Gwiazdka Z Nieba
- Автор: Куинн Джулия
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Gwiazdka Z Nieba». Краткое содержание книги:
Po siedmiu latach Victoria i Robert spotykają się niespodziewanie w domu pewnej arystokratki, gdzie ona jest guwernantką, on zaś mile widzianym gościem. Czy mimo urazy i gniewu, jaki żywią do siebie, a także dzielącej ich przepaści towarzyskiej, ich miłość może się odrodzić?
Gdy skończył liczyć, odwrócił się do niej.
– Radzę, żebyś dzisiaj w nocy już nie wystawiała na próbę mojej cierpliwości – rzucił.
Skinęła głową.
– Dobrze. Idę spać. Porozmawiamy rano. Jeśli będziesz chciał.
Skwitował jej słowa mruknięciem i ruszyli schodami do swoich pokoi. Taka reakcja raczej nie dodała Victorii otuchy.
W pośpiechu Robert zostawił drzwi otwarte na oścież. Teraz pociągnął Victorię do środka i zatrzasnął drzwi. Puścił ją, żeby przekręcić klucz, a ona skorzystała z okazji i pobiegła do drzwi łączących ich pokoje.
– Położę się – powiedziała pośpiesznie.
– Nie tak szybko. – Zacisnął dłoń na przedramieniu dziewczyny i pociągnął do siebie. – Naprawdę myślisz, że pozwolę ci samej spędzić resztę nocy?
Zamrugała oczami.
– No tak. Rzeczywiście tak myślę. Uśmiechnął się, ale był to uśmiech groźny.
– To się mylisz.
Poczuła, że kolana za chwilę mogą jej odmówić posłuszeństwa.
– Mylę się?
Zanim zdążyła się zastanowić, o co chodzi, złapał ją oburącz za ramiona i popchnął na łóżko.
– Tutaj, moja spryciulo. Resztę nocy spędzisz tutaj, w moim łóżku.
15
– Czyś ty zmysły postradał? – wykrzyknęła, w błyskawicznym tempie wyskakując z łóżka.
Ruszył w jej stronę wolnym, ale zdecydowanym krokiem.
– W każdym razie cholernie niewiele mi brakuje.
Zrobiła kilka kroków do tyłu i z przerażeniem zdała sobie sprawę, że dotyka plecami ściany. Małe szanse na ucieczkę.
– Wspominałem już, jak bardzo mi się podoba stwierdzenie, że jesteśmy małżeństwem? – zapytał pozornie spokojnym głosem.
Znała ten ton. Świadczył o tym, że Robert z trudem tłumi ogarniającą go wściekłość. Gdyby była spokojniejsza i mogła rozsądniej myśleć, pewnie nie próbowałaby go prowokować. Ale tak bardzo zależało jej na bezpieczeństwie i cnocie, że rzuciła:
– Nigdy więcej o tym nie usłyszysz.
– A to szkoda.
– Robert – odezwała się możliwie najłagodniej. – Masz prawo być zdenerwowany…
Wybuchnął śmiechem. Ale jej nie było wesoło.
– Zdenerwowany? To słowo nawet w części nie oddaje moich uczuć – mówił. – Coś ci opowiem.
– Nie czas na opowiastki.
Zignorował ją.
– Spałem sobie smacznie w łóżku. Śniło mi się coś szczególnie przyjemnego… Ty mi się śniłaś.
Spąsowiała na twarzy. On smutno się uśmiechnął.
– Zdaje się, że trzymałem rękę na twojej głowie, a twoje usta… Hm, jakby to opisać?
– Robert, wystarczy już!
– Na czym to skończyłem? – zastanawiał się, nie zwracając uwagi na jej słowa. – A tak, na śnie. Wyobraź sobie moje niezadowolenie, gdy z takiego pięknego snu wyrwały mnie krzyki. – Pochylił się do przodu, oczy pałały mu złością. – Twoje krzyki!
Nie wiedziała, co powiedzieć. No, może niezupełnie. Przychodziły jej do głowy setki słów, ale połowa była niestosowna, a drugą połowę wolała zachować dla siebie.
– Czy wiesz, że jeszcze nigdy nie wkładałem spodni z taką prędkością?
– Taka umiejętność na pewno ci się przyda – improwizowała.
– A w stopach mam pełno drzazg – dodał. – Te podłogi nie nadają się do chodzenia boso.
Spróbowała się uśmiechnąć, ale udawanie odważnej za bardzo jej nie wychodziło.
– Jak chcesz, to ci powyciągam drzazgi i opatrzę rany.
W ułamku sekundy jego dłonie wylądowały na jej ramionach.
– A ja po nich nie szedłem. Ja biegłem. Pędziłem, jakby od tego zależało moje życie. Ale nie. – Pochylił się, z oczu biła furia. – Gnałem ratować twoje życie.
Miała ściśnięte gardło, z trudem próbowała przełknąć ślinę. Jakiej on oczekuje odpowiedzi? W końcu otworzyła usta i wyksztusiła:
– Dziękuję? – Było to raczej pytanie niż podziękowanie. Puścił ją gwałtownie i odwrócił się wyraźnie rozczarowany jej reakcją.
– Ech, na miłość boską – mruknął.
Próbowała pozbyć się uścisku w gardle. Jak to się stało, że tak nisko upadła, pytała sama siebie. Była o włos od zalania się łzami, ale nie chciała płakać przed tym człowiekiem. Dwa razy złamał jej serce, a teraz ją porwał. Niewielkie miała szanse na okazanie dumy.
– Chcę wrócić do swojego łóżka – powiedziała cichym głosem.
– Już ci mówiłem – odpowiedział, nie pofatygowawszy się nawet na nią spojrzeć – że ci nie pozwolę wrócić do tej rudery w Londynie.
– Miałam na myśli swój pokój.
Przez dłuższą chwilę panowało milczenie.
– Postanowiłem, że zostaniesz tutaj – odezwał się w końcu.
– Tutaj? – jęknęła.
– Zdaje się, że powiedziałem to już co najmniej dwa razy.
Postanowiła zmienić taktykę i odwołać się do jego silnego poczucia honoru.
– Wiem że nie należysz do tych, którzy zmuszaliby kobietę wbrew jej woli.
– Nie o to chodzi – odparł z drwiną. – Przypuszczam, że drugi raz spróbujesz uciekać.
Starała się trzymać język na wodzy.
– Obiecuję, że dzisiaj już nie będę próbowała uciekać. Masz moje słowo honoru.
– Przepraszam, ale nie za bardzo mogę polegać na twoim słowie.
To ją ukłuło i przypomniała sobie, z jaką urazą kiedyś powiedział, że on nigdy nie złamał obietnicy. Bardzo zabolało ją uderzenie własną bronią.
– Do tej pory nie obiecywałam, że nie ucieknę. Dopiero teraz daję ci słowo.
Odwrócił się i patrzył z powątpiewaniem.
– Nadajesz się na polityka, moja droga.
– O czym ty mówisz?
– O tym, że masz rzadki dar wykorzystywania słów do obchodzenia prawdy.
Nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.
– A jak brzmi prawda? Zrobił krok do przodu.
– Że mnie potrzebujesz.
– Przestań, proszę.
– Tak, tak. Potrzebujesz mnie tak, jak kobieta potrzebuje mężczyzny.
– Skończ już z tym, Robert. Jakoś nie czuję potrzeby, by uprowadzano mnie przemocą.
Zachichotał.
– Potrzebujesz miłości, towarzystwa, opieki. Dlaczego tak ci doskwierała posada guwernantki? Bo byłaś sama.
– Mogę sobie kupić psa. Spaniel byłby lepszy do towarzystwa niż ty.
Znów się roześmiał.
– Przypomnij sobie, jak szybko dzisiaj zawołałaś, że jesteś moją żoną. Mogłaś wybrać każde inne nazwisko, ale wybrałaś moje.
– Po prostu skorzystałam z twojego nazwiska, żeby się bronić. Nic więcej!
– Ale to nie wystarczyło, moje złotko.
Nie przepadała, gdy tak się do niej zwracał.
– Potrzebujesz prawdziwego mężczyzny. Ci pijacy nie uwierzyli ci, póki się nie pojawiłem.
– Bardzo ci dziękuję. – W jej głosie nie było zbyt wiele wdzięczności. – Najwyraźniej masz potrzebę wybawiania mnie z nieprzyjemnych sytuacji.
– A tak. To się czasami przydaje.
– Tyle że to ty odpowiadasz za spowodowanie tych sytuacji.
– Czyżby? – zapytał tonem pełnym sarkazmu. – Wstałem z łóżka i przez sen wyciągnąłem cię z pokoju, zepchnąłem ze schodów i zostawiłem przed zajazdem na pastwę dwóch cuchnących zakapiorów. Zrobiła surową minę.
– Robert, twoje zachowanie jest zupełnie nie na miejscu.
– O, guwernantka się w tobie odzywa?
– Porwałeś mnie! – niemal krzyknęła. – Uprowadziłeś mnie! Gdybyś dał mi spokój, o co stale proszę, to teraz smacznie i bezpiecznie spałabym we własnym łóżku.
Znów zrobił krok do przodu i złapał ją za ramię.
– Smacznie i bezpiecznie? – powtórzył. – W tamtej okolicy? To raczej niemożliwe!