Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]
- Автор: Кресс Нэнси
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-86868-93-7
- Переводчик: Kinga Dobrowolska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]». Краткое содержание книги:
W zaciszu stworzonej przez siebie wyspy opracowują własny porządek świata, od czasu do czasu zadziwiając ludzkość wynalazkami. Ameryka, przytłoczona ciężarem wielomilionowej populacji bezczynnych trutni, wstrząsana nieodpowiedzialnymi eksperymentami genetyków i nanotechników, pogrąża się w chaosie i chyli ku upadkowi.
— Chciał seksu, który sprawi, że jego kości rozpłyną się w rozkoszy. Chciał miłości.
Miri pewnie była już w podziemnym laboratorium w East Oleancie. Zbyt wielkim byłem tchórzem, żeby przyznać, że mnie to cieszy. No, teraz w końcu przyznałem. Była tam bezpieczniejsza niż na Huevos Verdes, no i nie musiałem się z nią widywać. Eden. Starannie dobrane migawki, puszczone w kafeteryjnych holoterminalach we wszystkich miejscowościach w górach Adirondack w stanie Nowy Jork, rozpowszechniły tę nazwę. Nie znaczy to, oczywiście, że Amatorzy mieli jakiekolwiek pojęcie o tym, co kryje w sobie ten nowy Eden. Tak naprawdę, to i ja nie mam o tym pojęcia. Wiem, czemu ma służyć ten projekt, ale nie wiem, co będzie oznaczał w ostatecznym rozrachunku. Byłem zbyt wielkim tchórzem, żeby przyznać się do swoich wątpliwości. Albo żeby przyznać, że nawet najgłębsze przekonanie Superbezsennych nie zapewnia im słuszności.
W myślach wciąż falowała mi śmiercionośna bladozielona trawa.
— Ach — westchnął jakiś człowiek tak blisko, że zdołałem wychwycić jego głos przez przyciszoną muzykę.
— Chciał podniet.
Mężczyzna w szóstym czy siódmym rzędzie wcale na mnie nie patrzył. Rozglądał się po pełnych zachwytu twarzach sąsiadów. Najpierw zdziwiony, potem niespokojny. Z natury niepodatny na hipnozę — zawsze znalazło się kilku takich. Na Huevos Verdes udało się już wyodrębnić substancję chemiczną w mózgu, konieczną do uczestniczenia w snach na jawie, ale nie chodziło tu o pojedynczą substancję, ale o kombinację tego, co Sara Cerelli nazwała „niezbędnymi warunkami wstępnymi”, a niektóre z nich wymagały znów enzymów, wyzwalanych w zupełnie innych warunkach… Tak naprawdę nic z tego nie zrozumiałem. Ale nie było mi to potrzebne. Jestem przecież Śniącym na jawie.
Odporny na mój wpływ mężczyzna poruszył się niespokojnie. Potem usadowił się i mimo wszystko słuchał. Wiedziałem, że później nie przyzna się współtowarzyszom. Poczucie wyobcowania miało zbyt gorzki smak.
Wiedziałem o tym doskonale. I na to właśnie liczyłem.
— Chciał, aby każdy dzień pełen był wyzwań, którym tylko on mógłby podołać.
Miri kochała mnie tak, że nie byłem w stanie odwzajemnić należycie jej uczuć. Ta jej miłość paliła mnie równie mocno jak jej inteligencja. I to właśnie ta miłość, nie inteligencja, sprawiała, że nigdy jej nie zapytałem: „Czy powinniśmy kontynuować nasz projekt? A jaką mamy gwarancję na to, że czynimy słusznie?” Rzecz jasna, powiedziałaby mi na to, że nie ma takiej gwarancji, i wyjaśniłaby mi to za pomocą tak wielu różnych spraw — równań, precedensów i okoliczności — że nic bym nie zrozumiał.
Ale to jeszcze nie była ta prawdziwa przyczyna, dla której nie ujawniałem swoich wątpliwości. Prawdziwą przyczyną było to, że kochała mnie tak, jak ja nigdy nie mógłbym jej pokochać, i że zawsze chciałem mieć Azyl — odkąd skończyłem sześć lat i dowiedziałem się, że mój dziadek, zrzędzący robotnik z czasów, kiedy Amatorzy nie byli na utrzymaniu głodnego ich głosów rządu, zginął przy jego budowie. I to właśnie dlatego zwróciłem swój umysł, o ileż słabszy od jej intelektu, ku Huevos Verdes.
Ale teraz była tam tylko ta bladozielona trawa, porastająca kratownicę, porastająca cały świat.
— Chciał…
Chciał znów być panem samego siebie.
Kształty prześlizgiwały się koło mojego fotela; tworzone przeze mnie obrazy zapalały się na okamgnienie w świadomości widzów. Ich twarze były teraz całkowicie odkryte, niepomne obecności innych ludzi, a nawet mojej, bo oto na moment otwarły się na oścież intymne bramy ich umysłów. Otwarły się na pragnienia, odwagę i pewność siebie, które leżały pogrzebane tam od dziesiątków lat, pod tym światem, który wymaga od nas porządku, konformizmu i przewidywalności zachowań. To był mój najlepszy, jak dotąd, koncert z „Wojownikiem”. Czułem to wyraźnie.
Pod koniec, prawie godzinę później, wzniosłem nad nimi ręce. Poczułem swój zwykły przypływ świętej miłości dla każdego z nich.
„Jak papież czy raczej jak lama?” — spytała kiedyś Miri.
„Jak ich brat” — odparłem i zobaczyłem, że czerń jej oczu pogłębia się z bólu. Jej brata zabito w Azylu. Wiedziałem, że moja odpowiedź sprawi jej ból. To też był pewien rodzaj władzy, a teraz bardzo się tego wstydziłem.
Niemniej tak właśnie wyglądała prawda. W jednej chwili, kiedy koncert dobiegnie końca, ci Amatorzy powrócą do postaci rozjęczanych, wiecznie narzekających i ciemnych ludzi, jakimi byli przedtem. Ale na tę jedną chwilę przed końcem koncertu czułem z nimi braterską więź, która nie miała nic wspólnego z podobieństwem.
A oni też nie całkiem powrócą do swojej poprzedniej postaci. Niezupełnie. Potwierdził to nawet komputer na Huevos Verdes.
— … z powrotem do swojego królestwa.
Muzyka ucichła. Kształty zastygły w bezruchu. Rozbłysły światła. Twarze wokół mnie powoli roztopiły się w zwykły im wyraz, a ludzie, z początku mrugając szeroko otwartymi oczyma, rychło zaczęli śmiać się, płakać i ściskać sąsiadów. Zerwały się oklaski.
Szukałem wzrokiem mężczyzny z tubą. Nie było go tam, gdzie siedział poprzednio. Ale nie musiałem długo szukać.
— Ludzie, chodźmy tam, gdzie rozbił się ten pociąg, to tylko pół mili stąd! Tam ciągle jeszcze są ranni, nie dla wszystkich starczy medjednostek. Sam widziałem! I nie starcza kocy! My możemy pomóc, możemy przynieść rannych tutaj, my sami!
My. My. My.
W tłumie zapanowało nagłe zamieszanie. Ale zaskakująco duża liczba Amatorów ruszyła za swoim nowym przywódcą, płonąc chęcią działania. Chęcią dokonywania bohaterskich czynów, która z ukrycia kieruje ludzką myślą. Zaczęto organizować naprędce szpital. Inni wyszli, ale zza półkuli przyciemnionego teraz pola, która pozwoliła mi ich obserwować, samemu nie będąc widzianym, dostrzegłem, że odchodzący oddają swoje kurtki, koszule i koce tym, którzy ruszali na pomoc rannym. Wąskim przejściem pędziła do mnie kongreswoman Sallie Edith Gardiner.
— No, panie Arlen, to było coś wspaniałego… „Wspaniałeego”.
— Przecież pani nie oglądała.
Wcale mnie nie słuchała. Gapiła się na to, co działo się teraz w Królewskiej Kopule.
— A cóż to znowu?
— Przygotowują się, żeby pomóc tym, którzy przeżyli katastrofę — odparłem.
— Oni? A niby jak?
Nie odpowiedziałem. Nagle poczułem się ogromnie zmęczony. Spałem zaledwie kilka godzin, a poprzednią noc spędziłem na oglądaniu koszmarów stworzonych przez człowieka.
Podobnego do tej kobiety.
— No cóż, lepiej by było, żeby od razu dali sobie spokój z tą całą bzdurą.
„Bzduurą”.
Oddaliła się spiesznie. Popatrzyłem jeszcze przez chwilę, a potem udałem się na poszukiwanie mojego pilota, który, rzecz jasna, poprzysiągł, że nie wsiądzie więcej do helikoptera. Ale to było przed katastrofą kolejową, która udowodniła mu dobitnie, że nigdzie nie będzie bezpieczny. Ja w każdym razie jakoś muszę się dostać z powrotem do Seattle. A potem na lotnisko. A stamtąd na Huevos Verdes. A stamtąd do East Oleanty. Są sprawy, o które muszę zapytać Mirandę, sprawy ogromnej wagi, o które powinienem był zapytać już dawno temu. Ja, Dan Arlen. Który byłem Śniącym na jawie na długo przedtem, nim spotkałem Mirandę Sharifi.