Młodość dla wybranych
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Młodość dla wybranych». Краткое содержание книги:
Kilkanaście dni później do szpitala trafia mężczyzna z takimi samymi objawami, jak u nadal nie odnalezionego Harry’ego Slotkina. Obu wcześniej leczył doktor Carl Wallenberg. Pacjent umiera, a Toby, wbrew woli Wallenberga, aranżuje sekcję zwłok. Diagnoza nie pozostawia wątpliwości co do przyczyny śmierci: zarażenie chorobą szalonych krów.
Kilka innych tajemniczych zgonów, których wyjaśnieniem zajmuje się Toby, wskazuje coraz wyraźniej, że to nie epidemia, lecz rezultat czyjegoś świadomego działania. Tropy prowadzą do luksusowego domu opieki, w których Wallenberg i jego współpracownicy przeprowadzają eksperymenty medyczne na starcach, wszczepiając im hormony…
Diagnozę trzeba będzie potwierdzić. Trzeba skonsultować się z neuropatologiem, przeprowadzić badania pod mikroskopem elektronowym, przejrzeć notatki z badań klinicznych. Nie, na planowanie pogrzebu jeszcze za wcześnie.
Spotniały mu dłonie. Wyłączył mikroskop i głęboko odetchnął. Potem sięgnął po słuchawkę telefonu.
Sekretarka szybko odszukała prywatny numer Toby Harper. Po szóstym sygnale odpowiedział mu zirytowany głos:
– Halo!
– Doktor Harper? Mówi Dan Dvorak z urzędu anatomopatologa stanowego. Dzwonię nie w porę, czy możemy porozmawiać?
– Od tygodnia próbuję pana złapać.
– Wiem – przyznał. I nie potrafił wymyślić żadnej wymówki.
– Zdiagnozował pan Angusa Parmentera?
– Właśnie dlatego dzwonię. Musi mi pani przedstawić jego obraz kliniczny.
– Nie przysłali panu karty choroby?
– Przysłali, ale chciałbym z panią porozmawiać o tym, co widziała pani w izbie przyjęć. Wciąż próbuję zinterpretować preparaty histologiczne. Jak już mówiłem, brakuje mi kilku elementów do pełnego obrazu klinicznego.
W tle usłyszał coś, co brzmiało jak szum wody tryskającej z kranu.
– Nie, zakręć to! – krzyknęła Toby. – Zakręć, zalejesz całą podłogę! – Trzask słuchawki, szybki tupot nóg. Odezwała się dopiero po chwili. – To dla mnie niezbyt dobra pora na rozmowę przez telefon, doktorze. Wolałabym się z panem spotkać.
– Tak, to chyba lepszy pomysł – odrzekł po chwili wahania. – Dziś po południu?
– Dzisiaj mam wolne, musiałabym wezwać opiekunkę… O której kończy pan pracę?
– Zaczekam tak długo, jak będzie trzeba.
– Dobrze, postaram się przyjechać przed szóstą. Gdzie to jest?
– Albany Street siedemset dwadzieścia, naprzeciwko szpitala miejskiego. Główne drzwi będą już zamknięte, proszę zaparkować za budynkiem.
– Wciąż nie rozumiem, o co panu chodzi, doktorze.
– Zrozumie pani – odparł – gdy pani obejrzy preparaty.
Rozdział 10
Było prawie wpół do siódmej, kiedy wjechała na parking za piętrowym budynkiem przy 720 Albany Street. Minąwszy po drodze trzy identyczne furgonetki z napisem: Urząd Głównego Anatomopatologa Wspólnoty Massachusetts, [Wspólnota Massachusetts: federacja stanów Kentucky, Massachusetts, Pensylwanii i Wirginii.] zaparkowała blisko drzwi.
Cały dzień zanosiło się na deszcz i w końcu zaczął padać łagodny kapuśniaczek, który posrebrzał mrok. Był koniec października, ciemno robiło się wcześnie; Toby już teraz tęskniła za długimi, letnimi, ciepłymi wieczorami. Budynek przypominał kryptę z czerwonej cegły.
Wysiadła z samochodu i ruszyła przez parking, kuląc się w deszczu. Gdy dochodziła do wejścia, drzwi otworzyły się na oścież. Zaskoczona, podniosła głowę.
W progu, na tle oświetlonego korytarza, rysowała się sylwetka wysokiego mężczyzny.
– Doktor Harper?
– Tak.
– Dan Dvorak. Drzwi zamykają o szóstej, więc na panią czekałem. Zapraszam.
Weszła do środka, otarła oczy z deszczu, zamrugała w jaskrawym świetle i przyjrzała się jego twarzy, porównując obraz, jaki ukształtował się w jej świadomości podczas rozmowy telefonicznej, z wysokim mężczyzną, który ją powitał. Wiek? Czterdzieści kilka lat, tak jak myślała. Ciemne włosy obficie przyprószone siwizną i zmierzwione, jakby nerwowo przeczesywał je palcami. Oczy niebieskie i tak głęboko osadzone, że spoglądały na nią jak z dwóch ciemnych jamek. Lekko się uśmiechnął, ale wyczuła, że jest to uśmiech wymuszony; choć bardzo przyjemny, gościł na jego ustach króciutko i zniknął, by ustąpić miejsca grymasowi, którego rozszyfrować nie była w stanie. Może wyrazowi niepokoju. Albo lęku.
– Prawie wszyscy już wyszli – dodał – cicho tu więc jak w grobie.
– Chciałam przyjechać jak najszybciej, ale nie od razu udało mi się ściągnąć opiekunkę.
– Ma pani dzieci?
– Nie, to opiekunka matki. Nie lubię zostawiać jej samej. Weszli na schody. Dvorak wyprzedzał ją o pół kroku, poły białego fartucha trzepotały od ruchu jego długich nóg.
– Przepraszam, że nie uprzedziłem pani wcześniej.
– Nie odbiera pan moich telefonów i nagle chce pan ze mną rozmawiać. Dlaczego?
– Chcę się z panią skonsultować.
– Nie jestem patologiem. To pan przeprowadzał autopsję.
– Ale to pani go badała, kiedy jeszcze żył.
Wyszli na korytarz na piętrze i Dvorak ruszył przodem tak energicznie i nerwowo, że Toby musiała prawie biec.
– Ci od Wallenberga konsultowali się z neurologiem. Pan z nim rozmawiał?
– Neurologa wezwano, gdy pacjent był już w stanie śpiączki. Nie okazywał praktycznie żadnych symptomów czy objawów przedmiotowych. Nie licząc samej śpiączki, oczywiście.
– Wallenberg też nic panu nie powiedział? Był lekarzem prowadzącym.
– Wallenberg utrzymuje, że to udar.
– No i co? To był udar?
– Nie. – Dvorak otworzył drzwi i zapalił światło.
W pomieszczeniu stało zręczne stalowe biurko, kilka krzeseł i szafka na dokumenty. Gabinet człowieka dobrze zorganizowanego – pomyślała Toby, spoglądając na sterty równiutko poukładanych teczek i na rząd podręczników na półce. Jedynymi elementami osobistymi w tym surowym wnętrzu była zaniedbana paprotka na szafce i fotografia na biurku. Fotografia przedstawiała nastolatka o zwichrzonych włosach, który mrużąc oczy w słońcu, demonstrował złowionego pstrąga.
Twarz chłopca była duplikatem twarzy Dvoraka. Toby usiadła naprzeciwko biurka.
– Napije się pani kawy?
– Wolałabym raczej garść informacji. Czego się pan dowiedział w trakcie autopsji?
– Podczas oględzin ogólnych – niczego.
– Żadnych śladów udaru?
– Ani zakrzepowego, ani krwotocznego.
– A serce? Naczynia wieńcowe?
– W idealnym stanie. Żeby człowiek w jego wieku miał tak czystą lewą zstępującą? Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałem. Nie, on nie umarł na serce. – Dvorak usiadł przy biurku, wpatrując się w nią tak intensywnie, że ledwo wytrzymywała jego spojrzenie.
– Toksyny?
– Minął dopiero tydzień. Badanie wstępne wykazuje obecność diazepamu i dylantyny. Podawano mu je w trakcie leczenia. – Pochylił się do przodu. – Dlaczego nalegała pani na sekcję?
– Już panu mówiłam. Trafiło do mnie dwóch pacjentów o identycznym zespole symptomów. Chciałam ich zdiagnozować.
– Proszę mi o tych symptomach opowiedzieć. Wszystko, co pani pamięta.
Pod przenikliwym spojrzeniem niebieskich oczu trudno jej było się skupić. Oparła się wygodniej, przeniosła wzrok na stos teczek na biurku i odchrząknęła.
– Przede wszystkim splątanie. Obu przywieziono do izby w stanie głębokiej dezorientacji czasowo-przestrzennej.
– Najpierw niech mi pani opowie o Parmenterze. Kiwnęła głową.
– Obijał się nieprzytomnie po domu. Akurat odwiedziła go córka i to ona wezwała karetkę. Nie poznawał ani jej, ani wnuczek. Z ich opowieści wywnioskowałam, że miał halucynacje. Był przekonany, że potrafi latać. W trakcie badania nie stwierdziłam żadnych urazów. Nie był w stanie dotknąć palcem nosa – to jedyny objaw neurologiczny, wskazujący na umiejscowienie choroby. Początkowo myślałam, że to udar móżdżkowy, ale zauważyłam inne objawy, których nie umiałam wyjaśnić.
– Jakie?
– Miał silne zaburzenia wzroku. Nie potrafił ocenić, jak daleko stoję. – Zmarszczyła brwi: – No tak, stąd te karzełki…
– Słucham?
– Skarżył się, że w domu nawiedziły go karzełki. Pewnie mówił o wnuczkach, są w wieku mniej więcej dziesięciu lat.