Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » W słusznej sprawie
W słusznej sprawie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

W słusznej sprawie

Электронная книга - «W słusznej sprawie». Краткое содержание книги:

Miami. Znany reporter Matthew Cowart dostaje list z więzienia stanowego. Robert Fergusson czeka w celi śmierci na wykonanie wyroku, twierdzi jednak, że nie popełnił morderstwa, za które został skazany. Cowart postanawia zająć się tą sprawą. Nie przypuszcza, że jego sensacyjny reportaż uruchomi potężny mechanizm mistyfikacji i zbrodni…
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 146
Перейти на страницу:

W nocy leżał w łóżku nie mogąc zasnąć i rozmyślał: Mam. Udało mi się. Naprawdę się udało.

W sobotę, w przeddzień ukazania się artykułu, zadzwonił do Tanny’ego Browna. Detektyw był w domu, a na posterunku nie chcieli podać mu jego zastrzeżonego numeru. Poprosił sekretarkę, żeby przekazała detektywowi, aby do niego oddzwonił, co też uczynił godzinę później.

– Cowart? Tanny Brown z tej strony. Myślałem, że to już koniec naszych rozmów.

– Chciałem tylko dać panu szansę skomentowania materiału wykorzystanego w artykule.

– Pewnie taką samą, jaką dał nam ten wasz cholerny fotograf?

– Przepraszam za to.

– Zastawił na nas pułapkę.

– Przepraszam.

Brown zamilkł na chwilę.

– Przynajmniej mam nadzieję, że nie wyszedłem na tym zdjęciu najgorzej. Człowiek zawsze jest trochę próżny – powiedział.

Cowart nie mógł się zorientować, czy detektyw żartuje, czy nie.

– Całkiem nieźle – odparł. – Jak fotografia z magazynu „Dragnet”.

– No to może być. Czego pan chce?

– Chce pan dołączyć jakiś komentarz do artykułu, który jutro się ukaże?

– Jutro? O cholera. Chyba będę musiał wcześnie wstać i iść do kiosku. To będzie głośna sprawa?

– Tak.

– Pierwsza strona? Staniesz się pan gwiazdą, co, Cowart? Będziesz słynny?

– Tego nie wiem.

Detektyw roześmiał się kpiąco.

– To jest atutowa karta Roberta Earla, tak? Myśli pan, że to mu pomoże? Sądzi pan, że wydobędzie go pan tym z celi śmierci?

– Nie wiem. Ale to bardzo ciekawy artykuł.

– Nie wątpię.

– Chciałem tylko dać panu możliwość załączenia oświadczenia.

– Powie mi pan w końcu, czym on jest?

– Tak. Powiem. Teraz jest już napisany.

Głos Tanny’ego Browna umilkł na chwilę w słuchawce.

– Pewnie napisał pan o pobiciu go i te wszystkie bzdury? Ten kawałek o pistolecie, zgadza się? – zapytał.

– Jest tam opisana jego wersja. Jest również napisane, co pan twierdzi.

– Tylko że nie za bardzo wyeksponowane, co?

– Obydwie wersje są wyeksponowane w jednakowym stopniu.

Brown roześmiał się.

– Na pewno – powiedział.

– No więc, czy chciałby pan dołączyć bezpośredni komentarz?

– Podoba mi się słowo „komentarz”. Dużo wnosi, prawda? Jest układne i bezpieczne. Chce pan, żebym skomentował treść artykułu? – W jego głosie wyraźnie brzmiał sarkazm.

– Tak. Chcę, żeby miał pan taką możliwość.

– Mam możliwość. Możliwość wykopania sobie głębszego grobowca – powiedział detektyw. – Wpędzenia się w jeszcze gorsze tarapaty niż te, w których już się znajduję, tylko dlatego że nie naopowiadałem panu steku kłamstw. Oczywiście. – Złapał oddech i ciągnął dalej głosem niemal smutnym. – Mogłem w ogóle nie dopuścić pana do żadnych danych, ale nie zrobiłem tego. Czy napisał pan to w swoim artykule?

– Oczywiście.

Tanny Brown roześmiał się krótkim, szyderczym śmiechem.

– Wiem, jak pan sobie wyobraża dalszy ciąg tej sprawy. Ale jedno panu powiem. Myli się pan. Niezmiernie się pan myli.

– Czy to chciał pan powiedzieć?

– Sprawy nigdy nie toczą się tak gładko, czy tak po prostu, jak ludzie tego chcą. Zawsze powstaje bałagan. Zawsze padają pytania. Zawsze pojawiają się wątpliwości.

– Czy to właśnie chciał pan powiedzieć?

– Nie, chciałem tylko, żeby pan to zrozumiał. – Detektyw roześmiał się nerwowo. – Ciągle jest pan twardziel, co, Cowart? Nie musi pan na to odpowiadać. Już znam odpowiedź. – Minęła dłuższa chwila.

Cowart wsłuchiwał się w głęboki, złowieszczy oddech po drugiej stronie słuchawki, zanim Tanny Brown w końcu się odezwał słowami, grzmiącymi jak daleka burza.

– Dobrze. Oto mój komentarz. Pierdol się.

I odłożył słuchawkę.

Rozdział ósmy

KOLEJNY LIST Z CELI ŚMIERCI

Nie widział się z Fergusonem ani z nim nie rozmawiał aż do czasu rozprawy.

To samo dotyczyło detektywów, którzy nie odpowiedzieli na żaden telefon przez kilka tygodni po ukazaniu się artykułów. Jego prośby o aktualne informacje były spełniane w zwięzłej formie przez prokuratorów, którzy próbowali obmyślić jakąś taktykę. Z drugiej strony adwokaci stanowi broniący Fergusona byli bardzo wylewni, dzwonili do niego niemal codziennie i informowali o najnowszym rozwoju wydarzeń, wprawiając w ruch mechanizm przedkładania nowych wniosków sędziemu, który przewodniczył procesowi o zabójstwo wytoczonemu Fergusonowi.

Kiedy materiał się ukazał, Cowart wpadł w naturalny pęd będący skutkiem zarzutów, które przedstawił, jakby ulewne strugi deszczu pchały go po ulicy. Telewizja i prasa zaangażowały się w sprawę, rzucając się drapieżnie na wszystkich ludzi, zdarzenia i miejsca, opowiadając tę fabułę ciągle od nowa, przerabiając ją na dziesiątki, zasadniczo nie różniących się niczym od siebie sposobów. Dla wszystkich zainteresowanych był to materiał zawierający kilka fascynujących punktów – wymuszone zeznanie, zbulwersowane miasteczko, wciąż poruszone zabójstwem dziecka, nieprzystępni detektywi, i w końcu ta przerażająca ironia: oto morderca może spokojnie patrzeć, jak ktoś inny ląduje na krześle elektrycznym, tylko dlatego że nie chce puścić pary z ust. Oczywiście Blair Sullivan faktycznie nie puszczał pary z ust, odmawiając wszelkich wywiadów, rozmów z reporterami, prawnikami, policją, a nawet ekipą programu „60 Minut”. Wykonał tylko jedną rozmowę telefoniczną do Matta Cowarta, może z dziesięć dni po ukazaniu się artykułów.

Dzwonił na koszt rozmówcy. Cowart siedział przy biurku na tyłach działu wydawniczego i czytał przedruk swojego artykułu w „The New York Timesie”. (PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI W SPRAWIE O MORDERSTWO NA FLORYDZIE), kiedy zadzwonił telefon i głos telefonistki międzymiastowej zapytał go, czy przyjmie na swój koszt rozmowę telefoniczną z panem Sullivanem ze Starkę na Florydzie. Najpierw się zmieszał, następnie ogarnęło go elektryzujące podniecenie. Pochylił się na krześle i usłyszał znajomy, miękki nosowy ton sierżanta Rogersa z więzienia.

– Cowart, jest pan tam, chłopie?

– Słucham, sierżancie. Tak?

– Przyprowadzimy Sully’ego. Chce z wami porozmawiać.

– Jak się tam sprawy mają?

Sierżant zaśmiał się.

– Do diabła, nie powinienem był tu pana wpuszczać. Od czasu jak ukazały się pańskie artykuły, roi się tu jak w cholernym gnieździe pszczół. Nagle wszyscy z celi śmierci dzwonią do każdego cholernego reportera w stanie, to pewne. A ci wszyscy cholerni reporterzy przyjeżdżają tutaj i domagają się wywiadów, oprowadzania po więzieniu i co tylko mogą, cholera, wymyślić. – Śmiech sierżanta nadal huczał po drugiej stronie słuchawki. – Jest tutaj więcej zamieszania niż wtedy, gdy wysiadły obydwa generatory, główny i awaryjny, i wszyscy pensjonariusze myśleli, że to zrządzenie losu otwiera przed nimi drzwi.

– Przykro mi, jeśli przysporzyłem panu kłopotów…

– Ach, do diabła, nic nie szkodzi. Ta codzienność już była nudna, wie pan. Na pewno będzie nam tu dość trudno sobie poradzić, jak już wszystko się uspokoi. Bo się uspokoi, wcześniej czy później.

– A jak tam Ferguson?

– Bobby Earl? Udziela tylu wywiadów, że sądzę, że powinni mu dać jego własny program telewizyjny, taki jak ma Johnny Carson albo ten facet Letterman.

Cowart uśmiechnął się.

– A Sully?

Przez chwilę panowała cisza, a następnie sierżant powiedział cicho:

– Z nikim nie chce o niczym rozmawiać. Nie tylko z dziennikarzami i psychiatrami. Adwokat Bobby’ego Earla był tutaj z pięć albo sześć razy. Przyjechali ci dwaj detektywi z Pachouli, ale tylko się śmiał i pluł im w twarz. Wezwania do stawienia się przed sądem, groźby, obietnice, co pan tylko wymyśli, nic nie odnosi skutku. Nie chce rozmawiać, szczególnie na temat tej dziewczynki z Pachouli. Śpiewa hymny, pisze pełno listów i uporczywie studiuje Biblię. Wypytuje mnie, jak się mają sprawy, i informuję go o wszystkim, jak mogę najlepiej, przynoszę mu gazety, czasopisma i tak dalej. Co wieczór ogląda telewizję, więc wie, że ci dwaj detektywi obrzucają pana wszelkimi epitetami, jakie kiedykolwiek ktoś wymyślił. I wyśmiewa się z tego wszystkiego.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)