Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Nocny Patrol». Краткое содержание книги:

Współczesna Moskwa. Trwa tysiącletni rozejm między siłami Ciemności i Światła. Każda ze stron w ramach Wielkiego Traktatu powołała do życia organa stojące na straży porządku. Tytułowy „Nocny Patrol” obserwuje poczynania sił Ciemności, by działały one zgodnie z traktatem. W ten sam sposób pracuje „Dzienny Patrol”, pilnujący, aby dobro nie rozprzestrzeniało się na świat. Status quo zostanie utrzymany, póki któraś ze stron nie obejmie znaczącej przewagi lub nie złamie warunków porozumienia. W sam środek „wojny” wrzucony zostaje świeżo upieczony strażnik „Nocnego Patrolu” – Antoni. Nie zdaje sobie sprawy, że jego udział będzie znaczący w końcowym rozrachunku między siłami Ciemności i Światła.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 99
Перейти на страницу:

Trzasnęły drzwi. Na ulicę wyszła dziewczyna, zatrzymała się, poprawiając g ramieniu torebkę – stała gdzieś o dziesięć metrów od samochodów, na chodniku. Głupie tu te ich domy – bez podwórek. Pracować niewygodnie i mieszkać pewnie też. Co z ich renomy, jeśli rury przerdzewiałe, metrowe ściany pokrywa grzyb i duchy pewnie grasują…

Maksym uśmiechnął się przelotnie, wysiadając z samochodu. Uniósł się lekko, mięśnie przez noc nie zastygły, nawet jakby przybyło mu sił. I to był pewien symptom.

Swoją drogą, to naprawdę ciekawe – czy na świecie są duchy?

– Galina! – krzyknął.

Dziewczyna odwróciła się do niego. I to też był wyraźny symptom. Gdyby Inferno inaczej, zaczęłaby uciekać, przecież jest coś podejrzanego i niebezpiecznego w człowieku, czekającym na ciebie o świcie na ulicy…

– Nie znam pana – powiedziała. Spokojnie, z zaciekawieniem.

– Tak – potwierdził Maksym. – Ale ja znam panią.

– Kim pan jest?

– Sędzią.

Podobała mu się właśnie ta nazwa – archaiczna, napuszona, uroczysta. Ten, który ma prawo sądzić.

– Kogo pan ma zamiar sądzić?

– Panią, Galino – Maksym był rzeczowy i zwięzły. Zaczynało mu ciemnieć przed oczami, i to znowu był kolejny, wyraźny znak.

– Naprawdę? – obrzuciła go pewnym siebie wzrokiem i Maksym dostrzegł w źrenicach żółtawy ognik. – A uda się?

– Uda się – odpowiedział Maksym, podnosząc rękę. Kindżał już był w dłoni, wąska cienka klinga z drewna, niegdyś jasnego, ale w ciągu ostatnich trzech lat pociemniałego, nasiąkniętego…

Dziewczyna nie wydała żadnego głosu, kiedy drewniane ostrze weszło w serce.

Jak zawsze Maksym przeżył chwilę strachu, krótkotrwały i paraliżujący przypływ trwogi – a może jednakże, bez względu na wszystko, doszło do pomyłki? A może?

Lewą ręką dotknął krzyżyka, zwykłego drewnianego krzyżyka, który zawsze nosił na piersi. I stał tak, z drewnianym kindżałem w jednej ręce, z zaciśniętym w dłoni krzyżem w drugiej. Stał, dopóki dziewczyna nie zaczęła się zmieniać…

To działo się szybko. To zawsze działo się szybko – transformacja w zwierzę i ponownie w człowieka. Przez kilka sekund na chodniku leżało zwierzę – czarna pantera z zastygłym wzrokiem, obnażonymi kłami, ofiara polowania, odziana w skromną garsonkę, rajstopy, pantofelki… Potem proces przebiegał w drugą stronę -jakby wahadło ostatni raz wykonało swój ruch.

Maksymowi wydawało się zadziwiające nawet nie to – krótkie i zazwyczaj opóźnione przekształcenie – lecz to, że martwa dziewczyna nie miała żadnej rany. Krótka chwila transformacji oczyszczała ją, ozdrawiała. Tylko przecięcie na bluzce i marynarce.

– Bogu niech będzie chwała – wyszeptał Maksym, patrząc na martwego wilkołaka. – Chwała Tobie, Boże.

Nie miał nic przeciw tej roli, przypisanej mu w życiu.

Ale mimo wszystko była zbyt ciężka dla niego, chociaż nie miał zawyżonego poziomu roszczeń.

Rozdział 1

Tego ranka zrozumiałem, że wiosna rzeczywiście już nastąpiła.

Jeszcze wieczorem niebo było zupełnie inne. Nad miastem płynęły chmury, pachniało wilgotnym przemarzniętym wiatrem i nie narodzonym śniegiem. Chciało się głębiej wcisnąć w fotel, wepchnąć do wideo kasetę z czymkolwiek bajecznym i debilnie głupim, czyli amerykańskim, wypić łyczek koniaku i tak usnąć.

Rankiem wszystko się zmieniło.

Ruchem doświadczonego magika na miasto narzucono błękitną chusteczkę, przeciągnięto nią po ulicach i placach -jakby wycierając ostatnie ślady zimy. I nawet pozostałe w rogach i rynsztokach grudy brudnego śniegu wydawały się nie być niedopatrzeniem triumfującej wiosny, ale nieodłącznym elementem wnętrza. Przypomnieniem…

Szedłem do metra i uśmiechałem się. Czasami bardzo dobrze być człowiekiem. Cały ostatni tydzień wiodłem takie właśnie życie – przychodząc do pracy nie wchodziłem wyżej niż na tutejsze piętro, walczyłem z serwerem, który nieoczekiwanie nabrał wiele przyjętych nawyków. Uruchamiałem dziewczętom z księgowości nowe programy biurowe, których potrzeby używania wcale nie odczuwały. Wieczorami chodziłem do teatrów, na mecze piłki nożnej, do jakichś małych barów i restauracyjek. Dokądkolwiek, byle było hałaśliwie i tłoczno. Być człowiekiem – czepią tłumu jest znacznie ciekawiej, niż być po prostu człowiekiem. Rzecz jasna w biurze Nocnego Patrolu, starym trzypiętrowym budynku, wynajmowanym przez nas od naszej firmy-córki, nawet nie wspominano o ludziach. Nawet trzy staruszki-sprzątaczki były Innymi. Nawet zuchwali młodzi Ochroniarze przy wejściu, których cała praca polegała na odstraszaniu drobnych łobuzów i akwizytorów, mieli niewielkie zdolności magiczne. Nawet hydraulik, klasyczny moskiewski hydraulik-alkoholik, był magiem… i w dodatku, byłby zupełnie niezłym magiem, gdyby nie sięgał zbyt często po butelkę. Tak się złożyło, że parter i pierwsze piętro wyglądały zupełnie zwyczajnie. Tu mogła zjawiać się policja podatkowa, ludzie – partnerzy biznesowi, bandyci z naszej osłony… nieważne, że naszą osłonę ostatecznie nadzorował osobiście szef, ale czy o tym mogli wiedzieć zwykli raketierzy? I rozmowy prowadzono tutaj zupełnie zwyczajne. O polityce, podatkach, zakupach, pogodzie, cudzych przygodach erotycznych i własnych perypetiach miłosnych. Dziewczyny obgadywały facetów, a my nie pozostawaliśmy im dłużni. Nawiązywano romanse, prowadzono intrygi przeciwko bezpośrednim zwierzchnikom, rozważano możliwości otrzymania premii… Po półgodzinie dojechałem do stacji metra „Sokół”, wyszedłem na górę. Dokoła panował hałas, w powietrzu było aż gęsto od spalin samochodowych. A mimo to – wiosna.

Nasze biuro mieści się w nienajgorszej moskiewskiej dzielnicy. Naprawdę nienajgorszej, jeśli, oczywiście, nie będziemy jej porównywać z rezydencją Dziennego Patrolu. Ale przecież Kreml nie nadaje się dla nas – zbyt silne piętno odcisnęła historia na Placu Czerwonym i otaczających go starych, ceglanych murach. Może kiedyś te plamy zanikną. Ale na razie na to się nie zanosi… niestety.

Z metra ruszyłem pieszo, nie było daleko. Twarze otaczających mnie ludzi dobre, ogrzane słońcem i wiosną. Lubię wiosnę – wtedy słabnie poczucie poniżającej bezsilności. I maleje liczba ciężkich prób…

Jeden z chłopaków-ochroniarzy palił przed wejściem. Skinął przyjaźnie głową – do jego zadań nie należała wnikliwa kontrola. Ode mnie natomiast zależało, czy ich komputer w dyżurce będzie miał dostęp do Internetu i czy pojawi się na nim kilka świeżych gier, czy też wyłącznie służbowe informacje i dossier współpracowników.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 99
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)