Fontanny raju [The Fountains of Paradise - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7169-045-2
- Переводчик: Radoslaw Kot
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Fontanny raju [The Fountains of Paradise - pl]». Краткое содержание книги:
Wszelako te same nowinki techniczne, które wyeliminowały jedne obowiązki, stworzyły nowe powinności, których przód — kowie nie znali. Jedną z nich, być może najważniejszą, był tak zwany Osobisty Profil Zainteresowań.
Większość ludzi uaktualniała listę OPZ w dzień Nowego Roku, inni w urodziny. Lista Morgana zawierała pięćdziesiąt haseł, ale i tak słyszał o ludziach, którzy wpisywali z setkę punktów. Chyba musieli potem spędzać całe godziny, próbując uporać się z napływającym potokiem informacji, aż w końcu upodabniali się do tych niepoprawnych maniaków, którzy z całym przekonaniem umieszczali wciąż w swoich komputerach hasła typu:
Jaja, dinozaury; wyklucie jaj dinozaurów
Kolo; kwadratura koła
Atlantyda; wynurzenie się Atlantydy
Chrystus; drugie nadejście Chrystusa
Potwór z Loch Ness; pojmanie potwora z lach Ness
No i, rzecz jasna:
Świat; koniec świata
Egotyzm czy wymogi profesji sprawiały zwykle, że pierwszym hasłem na każdej liście było imię i nazwisko jej autora i subskrybenta informacji. Morgan nie był pod tym względem wyjątkiem, ale ciąg dalszy był nieco mniej standardowy:
Wieża; orbitalna wieża
Wieża; kosmiczna wieża
Wieża; (geo)synchroniczna wieża
Wyciąg; kosmiczny wyciąg
Wyciąg; orbitalny wyciąg
Wyciąg; (geo)synchroniczny wyciąg
Hasła te pokrywały się w zasadzie z terminologią stosowaną przez media i gwarantowały przechwycenie przynajmniej dziewięćdziesięciu procent informacji dotyczących projektu. W większości były to teksty tak trywialne, że nie było sensu w ogóle ich czytać, tym łatwiej jednak było wyłowić materiał naprawdę interesujący. Przecierając jeszcze oczy i chowając łóżko do ściany skromnego apartamentu, Morgan zauważył migające światełko „przeglądu prasy” na konsoli komputera. Wcisnął jednocześnie dwa przyciski, jeden opatrzony napisem KAWA, drugi z napisem ODCZYT.
ZESTRZELENIE WIEŻY ORBITALNEJ
głosił nagłówek.
— Odtwarzać dalej? — spytał komputer.
— Jasne — mruknął Morgan, trzeźwiejąc błyskawicznie.
W ciągu następnych kilku sekund, kiedy czytał tekst, jego nastrój zmienił się z niedowierzania w oburzenie, a potem w niepokój. Przesłał cały nabój Warrenowi Kingsleyowi z dopiskiem: „Oddzwoń, gdy tylko będziesz mógł”, wyłączył maszynkę, i wciąż jeszcze wzburzony zasiadł do śniadania.
Oblicze Kingsleya pojawiło się na ekranie niecałe pięć minut później.
— Cóż, Van — powiedział z ironiczną rezygnacją — winniśmy i tak uważać się za szczęściarzy. Potrzebował aż pięciu lat, by znaleźć coś na nas.
— Ależ to największa niedorzeczność, jaką kiedykolwiek słyszałem! Zignorujemy go chyba? Jeśli odpowiemy, tylko przysporzymy mu popularności. A tego właśnie pragnie.
Kingsley przytaknął.
— Chyba najlepiej będzie milczeć. Przynajmniej na razie. Nasza reakcja powinna nastąpić później i być nieproporcjonalnie gwałtowna wobec zarzutów. Przy okazji zdobędziemy kilka punktów.
— O czym myślisz?
Kingsley spoważniał nagle i jakby nieco się speszył.
— To kwestia nie tylko inżynierii, ale także i psychologii. Przemyśl to sobie. Zobaczymy się w biurze.
Obraz zniknął. Morgan uspokoił się już znacznie. Przywykł do krytyki i wiedział, jak sobie z tym radzić, czasem nawet bawiła go walka na argumenty, pod warunkiem że były to argumenty merytoryczne. Rzadko przegrywał w takim pojedynku, a i wtedy nie wpadał w desperację. Jednak Donald Duck nie był normalnym przeciwnikiem. Donald Duck było pseudonimem, ale doktor Donald Bicker-staff zdradzał pewne podobieństwo do tej mitycznej postaci z dwudziestowiecznych kreskówek. Z Kaczorem Donaldem łączyła go przede wszystkim podobnie żarliwa skłonność do negacji wszelkiej rzeczy. Jego stopień naukowy (zdobyty legalnie, chociaż bez fanfar) dotyczył czystej matematyki. Głównymi atutami doktora były głos i niezachwiana wiara w słuszność wszystkich sądów, które ochoczo ferował. Specjalizował się w robieniu dobrego wrażenia, przy świętym przekonaniu, że zna się absolutnie na wszystkim. W swej własnej dziedzinie był rzeczywiście dobry, Morgan z przyjemnością wspominał jego wykłady w Royal Institution. Niemal tydzień wystarczył, aby inżynier bliski był zrozumienia szczególnych własności liczb ponadskończonych…
Niestety, Bickerstaff nie uznawał żadnych ograniczeń. Miał wprawdzie szerokie grono wielbicieli, łowiących każde jego słowo, jednak krąg krytyków był o wiele szerszy. W dawnych czasach nazwano by go zapewne „naukowcem” lub „pop-naukowcem”. Lepiej wychowani krytycy twierdzili jedynie, że oto mamy przykład doktora, który otrzymał wykształcenie przerastające znacznie jego inteligencję i zdolność pojmowania, inni nie bawili się w Wersal i wprost nazywali go idiotą. Jaka szkoda, pomyślał Morgan, że nie da się zamknąć tego typa w jednym pokoju z Goldbergiem/Parakarmą, może wówczas unicestwiliby się nawzajem jak elektron i pozytron, geniusz jednego kontra fundamentalistyczna głupota drugiego winny dać zero. Była to ta sama niewzruszona i odporna na wszystko głupota, wobec której, jak lamentował niegdyś Goethe, nawet bogowie pozostawali bezradni, nie mogąc głupców zadowolić. Ponieważ jednak obecnie nie było pod ręką żadnego boga, Morgan miał świadomość, że przyjdzie mu stawić czoło imbecylowi osobiście. Owszem, miał lepsze rzeczy do roboty, ale liczył na ostateczny komiczny efekt, który powinien uwolnić go od maniaka. Znalazł też pewien inspirujący precedens.
Na ścianie zajmowanego akurat pokoju hotelowego (czwartego już „tymczasowego domu” od prawie dekady) powiesił kilka obrazków. Najciekawszy z nich był fotografią tak wyblakłą, iż niektórzy nie dowierzali, że przedstawia ona prawdziwy obiekt. Był na niej piękny i wspaniale odrestaurowany paro — wiec, przodek wszystkich statków ery techniki. Tuż obok stał doktor Vannevar Morgan. Zdjęcie wykonano w doku, do którego statek wrócił cudownym zrządzeniem losu w sto dwadzieścia piec lat od chwili wodowania. Inżynier spoglądał na wolutę pomalowanego dziobu, zaś kilka metrów dalej, przyglądając się tajemniczo Morganowi, stał Isambard Kingdom Brunel — z dłońmi w kieszeniach, cygarem w ustach, w poplamionym i wymiętym garniturze na grzbiecie.
Wszystkie elementy tej fotografii były prawdziwe. Morgan naprawdę stanął niegdyś obok kadłuba parowca Great Britain. Było to pewnego słonecznego dnia, kiedy w rok po ukończeniu Mostu Gibraltarskiego odwiedził Bristol. Brunel też tam był, ale w roku 1857, oczekiwał wtedy wciąż na zwodowanie swego ostatniego i najsłynniejszego morskiego lewiatana, którego niepowodzenie miało złamać mu karierę i skrócić życie.