Fontanny raju [The Fountains of Paradise - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7169-045-2
- Переводчик: Radoslaw Kot
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Fontanny raju [The Fountains of Paradise - pl]». Краткое содержание книги:
Sessui zapędził studentów z powrotem do pracy argumentując, że będą mieli masę czasu na podziwianie widoków w drodze powrotnej na stację środkową. Jednak nawet i profesor stawał czasem na kilka minut przed iluminatorem zafascynowany tym pożarem nieba.
Ktoś nazwał ich projekt badawczy „Wyprawa na Ziemię”, co w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach było prawdą. W miarę jak kapsuła pełzła po ścianie wieży z mizerną szybkością pięciuset metrów na godzinę, bliskość Ziemi dawała znać o sobie. Z wolna narastało ciążenie, począwszy od wynoszącego ledwie połowę grawitacji księżycowej przyciągania właściwego stacji środkowej, po niemal pełne przyspieszenie ziemskie. Dla doświadczonego na kosmicznych szlakach podróżnika musiało to być zaiste dziwne doświadczenie: czuć przyciąganie planety zanim jeszcze weszło się w jej atmosferę. Toż to prawie rewolucja…
Nie licząc narzekań na wyżywienie (steward znosił je ze stoickim spokojem), nic nie zakłócało podróży. Sto kilometrów przed „piwnicą” zaciągnięto hamulce i prędkość spadła o połowę. Na pięćdziesiątym kilometrze ponowiono manewr. Jeden ze studentów rzucił wtedy uwagę: — Głupio byłoby wypaść z torów…
Operator kapsuły (sam nalegał, by nazywać go pilotem) od warknął, że to niemożliwe, bowiem prowadnice kończą się na kilka metrów przed samym dnem wieży, ponadto istnieje cały system buforów, a to na wypadek, gdyby wszystkie cztery niezależne zespoły hamulców zawiodły. Wszyscy zgodzili się natychmiast, że żart był nie na miejscu, świadczył o braku wyczucia sytuacji i o złym smaku.
41. Meteor
Wielkie sztuczne jezioro znane od dwóch tysięcy lat jako Morze Paravany trwało spokojnie omiatane kamiennym spojrzeniem swego twórcy. Mało kto odwiedzał obecnie samotny posąg ojca Kalidasy, ale jego dzieło, jeśli nie sława, okazało się trwalsze od dokonań syna i lepiej też służyło krajowi, żywiącipojąc ponad sto pokoleń ludzkich i niezliczone rzesze ptaków, bawołów, małp i polujących na nie drapieżników. Do tych ostatnich należał nieźle wypasiony lampart o wspaniałej lśniącej sierści, który zaspokajał właśnie pragnienie tuż przy brzegu. Wielkie koty stały się ostatnio aż nazbyt powszednim widokiem, szczególnie że ani trochę nie obawiały się myśliwych. Nigdy jednak nie atakowały ludzi, chyba że zostały rozdrażnione lub zapędzone w ślepy zaułek.
Pewien swego bezpieczeństwa, lampart popijał spokojnie wodę, cienie wydłużały się, a wraz z nimi ze wschodu nadciągał zmierzch. Nagle kot zastrzygł uszami okazując niepokój, chociaż żaden człowiek nie wyczułby najmniejszej zmiany na ziemi, w wodzie czy na niebie. Nic nie mąciło wieczornego uspokojenia.
Dopiero po chwili, dokładnie z zenitu nieba, dobiegł stłumiony gwizd przechodzący z wolna w łoskot przeplatany głuchym wyciem. Odgłos nie przypominał zupełnie huku powodowanego przez powracający wahadłowiec. Gdzieś wysoko błysnęło nagle słońce odbijające się w wypolerowanej, metalowej powie — rzchni. Obiekt był coraz większy i zostawiał za sobą smugę dymu, aż w końcu eksplodował, siejąc szczątkami na wszystkie strony. Niektóre odłamki płonęły. W ciągu kilku sekund poprzedzających katastrofę bystre oko lamparta zdołałoby dostrzec spadający cylindryczny obiekt. Ale kotowaty nie czekał na finał i już chwilę wcześniej zniknął w dżungli.
Nagły grzmot wstrząsnął Morzem Paravany. Gejzer mułu i wody wystrzelił na sto metrów pióropuszem o wiele znaczniejszym niż fontanny z Yakkagali i niemal równie wysokim, jak sama skała. Przez chwilę zawisł na tle nieba, aż uległ przyciąganiu i opadł w spienione wody jeziora.
W jednej chwili zaroiło się nad brzegami od spłoszonego ptactwa wodnego oraz niemal równie licznych nietoperzy. Te ostatnie przypominały przeniesione jakimś cudem do współczesnych czasów pterodaktyle, jednak żywiły się głównie owocami i normalnie pokazywały się dopiero po zmroku. Teraz jednako przerażone ptaki i ssaki kotłowały się na niebie.
Ostatnie echa upadku wygasły w zwartej dżungli i cisza wróciła nad jezioro. Chwilę jeszcze trwało, nim zniknęły wzburzone fale i znów tylko lekkie zmarszczki goniły się z wiatrem pod czujnym acz martwym spojrzeniem Paravany Wielkiego.
42. Śmierć na orbicie
Powiada się, że każda wielka budowa pochłania przynajmniej jedno ludzkie życie. Na pirsach Mostu Gibraltarskiego wyrzeźbiono czternaście nazwisk. Jednak dzięki bezwzględnie egzekwowanym wymogom bezpieczeństwa ofiary wieży były stosunkowo nieliczne. Zdarzył się nawet jeden rok, kiedy nie doszło do żadnego śmiertelnego wypadku.
Był też i taki rok, kiedy zdarzyły się aż cztery wypadki, z czego dwa szczególnie przykre. Nadzorca montażu ze stacji kosmicznej zapomniał pewnego razu, że chociaż pracuje w stanie nieważkości, to jednak nie znajduje się na orbicie. Dotychczasowe doświadczenie go zgubiło. Spadał ponad piętnaście tysięcy kilometrów, aż spłonął jak meteor wchodząc w atmosferę. Niestety, radio miał włączone aż do końca…
To był rzeczywiście zły rok dla wieży. Druga tragedia przyćmiła poprzednią i trafiła na pierwsze strony dzienników. Pani inżynier pracująca na przeciwmasie, daleko poza orbitą synchroniczną, nie zapięła należycie klamry przy pasie bezpieczeństwa i niczym wyrzucony z procy kamień poleciała w kosmos. Nic jej nie groziło, była za wysoko, by spaść na Ziemię i za nisko, by wejść na orbitę ucieczki. Nieszczęśliwym zrządzeniem losu powietrza miała tylko na dwie godziny. Nie dało się w tak krótkim czasie zmontować ekipy ratowniczej, zatem pomimo gwałtownej reakcji opinii publicznej, nie uczyniono niczego. Ofiara zachowała spokój i wykazała pełne zrozumienie. Przekazała pożegnania i mając powietrza już tylko na trzydzieści minut, rozhermetyzowała skafander. Ciało odzyskano kilka dni później, kiedy nieubłagane prawa mechaniki niebieskiej sprowadziły je z powrotem do perigeum elipsoidalnej orbity.
Wspomnienie tych tragedii przemknęło przez myśli Morgana, gdy szybką windą podążał do centrali. Ponury Warren Kingsley i Dev deptali mu po piętach. Wszyscy w jednej chwili zupełnie zapomnieli o siostrzeńcu inżyniera. Ta katastrofa różniła się od poprzednich, towarzyszyła jej eksplozja u podstawy wieży. Nie było wątpliwości, że transporter spadł na Ziemię. To akurat wiedziano na długo przedtem, nim nadszedł raport o „olbrzymim deszczu meteorytów” gdzieś nad centralną Taprobane.
Z dalszymi spekulacjami trzeba było poczekać do chwili uzyskania konkretniejszych informacji. Niestety, biorąc pod uwagę zniszczenia, pełnego przebiegu zdarzeń zapewne nigdy nie uda się odtworzyć. Morgan wiedział, że wypadki w kosmosie powodowane są zwykle przez cały splot okoliczności, z osobna całkiem niegroźnych. Żadne środki bezpieczeństwa nie gwarantowały stuprocentowej skuteczności, co więcej, czasem przesadna troska inżynierów też mogła doprowadzić do tragedii. Morgan nie przejmował się obecnie zawodnością systemu, o wiele bardziej niepokoił go los ewentualnych ofiar. Martwym nie można już w żaden sposób pomóc, co najwyżej pozostaje zrobić wszystko, aby podobny wypadek już się nie powtórzył. Myśl o ewentualnym zagrożeniu całości ukończonej już niemal wieży była zbyt upiorna, by się nią zajmować.
Winda zatrzymała się i Morgan wszedł do centrali, by przeżyć drugie tego wieczoru zaskoczenie.
43. Niezawodny system
Pięć kilometrów od stacji końcowej operator-pilot Rupert Chang ponownie zmniejszył szybkość. Po raz pierwszy pasażerowie mogli rozróżnić jakiekolwiek szczegóły ściany wieży, dotąd migającej za oknami pod postacią nieskończonej smugi. Dwie równoległe prowadnice zbiegały się ku górze w nieskończoności perspektywy (dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów czy nieskończoność — w ludzkiej skali to niemal to samo). W dole jednak koniec szlaku był już widoczny. Ścięta podstawa wieży rysowała się wyraźnie na tle zieleni wyspy Taprobane, celu ponad rocznej jeszcze, powolnej wędrówki. Na tablicy kontrolnej zapaliły się znów światełka zwiastujące alarm. Chang przyjrzał im się ze zdumieniem, zmarszczył czoło i nacisnął guzik przeładowania systemu. Diody mignęły i zgasły.