Fontanny raju [The Fountains of Paradise - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7169-045-2
- Переводчик: Radoslaw Kot
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Fontanny raju [The Fountains of Paradise - pl]». Краткое содержание книги:
— A co by się stało, gdyby pękła?
To było pytanie z brodą. Odpowiedź zaskakiwała większość ludzi.
— Prawie nic. W tej chwili nie jest praktycznie wcale obciążona ani napięta. Gdybyś ją przeciął, zwisłaby tylko, łopocząc na wietrze.
Kingsley skrzywił się z niechęcią. Obaj wiedzieli, rzecz jasna, że to znaczne uproszczenie. W tej chwili każda z czterech taśm napinała się z siłą około stu ton, ale w porównaniu z docelowym obciążeniem (to znaczy obciążeniem po dokończeniu wieży i jej uruchomieniu) było to faktycznie prawie nic. Niemniej nie miało sensu mieszać chłopcu w głowie tyloma szczegółami.
Dev przemyślał to sobie, a potem skubnął taśmę, jakby miał nadzieję wydobyć z niej dźwięk. Usłyszał jednak tylko głuche „klik”, które nie wzbudziło rezonansu.
— Gdybyś potraktował ją młotem kowalskim — powiedział Morgan — i wrócił posłuchać za godzinę, to usłyszałbyś echo wracające od stacji środkowej. — Ale już nie teraz — dodał Kingsley. — Zbyt duże tłumienie na szlaku.
— Nie czepiaj się, Warren. Teraz chodźmy zobaczyć coś naprawdę interesującego.
Przeszli na środek metalowego dysku, który wieńczył górę i niby pokrywa na rondelku zaślepiał wylot szybu. Tutaj, w równej odległości od wszystkich czterech taśm, wznosiła się mała klatka geodezyjna wyglądająca na jeszcze większą prowizorkę niż metalowe podłoże. Kryła teleskop osobliwego projektu, bo skierowany pionowo w górę i wyraźnie niezdolny do przyjęcia jakiegokolwiek innego położenia.
— Najlepiej widać właśnie tuż przed zachodem Słońca, wtedy podstawa wieży jest dobrze oświetlona.
— A jeśli chodzi o Słońce — dodał Kingsley — to popatrz tylko. Widoczność jest nawet lepsza niż wczoraj. — W jego głosie pobrzmiewał niejaki podziw, gdy wskazywał na świetlistą elipsę słonecznej tarczy tonącej w mgiełce na zachodzie. Przytłumiony wieczorną porą blask nie raził już oczu.
Tylu plam na Słońcu nie obserwowano od ponad stulecia, niektóre rozciągały się na prawie połowę tarczy, upodabniając dzienną gwiazdę do istoty chorej na złośliwą chorobę. Ktoś inny mógłby sądzić, że oto Słońce pożera swoje dzieci, planety układu, ale nawet Jowisz nie byłby zdolny uczynić w atmosferze gwiazdy tak dużej wyrwy. Największe plamy liczyły ćwierć miliona kilometrów średnicy i mogłyby pochłonąć setkę globów wielkości Ziemi.
— Dziś w nocy szykuje się kolejny spektakl zorzy. Profesor Sessui i jego wesołki zapewne wszystko dobrze obliczyli.
— A teraz zobaczmy, jak sobie radzą w górze — powiedział Morgan, poprawiając nieco okular teleskopu. — Popatrz, Dev.
Chłopak zerknął w przyrząd.
— Widzę cztery zbiegające się taśmy, które znikają gdzieś w górze — odparł po chwili.
— I nic pośrodku? Znów chwila milczenia.
— Nie. Ani śladu wieży.
— Racja, jest jeszcze sześćset kilometrów nad nami, a teleskop nastawiony jest na najmniejsze powiększenie. Zaraz polecimy w górę. Zapnij pasy. Dev zaśmiał się, słysząc ten staromodny zwrot, który niejednokrotnie słyszał na filmach historycznych. W pierwszej chwili nie zauważył żadnej różnicy, tyle tylko, że obraz taśm nieco się wyostrzył. Dopiero po kilku sekundach zrozumiał, że pędząc wzdłuż osi takiej struktury po prostu musi zawsze widzieć to samo, czyli cztery zbiegające się linie.
Potem, całkiem nagle, pojawił się obraz wieży. Zaskakujący, chociaż przecież spodziewany. Drobna jasna plamka zmaterializowała się pośrodku pola widzenia i rosła coraz większa, dając po raz pierwszy odczuć wielką prędkość zbliżania. Kilka sekund później można już było dostrzec mały krąg, aż złudzenie ustąpiło i oczy i mózg doszły do zgodnego wniosku, że to kwadrat. Dev patrzył wprost na podstawę wieży pełznącej wzdłuż taśm ku Ziemi z szybkością kilku kilometrów dziennie. Same taśmy zniknęły, były zbyt małe, by widzieć je z tej odległości. Jednak umieszczony magicznym sposobem na niebie kwadrat rósł nieustannie, chociaż jego obraz był skutkiem olbrzymiego powiększenia nieco rozmyty.
— Co widzisz? — spytał Morgan.
— Mały jasny kwadrat.
— Dobrze. To spód wieży, jeszcze w pełnym blasku Słońca. W nocy widać go nawet gołym okiem, przynajmniej przez godzinę, aż znajdzie się w cieniu Ziemi. A czy dostrzegasz coś więcej?
— Nieee — odparł chłopak po dłuższej przerwie.
— A powinieneś. W najniższej sekcji wieży przebywa obecnie grupa naukowców. Chcą umieścić tam kilka przyrządów badawczych. Przyjechali ze stacji środkowej. Jeśli przyjrzysz się dokładnie, znajdziesz ich transporter. Jest na południowym szlaku, to znaczy po prawej stronie. Szukaj jasnego punktu, mniej więcej na ćwierci wielkości podstawy wieży.
— Przykro mi, wujku, ale nie mogę go znaleźć. Sam popatrz.
— Może widoczność się pogorszyła… Czasem wieża znika zupełnie, chociaż pogoda jest wciąż wspaniała…
Zanim jednak Morgan zdołał zająć miejsce Deva przy okularze, jego osobisty sygnalizator pisnął dwukrotnie a przenikliwie.
Po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia budowy wieży ogłoszono czterogwiazdkowy alarm.
40. Koniec jazdy
Nic dziwnego, że zwano to „Koleją Transsyberyjską”. Nawet prosty zjazd w dół od stacji środkowej do podstawy wieży trwał pięćdziesiąt godzin.
Pewnego dnia taka podróż zajmie ledwie pięć godzin, ale ten dzień miał nadejść dopiero za dwa lata, kiedy szlaki otrzymają zasilanie i uaktywnione zostaną pola magnetyczne. Obecnie przemieszczające się wzdłuż wieży pojazdy inspekcji i bieżącej obsługi korzystały ze zwykłych rolek osadzonych we wnętrzu prowadnic. Nawet gdyby ograniczona pojemność akumulatorów pozwalała na rozwinięcie szybkości większej, niż pięćset kilometrów na godzinę, nie byłoby to bezpieczne.
Wszyscy byli jednak zbyt zapracowani, by mieć czas na nudę. Profesor Sessui wraz z trzema studentami obserwował niebo, sprawdzał instrumenty i wciąż wyszukiwali sobie nowe zajęcia. Operator kapsuły, inżynier, oraz jeden steward, którzy wystarczali za cały personel pokładowy, też mieli ręce pełne roboty. To nie był rutynowy kurs. Od czasu rozpoczęcia budowy nikt jeszcze nie zaglądał do „piwnicy”, obecnie odległej o dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów od stacji środkowej i tylko sześćset od Ziemi. Aż do tej chwili nie było takiej potrzeby, ostatnio jednak kilka czujników zameldowało o szeregu dysfunkcji. Nic groźnego zapewne, podstawę bowiem tworzyła komora ciśnieniowa o powierzchni ledwie piętnastu metrów kwadrato — wych. Było to jedno z licznych schronień awaryjnych rozmieszczonych w równych odstępach w strukturze całej wieży.
Profesor Sessui wykorzystał wszystkie swoje wpływy (a były one znaczne), aby uzyskać dostęp do tego unikalnego miejsca obserwacyjnego, poruszającego się obecnie przez jonosferę ku Ziemi z szybkością ledwie dwóch kilometrów dziennie. Dowodził, że jest sprawą nader istotną, aby zainstalować tam zespół aparatury zanim jeszcze nadejdzie kolejny szczyt aktywności plam słonecznych.
Aktywność gwiazdy już teraz osiągnęła niespotykany poziom i młodzi asystenci Sessuiego z trudem koncentrowali się na przyrządach; nazbyt rozpraszał ich widoczny za iluminatorami niebieski spektakl. Tak północna, jak i południowa półkula spowite były z wolna falującymi, zmiennymi woalami i strumieniami zielonkawego światła, które musiały budzić podziw, chociaż i tak były tylko dalekim echem fajerwerków właściwych obecnie okolicom biegunowym. Rzadko zdarzało się, aby zorza polarna zawędrowała tak daleko ku równikowi, zwykle ledwo raz na pokolenie widywano ją w pobliżu zwrotników.