Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]
- Автор: Кресс Нэнси
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-86868-93-7
- Переводчик: Kinga Dobrowolska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]». Краткое содержание книги:
W zaciszu stworzonej przez siebie wyspy opracowują własny porządek świata, od czasu do czasu zadziwiając ludzkość wynalazkami. Ameryka, przytłoczona ciężarem wielomilionowej populacji bezczynnych trutni, wstrząsana nieodpowiedzialnymi eksperymentami genetyków i nanotechników, pogrąża się w chaosie i chyli ku upadkowi.
— W Górach Kaskadowych.
— Ale gdzie?!
— Jeszcze tylko kilka minut, panie Arlen.
Odwrócili wzrok, kiedy ładowałem się do wózka. Wózek unosił się na swojej poduszce sześć cali nad wąską wydeptaną ścieżką, która od platformy lądowiska wiodła w głąb lasu. Podążyłem za agentami, którzy przyświecali mi lampą. Czerń pod drzewami po obu stronach ścieżki była jak lity mur. Czułem zapach sosnowych igieł i butwiejących liści.
Ścieżka dobiegła do niskiego budynku z pianki budowlanej, zbyt małego, by mógł być naprawdę ważny. Nie było w nim okien. Agent zbliżył oko do skanera siatkówkowego, wypowiedział głośno kod i drzwi otworzyły się przed nami. Wnętrze rozjarzyło się światłem. Po chwili wypełniła je winda. Po powtórzeniu operacji z odbitką siatkówkową i kodem wsiedliśmy do niej i zjechaliśmy pod ziemię.
Drzwi windy otworzyły się, ukazując wielkie laboratorium z całym mnóstwem powyłączanej maszynerii. Z jednych z wielu bocznych drzwi wypadła kobieta w fartuchu laboratoryjnym.
— Czy to on?
— Tak — odparł agent; zdołałem uchwycić jego szybkie spojrzenie, które miało sprawdzić, czy Śniący na jawie nie czuje się urażony tym, że go nie rozpoznano. Uśmiechnąłem się.
— Witam, panie Arlen — odezwała się z powagą kobieta. — Jestem doktor Carmela Clemente-Rice. Dziękuję, że zgodził się pan przyjechać.
Była najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem, bardziej urodziwą niż sama Leisha. Miała włosy tak czarne, że aż niebieskawe, ogromne oczy z czystego granatu i nieskazitelną cerę. Mogła mieć trzydziestkę, ale oczywiście mogła też być o wiele starsza. Wołowskie genomodyfikacje. W swojej głowie widziałem ją spowitą w smużące się kształty smutku. Ręce trzymała złożone przed sobą.
— Pewnie się pan zastanawia, po co pana tu ściągnęliśmy. To nie są urządzenia ANSG, panie Arlen. To nielegalny zakład genetyczny, który odkryliśmy i przejęliśmy. Przygotowanie tej operacji zajęło nam cały rok. Znów proces pracujących tu techników i genetyków; następny. Teraz wszyscy siedzą w więzieniu. Zwykle potem ANSG likwiduje nielegalne laboratorium, ale jest kilka przyczyn, dla których tego laboratorium nie możemy zlikwidować. Za chwilę sam pan zobaczy.
Rozłożyła ręce i wykonała dziwaczny gest, jakby chciała mnie do siebie przyciągnąć. Albo przyciągnąć do siebie moje myśli. Spojrzenie granatowych wołowskich oczu ani na chwilę nie opuściło mojej twarzy.
— Ci… te bydlęta, które tu pracowały, produkowały nielegalne genomodyfikacje na czarny rynek. Na jeden z wielu czarnych rynków. Takich zakładów jak ten, panie Arlen, jest pełno w Stanach Zjednoczonych, choć na szczęście nie wszystkim z nich powodzi się tak, jak powodziło się tym tutaj. Wypchnięcie ich z obiegu kosztuje ANSG ogromne sumy, wiele czasu i energii ludzkiej. Proszę za mną.
Carmela Clemente-Rice poprowadziła nas przez te same drzwi, którymi weszła. Udaliśmy się za nią. Wzdłuż długiego białego korytarza — jak duże mogło być to podziemie? — ciągnęły się dwa rzędy drzwi. Carmela otworzyła pierwsze i odsunęła się na bok.
Było ich dwoje: mężczyzna i kobieta, całkiem nadzy. Oboje mieli rozmarzony i rozproszony wyraz twarzy narkomanów, ale nie wiadomo, skąd powziąłem przekonanie, że nie żyją narkotykami. Po prostu egzystowali. Oboje onanizowali się sennie i jakby od niechcenia, co znakomicie współgrało z wyrazem ich twarzy. Kobieta jedną ręką pieściła pochwę między nogami, drugą — pochwę między piersiami. Ale jej pozostałe pochwy — te między oczyma i na dłoniach — także były nabrzmiałe i zaczerwienione. Mężczyzna pieścił zarówno swój gigantyczny, wzniesiony penis, jak i pochwę, a do jednej z odbytnic wpychał sobie coś podobnego do widelca.
— To dla seks-biznesu — cicho odezwała się za moimi plecami Carmela Clemente-Rice. — Podziemna inżynieria genetyczna na embrionach. Nie ma sposobu, żeby to odwrócić, i nie ma sposobu, żeby podnieść ich IQ, który wynosi około 60. Możemy jedynie zapewnić im jaką taką wygodę i trzymać z dala od rynku, na który byli przeznaczeni.
Wyprowadziłem swój wózek na korytarz.
— Nie pokazała mi pani nic, o czym bym wcześniej nie wiedział, droga pani — powiedziałem znacznie bardziej szorstko, niż zamierzałem. — Takie sprawy mają miejsce od lat, na długo, zanim pojawiło się Huevos Verdes. Huevos Verdes wcale nie sprzeciwia się temu, by ANSG to zamknęła i oddała pod sąd. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie pochwalał tego rodzaju inżynierii genetycznej.
Nie odpowiedziała, tylko poprowadziła mnie do następnych drzwi.
Tym razem było ich czworo, w o wiele większym pomieszczeniu, ale z tym samym sennym wyrazem twarzy. Nie byli nadzy, choć ich odzież prezentowała się dość dziwacznie — kombinezony, pozszywane niezręcznie tak, żeby pasowały na wszystkie dodatkowe kończyny i inne deformacje. Jedno miało osiem rąk, inne cztery nogi, jeszcze inne trzy pary piersi. Sądząc z kształtu ciała, czwarte musiało mieć dodatkowe organy wewnątrz. Trzustki, wątroby, a może serca? Czy można zaprogramować geny tak, żeby wytworzyły dodatkowe serca?
— To dla handlu organami do przeszczepów — wyjaśniła Carmela. — Ale o tym też pan pewnie słyszał?
Rzeczywiście słyszałem, ale nie potwierdziłem.
— Ci mają więcej szczęścia — ciągnęła. — Możemy usunąć dodatkowe kończyny i przywrócić im normalny wygląd. Prawdę mówiąc, Jessie ma przejść operację już we wtorek.
Nie spytałem, który to Jessie. Szkocka produkowała mi obrzydliwe bańki w żołądku.
W następnym pomieszczeniu dwoje ludzi wyglądało normalnie. Ubrani w piżamy, spali w łóżku, okryci przyjemnym perkalowym prześcieradłem. Carmela wcale nie zniżyła głosu.
— Oni nie śpią, panie Arlen. Są znieczuleni potężną dawką narkotyków i tak będzie przez resztę ich życia. Jeśli nie są pod wpływem narkotyków, przeżywają straszliwe cierpienia. Powodowane są one przez maleńki genomodyfikowany wirus zaprojektowany tak, by pobudzał tkankę nerwową powyżej poziomu ludzkiej wytrzymałości. Wirus ten jest wprowadzany zastrzykiem do organizmu i tam następnie się reprodukuje — w taki mniej więcej sposób, jak czyściciel komórek z Huevos Verdes. Ból jest nie do wytrzymania, a ponieważ nie występuje przy tym żadne uszkodzenie tkanki, teoretycznie może trwać przez całe dziesięciolecia. Przeznaczony był na międzynarodowy rynek narzędzi tortur i miało do niego powstać także antidotum, które można by podać ofierze lub go jej odmówić. Niestety, pracujący tutaj genetycy dotarli tylko do fazy nanotortury. Antidotum nie ma.
Jedno z oszołomionej narkotykami pary — teraz dostrzegłem, że to młodziutka dziewczyna, która ledwo co wyszła z wieku dojrzewania — poruszyło się niespokojnie i jęknęło.
— Coś jej się śni — rzuciła krótko Carmela. — Nie wiemy co. Nie mamy pojęcia, kim jest. Może Meksykanką, porwaną lub sprzedaną na czarnym rynku.
— Jeśli pani sądzi, że badania na Huevos Verdes w czymkolwiek przypominają…
— Nie, oczywiście, że nie. Wiemy o tym doskonale. Niemniej…
— Wszystko, nad czym pracuje się na Huevos Verdes w dziedzinie nanotechnologii, tworzone jest z myślą o powszechnej korzyści. Wszystko. Także czyściciel komórek.
— Wierzę — powiedziała doktor Clemente-Rice. Mówiła cicho, opanowanym głosem; widziałem wyraźnie, ile ją to kosztuje. — Zastosowania na Huevos Verdes to coś zupełnie innego. Ale podstawa, odkrycie naukowe, jest podobnego rodzaju. Tylko że Huevos Verdes zaszło o wiele dalej i o wiele szybciej. Ale inni mogą przeskoczyć ten dystans, jeśli wpadnie im w ręce czyściciel komórek i będą go mogli rozłożyć i zbadać.
Popatrzyłem na uśpioną dziewczynę. Miała zaciśnięte i pomarszczone powieki. Tak samo wyglądały powieki mojej matki, kiedy w końcu dopadł ją rak kości.