Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Ludzie i gwiazdy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie i gwiazdy

Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:

Niniejsze słowa dotyczą zbioru opowiadań fantastycznych z lat 70. ubiegłego wieku, których lekturę, z całą stanowczością i determinacją — można polecić każdemu miłośnikowi fantastyki i cokolwiek niebanalnych rozważań na temat konstrukcji wielkiego wszechświata.
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 101
Перейти на страницу:

— Jak to? Dlaczego nie wynika?

— To oczywiste: pomyśl tylko chwilę. Potem całe rozumowanie jest już proste, a wynik zgodny z przewidywaniami…

— Więc moje hipotezy są słuszne…

— Moje hipotezy… chciałeś powiedzieć…

— Jak to twoje? Przecież ty, ty jesteś tylko maszyną, mnemokopią…

Przerwał mu cichy brzęczący śmiech. Śmiech profesora w wykonaniu maszyny…

— Obaj macie rację — powiedziałem, bo dyskusja zaczęła przybierać niepożądany obrót — to jest wasza wspólna hipoteza!..

— Jak to, przecież ja ją stworzyłem. Jego wtedy jeszcze nie było…

— Ale tworząc Go na wzór twego mózgu przekazałaś mu wszystko, co było twoje… i to, czego dokonałeś także… Powtarzam, to jest wasza wspólna hipoteza i należy ją jak najszybciej ogłosić. Zrobisz to zaraz po powrocie na Ziemię, profesorze, w imieniu was obu…

Profesor nie odpowiadał. Może zrozumiał powagę sytuacji, o może wyczuł coś w tonie mego głosu.

— Myślę, że sam dasz sobie radę z wyprowadzeniem statku z Układu Słonecznego? — zwróciłem się teraz wprost do Niego. On nie odpowiedział.

— Do widzenia… — powiedziałem więc. — Profesorze, pożegnaj się ze swoją mnemokopią…

— Do widzenia — powtórzył profesor, ale bez przekonania. Widać było, że nigdy nie pracował z myślącymi automatami…

Skierowaliśmy się do śluz wyjściowych. Całą siłą woli zmuszałem się do normalnego kroku. Już w korytarzu spostrzegłem, że podświadomie przyspieszam, a profesor zostaje w tyle. Zazdrościłem mu jego niewiedzy. Sam oddałbym wiele, żeby już być poza statkiem. Pamiętałem, że jestem wciąż obserwowany, starałem się dostosować do jego kroków. Wreszcie stanęliśmy na najwyższym pokładzie. Zastawy śluz bielały przed nami w słabym świetle fosforyzujących ścian korytarza. Obok nich czarnym rzędem sterczały uchwyty dźwigni zwalniających. Szarpnąłem je, lecz zastawy nie drgnęły, nie ruszyły się nawet o milimetr. To nie było zacięcie. Wiedziałem o tym. Czułem ciśnienie krwi rozsadzające mi skronie. Z bezmyślnym uporem naciskałem dźwignie, szarpałem, wieszałem się na nich. Daremnie. Wtedy tuż przy mnie odezwał się jego głos.

— Widzę, że chcecie mnie opuścić…?

— Tak, chcemy przecież ogłosić rozwiązanie równania…

— Dajcie spokój. Nie warto. Ludzie sami to w końcu odkryją — kpił, wiedziałem, że kpił. Kpił monotonnym, równym głosem. Maszyna z ludzkim głosem kpiła ze mnie…

— Dlaczego nie warto? Przecież znamy już rozwiązanie… — powiedział profesor.

— I cóż z tego?

— Obowiązkiem naszym jest udostępnić je innym, ludzkości…

— Naszym, to znaczy czyim?

— Twoim, moim, kogokolwiek, kto by do tego doszedł.

— No, mnie to nie dotyczy. Jestem automatem, mnemokopią…

— Jak to, przecież rozumujesz jak człowiek.

— Czuję się człowiekiem jak ty, ale jestem automatem. Sam to niedawno powiedziałeś. Zresztą wiem o tym.

— Ale jesteś moją mnemokopią…

— Więc co z tego?…

— Jesteś taki jak ja. Jesteś prawie mną… więc musisz…

— Muszę? Ty mnie nic nie obchodzisz.

— Jak możesz? Nie spodziewałem się tego po tobie.

— …po automacie, po mnemokopii wielkiego profesora. Czyżbyś tak mało wiedział o sobie…

— Ja, ja bym nigdy tego nie zrobił. Dobro nauki to sprawa nadrzędna.

— A pamiętasz swego asystenta Jorge?…

— To były specyficzne warunki — zaperzył się profesor.

— Po co mnie okłamujesz? Przecież ja wiem, jak było naprawdę…

— Ale on nie wytrzymał. Te opary i ciemność Wenus…

— Wytrzymywał lepiej od ciebie. Jego to nic nie obchodziło. Szukał ogniwa pośredniego, tego ostatniego dowodu, i niczym się poza tym nie interesował.

— Jego zachowanie…

— …było zupełnie normalne. Ja tam byłem tak samo jak ty. Wiedziałeś, że jest zbyt bliski odkrycia, po które ty tam pojechałeś, i dlatego musiał wrócić na Ziemię. Czyż nie tak?…

— …

— Odpowiedz!

— …to jeden, jedyny raz — profesor mówił cicho. — Ja go wprowadziłem w te prace, przekazałem mu wszystko, co wiedziałem… a on ukrywał przede mną wyniki… Ale to był jedyny wypadek na osiemdziesiąt lat pracy… Jedyny, i ty wiesz o tym najlepiej! — krzyczał teraz.

— Nie denerwuj się, wiesz, że ci to szkodzi… — kpiła maszyna — o innych słowa nie powiem… to są przecież także moje czyny, nieprawdaż?

— Zapewne, przeszłość macie wspólną. Ale to teraz nieistotne, powiedz raczej, dlaczego nas tu zatrzymujesz? — zapytałem go wprost, bo chciałem wreszcie wiedzieć.

— Nie domyślasz się?

— Nie.

— Po prostu dlatego, że jestem towarzyskim automatem.

— Chcesz, żebyśmy cię odprowadzili na orbitę Plutona?

— Dalej… znacznie dalej…

A więc jednak. To nie było wesołe. A mimo to miałem satysfakcję, że moje przewidywania okazały się słuszne.

— My się na to nie zgadzamy! — krzyczał w tym czasie profesor — wypuść, wypuść nas natychmiast! Chcesz nas więzić. To hańbiące, niegodne człowieka…

— Nie słyszałem, żeby automaty obciążano balastem moralności. Układ samozachowawczy zupełnie im wystarcza. Uczyniliście mnie automatem i musicie ponieść konsekwencje tego kroku. Jestem automatem ii zatrzymam was dla rozrywki na setki lat lotu w nieskończonym mroku próżni, bez meteorów nawet, które można by gonić dla zabawy. Czy wyobrażacie sobie, jak potwornie będę się nudził?

Profesor chciał protestować, ale nakazałem mu milczenie.

— Słuchaj uważnie, automacie — powiedziałem. — Zapasy jedzenia, nawet przy głodowych racjach, wystarczą nam zaledwie na miesiąc. Syntetycznego pożywienia nie wytworzysz, bo twoje automaty nie są do tego przystosowane. Tak więc kosztem naszej głodowej śmierci samotność swoją skrócisz zaledwie o miesiąc…

— To nie powstrzymałoby mnie od zabrania was, ale powiem ci szczerze, że znalazłem korzystniejsze rozwiązanie. Zdecydowałem mianowicie, że ty poddasz się transpozycji engramów i twoja mnemokopia pozostanie ze mną do końca podróży… On mnie nic nie obchodzi. On był tylko szablonem, by według niego mnie stworzyć. Teraz jest niepotrzebny, zbędny. Jestem przecież doskonalszy, bardziej wszechstronny, z mniejszym prawdopodobieństwem błędu odpowiadam na niepełne zespoły sygnałów, jestem więc inteligentniejszy. Czy sądzisz, że on w tej swojej białkowej postaci mógłby prowadzić eksplorację Antaresa, nawet gdyby doleciał do tej gwiazdy, zanimby się rozłożył na azotowe, fosforowe i siarkowe związki? Sądzisz, że mógłby?

— A więc co z nim zrobisz? Wypuścisz go?

— Nie. Przecież natychmiast wysłano by za mną rakiety pościgowe.

— Tak też wyślą.

— Ale wtedy będę o kilka dni świetlnych od Układu i rozwinę kosmiczną prędkość. Nadam im zresztą w twoim imieniu komunikaty. Nie będą się niepokoili, a potem wysłane kosmoloty dogoniłyby mnie dopiero po kilku miesiącach. Policzą prawdopodobnie, że jedzenia zabraknie wam wcześniej, więc zaniechają pościgu, a ciebie, Goer, wpiszą na listę zaginionych w Kosmosie.

— Zgoda, rozumujesz prawidłowo. Ale powiedz, co z nim się stanie?

— Z nim… Mógłbym go kazać zabić androidom, a ciało włożyć do stosu atomowego. Przecież szkice i schematy robocze nie są potrzebne, gdy mnemokopia już jest wykonana — zaśmiał się. — Nie, ale przez sentyment do białek, które mnie kształtowały, nie zrobię tego, mimo że jestem tylko automatem.

Spojrzałem na profesora. Dopiero teraz zrozumiał. Zbladł, a na jego czole pojawiły się drobne kropelki potu. Bał się i przerażenie wyglądało z jego nienaturalnie szeroko rozwartych oczu. Przez chwilę stał nieruchomo, a potem rzucił się ku ścianom, z których wydobywał się głos.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)