w kierunku Marsali, zapadł już mrok. Livia była zadowolona i ożywiona; spotkanie z żoną Valentego dobrze jej zrobiło. Na pierwszym skrzyżowaniu, zamiast skręcić w prawo, Montalbano pojechał w lewo. Livia natychmiast się zorientowała, a komisarz został zmuszony do wykonania trudnego manewru. Na drugim skrzyżowaniu, pewnie żeby zrekompensować poprzednią pomyłkę, zrobił dokładnie na odwrót: zamiast skręcić w lewo, skierował się w prawo, ale Livia, rozgorączkowana własnymi wywodami, już tego nie zauważyła. W pewnej chwili ku swojemu wielkiemu zdziwieniu stwierdzili, że wracają do Mazary. Livia wybuchnęła.
– Wymagasz ogromnej cierpliwości!
– Przynajmniej mogłaś zauważyć, że źle pojechałem! – powiedział w dialekcie.
– Nie mów do mnie po sycylijsku! Jesteś nieuczciwy, obiecałeś mi, że przed wyjazdem z Vigaty uwolnisz sobie głowę od spraw służbowych, tymczasem w dalszym ciągu błądzisz gdzieś myślami.
– Przepraszam, przepraszam.
Bardzo uważał przez pierwsze pół godziny, zanim zdradziecko powróciła myśclass="underline" pies pasuje, miska z pieniędzmi pasuje, stągiew nie. Dlaczego?
Nie zdążył wysunąć żadnej hipotezy, kiedy oślepiły go reflektory jakiejś ciężarówki. Zrozumiał, że za bardzo zjechał ze swojego pasa i że ewentualne zderzenie byłoby tragiczne w skutkach. Skręcił desperacko, zelektryzowany wrzaskiem Livii i wściekłym klaksonem ciężarówki. Zatańczyli na ziemi świeżo zaoranego pola, po czym samochód ugrzązł na dobre. Milczeli, nie mieli sobie nic do powiedzenia, Livia ciężko oddychała.
Montalbano wolał nie myśleć, co się stanie, kiedy tylko kobieta nieco ochłonie. Tchórzliwie uprzedził jej reakcję, prowokując współczucie.
– Wiesz, nie chciałem ci mówić, żeby cię nie przestraszyć, ale dziś po obiedzie źle się poczułem…
Reszta wydarzeń rozegrała się w poetyce między tragedią a filmem z Flipem i Flapem. Samochód nie ruszył z miejsca pomimo wielkich wysiłków Montalbana, który w końcu, obawiając się przegrzania silnika, zrezygnował z prób wyjechania z rowu i wyjął bagaże. Livia, wciąż zachowując pogardliwe milczenie, szła poboczem kilka kroków za nim, dopóki jakiś kierowca nie zlitował się nad dwojgiem włóczęgów i nie zabrał ich do Marsali. Montalbano zostawił Livię w hotelu, poszedł do komisariatu, powiedział, kim jest, i jeden z funkcjonariuszy obudził jakiegoś człowieka z pomocy drogowej. Po wszystkim, o czwartej nad ranem, położył się obok Livii pogrążonej w niespokojnym śnie.
22
Żeby zasłużyć na przebaczenie, Montalbano postanowił być czuły, cierpliwy, uśmiechnięty i posłuszny. Udało mu się do tego stopnia, że Livia odzyskała dobry nastrój. Mozia wydała jej się olśniewająca. W zdumienie wprawiła ją droga, która łączyła wyspę z wybrzeżem, biegnąc nieco poniżej poziomu morza. Także mozaika na podłodze jednego z pałaców, ułożona z białych i czarnych kamieni rzecznych, wzbudziła zachwyt Livii.
– To jest tophet – powiedział przewodnik – święty obszar Fenicjan. Nie było budynków, rytuały odbywały się na zewnątrz.
– Ofiary składane bogom? – spytała Livia.
– Bogu – poprawił przewodnik. – Bogu Baalowi Hammonowi. Fenicjanie poświęcali mu pierworodnych synów, zabijali ich, spalali, prochy wkładali do wazy, którą wsadzali w ziemię, a obok kładli kamienną płytę. Znaleziono tu ponad siedemset takich płyt.
– Mój Boże! – wykrzyknęła Livia.
– Droga pani, w tym miejscu dzieciom nie działo się dobrze. Kiedy admirał Leptines, wysłany przez Dionizjusza z Syrakuz, podbił wyspę, Mocjanie, zanim się poddali, wymordowali swoje dzieci. Czy wojna, czy pokój, taki już był los dzieci na Mozii, że śmierć bez przerwy zaglądała im w oczy.
– Chodźmy stąd, i to natychmiast – powiedziała Lwia. – Nie chcę więcej słyszeć o tych ludziach.
Postanowili jechać na Pantellerię i pozostali na niej sześć dni, wreszcie bez sprzeczek i kłótni. Urzeczona nastrojem miejsca, którejś nocy Livia spytała:
– Dlaczego nie mielibyśmy się pobrać?
– No właśnie, dlaczego?
Roztropnie postanowili zastanowić się nad tym w spokoju. Wyższą cenę zapłaciłaby Livia, która musiałaby porzucić swój dom w Boccadasse i przywyknąć do nowego stylu życia.
Kiedy tylko samolot z Livią na pokładzie oderwał się od ziemi, Montalbano czym prędzej zadzwonił do Montelusy do swojego przyjaciela Zito, zapytał o kogoś i w odpowiedzi otrzymał numer telefonu w Palermo, który natychmiast wybrał.
– Profesor Riccardo Lovecchio?
– Tak, to ja.
– Pański telefon dał mi nasz wspólny przyjaciel, Nicoló Zito.
– Jak się czuje nasz rudzielec? Już dawno go nie widziałem.
Głos z megafonu, który zapraszał pasażerów do wyjścia, podsunął mu myśl, żeby poprosić o bezzwłoczne spotkanie.
– Nicoló ma się dobrze i pozdrawia pana. Panie profesorze, jestem na lotnisku Punta Raisi i mam do odlotu mniej więcej cztery godziny. Chciałbym z panem porozmawiać.
Głos z megafonu ponownie skierował zaproszenie do pasażerów lecących do Rzymu, jak gdyby był w zmowie z komisarzem, który potrzebował natychmiastowych odpowiedzi.
– Czy pan jest komisarzem Montalbano z Vigaty, tym, który znalazł dwoje zabitych w grocie? Tak? Co za zbieg okoliczności! Czy pan wie, że w najbliższym czasie sam bym do pana zadzwonił? Niech pan do mnie przyjedzie, czekam, oto mój adres…