Tylko ciebie chcę
- Автор: Моччиа Федерико
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Tylko ciebie chcę». Краткое содержание книги:
– Ale, musisz mi pomóc, błagam, weź mi powiedz, że masz pod ręką jakąś skradzioną brykę.
– Gin, nie przez telefon… kurwa mać!
– Sorry, Ale.
Uspokaja się. – Jakiego auta potrzebujesz?
– Jakiekolwiek, byle kradzionego. Właściwie to potrzebna mi tylko rejestracja.
– Tylko rejestracja? No wiesz, jesteś jakaś porąbana.
– Proszę cię, Ale, to dla mnie strasznie ważne.
– Zawsze wszystko, co ciebie dotyczy, jest strasznie ważne, poczekaj chwilę.
Po jakichś dziesięciu sekundach wraca do telefonu. – No już, pisz. Roma er dwadzieścia siedem zero trzydzieści jeden. Niebieskie clio.
– Świetnie, dzięki Ale.
– Co tam, wszystko w porządku?
– Tak, wszystko w porządku.
– Świetnie. Skoro tak, to się kładę i wyłączam telefon.
– Dobra, zadzwonię do ciebie po południu i wszystko ci wytłumaczę.
– A chuj mnie to obchodzi. – I się rozłącza.
W samą porę. Zjawia się mama w szlafroku, dopiero co wstała. – Ginevra, co ty robisz? Już wstałaś?
– Mamo, nie masz pojęcia, co się stało. Wczoraj wieczorem jakiś szaleniec zderzył się ze mną samochodem.
– O mój Boże, córeczko, czy nic ci się nie stało?
– Nie, wszystko w porządku. Tyle że skasował polo i uciekł… Ale patrz, mam jego numery! – Podaję jej dopiero co zapisaną karteczkę. – To było ciemne clio. Musimy zawiadomić policję. – Mama bierze karteczkę.
– Nie ma co, musimy natychmiast powiedzieć ojcu. Całe szczęście, że tobie nic się nie stało. Jesteś pewna? Czy aby przypadkiem nie uderzyłaś się w głowę?
– Nie, mamo, naprawdę wszystko w porządku.
– Całe szczęście. – Całuje mnie w czoło.
– Idź zjeść śniadanie, bo jeszcze się spóźnisz.
– Tak, mamo. – Idę, jak na grzeczną dziewczynkę przystało, odprowadzana wzrokiem troskliwej matki. Mam poczucie winy. Przepraszam, mamo, ale musiałam tak postąpić. Kto wie, może kiedy indziej o wszystkim ci opowiem. Kiedy indziej. Tymczasem skoncentrujmy się na dniu dzisiejszym. Udało mi się już znaleźć także i drugie rozwiązanie, które pozwoli mi rozprawić się z Simona. Chwilę później jestem już pośród szkolnych ławek. Właśnie skończyła się pierwsza lekcja. Religia. Dwukrotnie nasze spojrzenia się spotkały, ale wredna suka odwróciła się w drugą stronę. Nawet nie ma odwagi stawić czoło konsekwencjom własnych czynów. Najlepsze jest to, że dopiero co odpytywał ją don Peppino, bo tak właśnie nazywamy naszego księżulka od religii, a ona miała czelność mu odpowiadać… A niech ją szlag. Co tam, nie chcę wzywać imienia Pana Boga z powodu takich bzdetów. Ale druga godzina w całości należy już do mnie, i trzecia też. Jestem w swoim żywiole, chcę się rozerwać, dwie godziny szampańskiej zabawy. Dziś na zajęciach z włoskiego mamy pisać wypracowanie. Jak tylko się obudziłam i zabrałam za pakowanie plecaka, od razu wpadłam na pomysł. Wyrafinowany… O, nareszcie znalazłam właściwe określenie, ukute specjalnie na potrzeby zemsty. I mój długopis śmiga po białej kartce, zapisując na niej słowa, całe wersy, pełne faktów, wspomnień, wyrazów rozczarowania, przymiotników, wynurzeń i obelg. Długopis pruje, że aż miło, wygląda jak zaczarowany. I pomyśleć, że na włoskim zawsze szło mi tak sobie. Odbiegłam od tematu, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości, ale za to co za rozkosz, jaka to frajda móc zadedykować wypracowanie mojej przyjaciółce, to znaczy mojej eks-przyjaciółce. Albo wręcz, gwoli ścisłości, tej wrednej suce. Zadedykowałam jej nawet tytuł: Żałosny kres przyjaźni. Jestem pewna, że moja psorka od włoskiego mi to zaliczy, może nawet postawi mi czwórkę, a może nie, raczej nie, bo przecież piszę nie na temat. Może w takim razie mierny, ale za to jaki mierny! Z całą pewnością nie wyśle mnie jednak do dyrektora, i a nuż będzie chciała, żebym przeczytała to na głos przy całej klasie. Psorka weźmie moją stronę, tego jestem pewna. Nie tyle dlatego, byśmy były w jakichś wyjątkowo zażyłych stosunkach, ile dlatego, że od niedawna sama jest w separacji.
Tydzień później. Odbieram wypracowanie. A to ci dopiero, nie do wiary… Przerosło wszelkie moje oczekiwania. Cztery z plusem! Jeszcze nigdy nie dostałam takiej dobrej oceny z włoskiego. Ale to jeszcze nie koniec. Psorka musi mieć dla mnie nieprzebrane pokłady sympatii albo, co chyba nawet bardziej prawdopodobne, sama musiała rzeczywiście mocno się nacierpieć z powodu własnej separacji. W każdym razie faktem jest, że grzmotnęła ręką w pulpit.
– Cisza, dziewczynki. Teraz chciałabym poprosić, żeby swoje wypracowanie przeczytała nam pewna wyjątkowa dziewczyna. To jedna z waszych koleżanek z klasy, która zrozumiała, że to kultura, wychowanie oraz bycie ludźmi cywilizowanymi stanowi najważniejszy oręż naszego społeczeństwa: Ginevra Biro.
Wstaję i na moment prawie się rumienię. Przed wszystkimi. Przed innymi. Ale daję sobie spokój z rumieńcami. Kurwa, mowy nie ma! To mój dzień, dosyć tego, należy mi się. Jaki tam znowu wstyd, jacy inni. Bywa, że inni wcale się nie liczą. I tak jest właśnie teraz. Podchodzę do psorki i zaczynam czytać. Idzie mi to sprawnie, bardzo się przykładam i dobrze się przy tym bawię. Złość przeplata się z zapałem. Wiem, kiedy trzeba zrobić pauzę, moduluję ton. Sama daję się ponieść własnej historii Czy to naprawdę ja napisałam takie wypracowanie? Kurczę, uważam, że świetnie mi poszło! Wciąż czytam z przejęciem, dobrze się bawię, czuję się, jakbym śpiewała. Słowa same się układają w płynny ciąg, jedne podążają za drugimi, między wierszami, wznoszą się i opadają, bez wytchnienia, zupełnie jak fale na lazurowym morzu. Suną tuż obok siebie, są nierozłączne. W okamgnieniu docieram prawie do końca. Brakuje zaledwie dwóch wersów. Przerywam i kiedy podnoszę wzrok znad kartki, widzę Simone, jak siedzi i się we mnie wpatruje. Szczęka jej opadła, zbladła, wygląda, jakby dostała obuchem w łeb. Zrelacjonowałam całą naszą historię, naszą przyjaźń, moje zawiedzione zaufanie, jej zdradę. Robię ostatnią pauzę. Oddycham głęboko i przystępuję do finału:
– Proszę państwa. Teraz już wszyscy wiecie, kim jest Simona Costati. Gdyby jej matka miała choć odrobinę odwagi, to nazwałaby ją tak, jak na to naprawdę zasługuje: Wredna Suka!
Składam kartkę i rozglądam się zadowolona po całej klasie. Rozlega się autentyczny ryk. Wszystkie naraz wykrzykują zachwycone: – Świetnie, dobrze zrobiłaś, jesteś super, Biro! Tak, jeszcze, dawaj, musisz ją zakasować, właśnie tak, jesteś wielka!
Nagle, sama nie wiem z czyjej inicjatywy, z całą pewnością nie mojej, ani nie psorki, a już zwłaszcza nie Simony, rozlega się zgodny chór, niewątpliwie zainspirowany moim wypracowaniem na temat znaczenia kultury.
– Wredna suka, wredna suka, wredna suka!
Simona podnosi się z ławki. Przemierza salę, szurając nogami, ze spuszczoną głową, nie mając odwagi, by komukolwiek spojrzeć w twarz. Wreszcie wybucha płaczem i wychodzi z klasy.
– Świetnie, naprawdę, znakomite wypracowanie. – To głos psorki.
Niebywałe. Myślałam, że wywali mnie za drzwi za, bo ja wiem, oczernianie uczennicy? A tymczasem nic z tego. Widać, że forma przypadła jej do gustu. Albo treść… W każdym razie uśmiecha się do mnie. Kto wie, może przez moment poczuła żal. Żal, bo sama też by chciała móc coś podobnego napisać o własnym mężu.
21
– O czym myślisz?
– O szkole.
– Rzeczywiście, aż mi się wierzyć nie chce. Jedziesz samochodem ze mną, mrocznym przedmiotem pożądania całego Rzymu… a ty co? Myślisz o szkole!
– Cóż, nawet szkoła może mieć swoje ciekawe oblicze.
– Tak, chyba raczej srogie oblicze.
– A ja myślę, że w głębi duszy ty też lubiłeś się uczyć.