Niebezpieczny Krok
- Автор: Бэлоу Мэри
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Niebezpieczny Krok». Краткое содержание книги:
Nie miał w sobie ciepła.
Dobroci.
Humoru.
Dlaczego jej słowa tak bardzo zapadły mu w pamięć? Pamiętał nawet, jak wtedy wyglądała. Zakurzona i spocona po tej dziwnej lekcji geografii, którą urządziła wiejskim dzieciakom, potargana, zarumieniona, z błyszczącymi oczami.
Co takiego w niej było, że postanowił się z nią ożenić? Nawet po tym, co stało się nad jeziorem, mógł uznać, że wystarczy ofiarować jej carte blanche. Wszak nie spodziewała się więcej. Dowodziła tego jej reakcja na jego słowa, gdy nie pozwoliła mu dokończyć. Więc dlaczego zaproponował jej małżeństwo? I czemu był tak wytrącony z równowagi po jej niespodziewanej odmowie?
Zraniona duma?
Na szczęście doszedł już do siebie i teraz był bardzo wdzięczny losowi, że Christine Derrick go nie przyjęła.
„Kogoś kochającego ludzi, dzieci, zabawę i żarty”.
Oczywiście nie był takim człowiekiem. Dobre sobie, zabawa i żarty! Ale przecież kochał ludzi, kochał dzieci.
„Kogoś, kto nie jest obsesyjnie skupiony tylko na sobie i własnej pozycji. Kogoś, kto nie jest jedną wielką bryłą lodu. Kogoś, kto ma serce”.
Nie potrafił sobie poradzić z tym, co od niej usłyszał. Właśnie te ostatnie zdania sprawiły mu najwięcej bólu. Oczywiście zanim doszedł do siebie po całym tym szaleństwie.
Na szczęście panna Magnus zjawiła się w kościele spóźniona zaledwie minutę czy dwie, więc Wulfric mógł skupić uwagę na ceremonii ślubnej. Rozumiał niemądrą dumę, z jaką Mowbury odprowadzał siostrę do narzeczonego. Od ślubu Morgan minęło dwa i pół roku, od ślubu Frei ponad trzy. Przy obu okazjach ku swemu zdumieniu czuł ból, jakby kogoś stracił. Zwłaszcza wobec Morgan, najmłodszej z rodzeństwa, którą wszyscy uwielbiali. Nawet on…
„Kogoś, kto ma serce”.
Wyczuwał obecność Christine Derrick, siedzącej kilka ławek za nim. Jakby długim piórem muskała go wzdłuż kręgosłupa. Z trudem się powstrzymywał, by nie wzruszać nerwowo ramionami.
Patrzył w skupieniu na młodą parę i pastora. Słuchał uważnie tego, co mówią, ale nie rozumiał ani słowa.
Długo zwlekał po zakończeniu ceremonii. Gdy wyszedł z kościoła, państwo młodzi już odjechali. Podobnie jak Mowbury, jego matka i większość członków obu rodzin, łącznie z panią Derrick. Jej nieobecność sprawiła mu ogromną ulgę, ale teraz nie mógł już uniknąć pójścia na weselne śniadanie, gdyż nie zdążył się wymówić przed Mowburym. Zniknięcie bez słowa byłoby bardzo niegrzeczne, a zawsze starał się okazywać dobre maniery.
Poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.
– Bewcastle, jeśli pan pozwoli, zabiorę się pana powozem, a swój zostawię młodzieży – powiedział hrabia Kitredge.
– Będzie mi bardzo miło – zapewnił Wulfric.
Pojedzie na śniadanie, złoży życzenia młodej parze, podziękuje lady Mowbury i wymknie się przy pierwszej okazji. Przez następne kilka dni będzie wychodził tylko do parlamentu albo do White'a, a przez resztę czasu pozostanie w Bedwyn House. Pomyślał, że tak postępuje tchórz, ale tłumaczył sobie, że to zupełnie naturalna decyzja. Wszak o tej porze roku niewiele było rozrywek towarzyskich, nie musiał ich więc unikać.
Większość gości w Magnus House na Berkeley Square nie zasiadła jeszcze w sali balowej, gdzie ustawiono stoły. Przechadzali się i przystawali w luźnych grupach, by się przywitać i porozmawiać. Wulfric trzymał się na uboczu. Miał w tym ogromne doświadczenie. Najchętniej usiadłby na przeznaczonym mu miejscu, ale przeszkodził mu Kitredge, z którym przybył.
– Ach, tam jest – powiedział hrabia, chwytając Wulfrica za rękaw. – Jedyna osoba, z którą mam ochotę porozmawiać. Pan też ją zna, Bewcastle. Chodźmy.
Zbyt późno Wulfric zorientował się, że hrabia ciągnie go w stronę Christine Derrick, stojącej z Elrickami, Renable'ami i Justinem Magnusem.
Chyba niedawno znów obcięła włosy. Krótkie lśniące loki otaczały jej ładną twarz o dużych oczach. Dobrze wyglądała w szarej sukni z błękitnymi dodatkami. Każda inna kobieta w stroju o tak spokojnych barwach wyglądałaby blado, ale energia i humor bijące od Christine sprawiały, że kolory niemal promieniały blaskiem. Śmiała się z czegoś, co powiedział Magnus. Ożywiona i zarumieniona, była wręcz niewiarygodnie piękna.
Gdy zauważyła, że nadchodzą, jej ożywienie znikło, choć uśmiech na ustach pozostał.
Kitredge przywitał się z całym towarzystwem. Potem ujął dłoń Christine, pochylił się nad nią, lekko skrzypiąc gorsetem, i uniósł do ust.
– Pani Derrick, wygląda pani jeszcze piękniej niż zwykle – powiedział. – Prawda, Bewcastle?
Wulfric zignorował tę uwagę i ukłonił się wszystkim po kolei. Jej także.
– Madame – odezwał się formalnie.
– Wasza Wysokość.
Spojrzała mu prosto w oczy. A spodziewał się, że utkwi spojrzenie w jego halsztuku albo podbródku. Jakiż z niego głupiec. Najwyraźniej doszła już do siebie po nieoczekiwanym spotkaniu w kościele i nie chciała dawać mu satysfakcji, że wprawił ją w zakłopotanie. Jeśli w ogóle je odczuwała.
– Mam nadzieję, że pani matka jest w dobrym zdrowiu? – spytał.
– Tak, dziękuję.
Nie odwróciła wzroku.
– A siostry?
– Również. Dziękuję.
– Miło mi to słyszeć.
Palce jego prawej dłoni zacisnęły się na monoklu.
Na chwilę opuściła spojrzenie na jego rękę i szkiełko i znów uniosła wzrok. Teraz w jej oczach zobaczył rozbawienie, choć na ustach nie było już uśmiechu.
– Jak pięknie przystrojono salę balową na wesele – zauważył Kitredge. – Pani Derrick, może zechciałaby pani przejść się ze mną i popodziwiać dekoracje z kwiatów?
Uśmiechnęła się promiennie i ujęła podane jej ramię.
– Z przyjemnością.
Podczas śniadania siedziała w gronie rodziny. Wulfric zajmował miejsce w pewnej odległości od niej i uprzejmie rozprawiał z lady Hemmings po swojej lewej stronie i panią Chesney z prawej. Po śniadaniu złożył młodej parze najlepsze życzenia, podziękował za zaproszenie, pożegnał się i odprawiwszy powóz czekający na niego na placu, ruszył do domu pieszo.
Czuł rozdrażnienie, a nieczęsto pozwalał sobie na takie emocje. I zawsze starał się jak najszybciej usunąć przyczynę, która je wywoływała.
Ale jak uwolnić się od irytacji na kobietę, która uporczywie zaprzątała jego myśli i burzyła krew, choć wydawało mu się, że wyrzucił ją z pamięci i wspomnień już dawno temu? Od kobiety, która śmiała się wesoło i rozmawiała z ożywieniem nawet z osobami siedzącymi po drugiej stronie stołu.
Zdecydowanie brakowało jej ogłady.
Jak poradzić sobie z kobietą, która odważnie patrzyła mu w oczy, ilekroć zauważyła, że ją obserwował? Unosiła pytająco brwi, czym wytrącała go z równowagi, a potem się z niego w duchu śmiała.
Skręcając w boczną ulicę i gromiąc wzrokiem dwóch stangretów stojących na rogu, Wulfric uświadomił sobie, że nadal jest w niej zadurzony.
Diabła tam, zadurzony. Był w niej szaleńczo zakochany. Nie cierpiał jej, drażniła go, niemal wszystko miał jej za złe, a jednak zakochał się w niej po uszy jak nieopierzony smarkacz.
Zastanawiał się, co ma z tym zrobić.
Wcale nic było mu do śmiechu.
Wcale.
12
Christine przyjechała do Londynu na tydzień przed ślubem Audrey i zatrzymała się w miejskiej rezydencji Melanie i Bertiego. Ten tydzień upłynął jej bardzo przyjemnie na licznych wyprawach po zakupy na Oxford Street, a niekiedy nawet na Bond Street. Potrzebowała nowych strojów i tym razem miała na to pieniądze. Poza tym zakupy były ulubioną rozrywką jej przyjaciółki Melanie. Christine zaopatrzyła się w garderobę na wiosnę i lato, ładną, modną, a jednocześnie praktyczną i za niezbyt wygórowaną cenę. Chciała zostawić trochę pieniędzy na podarki dla matki i rodziny. Zresztą z natury nie była rozrzutna.