Młodość dla wybranych
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Młodość dla wybranych». Краткое содержание книги:
Kilkanaście dni później do szpitala trafia mężczyzna z takimi samymi objawami, jak u nadal nie odnalezionego Harry’ego Slotkina. Obu wcześniej leczył doktor Carl Wallenberg. Pacjent umiera, a Toby, wbrew woli Wallenberga, aranżuje sekcję zwłok. Diagnoza nie pozostawia wątpliwości co do przyczyny śmierci: zarażenie chorobą szalonych krów.
Kilka innych tajemniczych zgonów, których wyjaśnieniem zajmuje się Toby, wskazuje coraz wyraźniej, że to nie epidemia, lecz rezultat czyjegoś świadomego działania. Tropy prowadzą do luksusowego domu opieki, w których Wallenberg i jego współpracownicy przeprowadzają eksperymenty medyczne na starcach, wszczepiając im hormony…
– Proszę wejść. Jeszcze nie skończyłam rozmowy z innym kandydatem, ale…
– Ja z panią porozmawiam – przerwała jej Vickie. Przepchnęła się do przodu i uścisnęła Jane rękę. – Jestem siostrą doktor Harper. Chodźmy, porozmawiamy w kuchni. – Zerknęła na Toby. – Tymczasem skończ z panem Duganem. – I szeptem dodała: – Pozbądź się dziada.
Wallace Dugan wiedział już, jaki zapadł wyrok. Kiedy Toby weszła do salonu, pokonany i zrezygnowany patrzył w stół. Przed nim leżały jego dokumenty. Trzy strony kroniki czterdziestu pięciu lat pracy. Kroniki, którą prawdopodobnie musiał już zamknąć.
Gawędzili jeszcze przez chwilę, bardziej z grzeczności niż z potrzeby. Oboje wiedzieli, że już nigdy więcej się nie zobaczą. Kiedy w końcu wyszedł, Toby z ulgą zamknęła za nim drzwi. Trudno. Kierując się współczuciem i litością, nic by nie zdziałała.
Wróciła do kuchni.
Vickie była sama. Stała w drzwiach i patrzyła na ogród.
– Zobacz – powiedziała.
Ścieżką dreptała matka, a obok niej szła Jane Nolan, kiwając głową, ilekroć Ellen wskazywała jakąś roślinę. Była niczym mały, ruchliwy ptaszek, czujny na każdy ruch towarzyszki. Ellen nagle przystanęła, spojrzała w dół i zmarszczyła czoło. Pochyliła się i podniosła ogrodowe pazurki. Obracała je w rękach, szukając wskazówki, do czego mogą służyć.
– I co my tu mamy? – spytała Jane. Ellen pokazała jej pazurki.
– To. Szczotka. – Natychmiast zdała sobie sprawę, że słowo jest źle dobrane i pokręciła głową. – Nie, to nie szczotka. To jest… No wiesz, to jest do…
– Do kwiatów, prawda? – podpowiedziała Jane. – Pazurki do spulchniania ziemi.
– Tak. – Ellen się rozpromieniła. – Pazurki.
– Odłóżmy je na miejsce, żeby się nie zapodziały. I żebyśmy na nie przypadkiem nie nastąpiły. – Jane położyła pazurki w taczce. Podniosła głowę i widząc Toby, uśmiechnęła się do niej i pomachała. Potem wzięła Ellen pod rękę i zniknęły za rogiem domu.
Toby poczuła, że z ramion spada jej niewidzialny ciężar. Popatrzyła na siostrę.
– No i co o niej myślisz?
– Ma spore doświadczenie. I znakomite referencje z trzech domów opieki. Będziemy musiały podnieść jej stawkę, bo to przyuczona pielęgniarka, z prawem do praktyki. Ale myślę, że warto.
– Zdaje się, że mama ją polubiła, to najważniejsze. Vickie westchnęła z satysfakcją. Misja zakończona. Medal za skuteczność.
– No i widzisz? – rzuciła, zamykając drzwi. – To wcale nie było takie trudne.
Jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden dolar. Jeszcze jeden trup. Daniel Dvorak cofnął się od stołu i zdjął rękawiczki.
– Oto i twoja odpowiedź, Roy. Rana drążąca w lewej górnej ćwiartce i uszkodzenie śledziony, które wywołało silny krwotok wewnętrzny. Ten człowiek na pewno nie umarł z przyczyn naturalnych. Żadnych niespodzianek. – Wrzucił rękawiczki do kosza i spojrzał na detektywa Sheehana.
Sheehan stał przy stole, lecz bynajmniej nie patrzył na opróżnioną jamę brzuszną. Nie, Sheehan robił słodkie oczy do Lisy. Jakie to romantyczne. Romeo i Julia nad ludzkimi zwłokami.
Dvorak pokręcił głową i poszedł umyć ręce. W lustrze obserwował rozwój sytuacji. Sheehan wyprostował plecy i wciągnął brzuch. Lisa roześmiała się, odrzucając z czoła puszyste blond loki. Natura bierze górę nawet w sali autopsyjnej.
Nawet gdy mężczyzna jest dużo starszy, żonaty i otyły.
Jeśli Sheehan chce odgrywać romantycznego kochanka, to jego sprawa – pomyślał, spokojnie wycierając ręce. Ale powinienem go ostrzec, że nie jest pierwszym gliniarzem, który tutaj przypomina sobie o własnych hormonach. Sekcje zwłok stały się ostatnio bardzo popularne, i to wcale nie ze względu na zwłoki.
– Będę w gabinecie – rzucił i wyszedł.
Dwadzieścia minut później do drzwi zapukał Sheehan. Wszedł z nieśmiałym, acz szczęśliwym wyrazem twarzy człowieka, który zdaje sobie sprawę, że zachowuje się głupio, wie, że inni też o tym wiedzą, i który ma to gdzieś.
Dvorak doszedł do wniosku, że on też ma to gdzieś. Wyjął z szafki teczkę i podał ją Sheehanowi.
– Końcowe wyniki badań toksykologicznych, o które prosiłeś. Jeszcze coś?
– Eeee… Tak. To dziecko. Ustaliliście przyczynę zgonu?
– Wszystkie objawy wskazują na zespół nagłej śmierci niemowląt.
Sheehan zapalił papierosa.
– Tak myślałem.
– Mógłbyś to zgasić?
– Słucham?
– W tym budynku obowiązuje zakaz palenia.
– Nawet tutaj?
– Wszystko przesiąka dymem. Sheehan parsknął śmiechem.
– W twoim zawodzie trudno narzekać na zapachy. – Mimo to zgasił papierosa na talerzyku, który podsunął mu Dvorak. – Wiesz, ta Lisa to miła dziewczyna.
Daniel nie odpowiedział, uznawszy, że tak będzie bezpieczniej.
– Ma chłopaka?
– A skąd mam wiedzieć?
– Nigdy jej o to nie pytałeś?
– Nie.
– Nawet z czystej ciekawości?
– Ciekawi mnie dużo rzeczy, ale to akurat wcale. – Dvorak milczał chwilę. – Tak przy okazji, jak się miewa żona i dzieci?
Sheehan odchrząknął.
– Dobrze, dziękuję.
– A w domu? Też wszystko dobrze?
– Tak. Oczywiście.
Dvorak ponuro kiwnął głową.
– No to szczęściarz z ciebie.
Sheehan poczerwieniał i wbił wzrok w protokół toksykologiczny.
Gliniarze widzą za dużo śmierci – pomyślał Daniel. Dlatego próbują chwytać wszystko, co w życiu najlepsze. Sheehan, bystry i w gruncie rzeczy porządny gość, walczył z pierwszymi oznakami wieku średniego, jakie dostrzegał w lustrze.
W tym momencie do gabinetu weszła Lisa z dwiema tacami preparatów. Posłała Sheehanowi uśmiech i zdumiała się, gdy szybko uciekł wzrokiem w bok.
– Co to jest? – spytał Dvorak.
– Na górnej tacy wątroba i płuca Josepha Odette. Na dolnej mózg Parmentera. – Znowu zerknęła na Sheehana, ale tym razem z wyniosłą godnością. – Życzył pan sobie tylko barwienie hematoksyliną, eozyną i PAS-em, prawda? – spytała rzeczowo.
– Nie barwiłaś czerwienią Kongo?
– Też, na wszelki wypadek. – I opuściła gabinet z nie naruszoną dumą.
Zaraz potem wyszedł i Sheehan, chwilowo utemperowany Romeo.
Dvorak przeniósł tace do laboratorium i włączył mikroskop. Pierwszy preparat: tkanka płucna Joeya Odette. Palacz – pomyślał Daniel, spoglądając na pęcherzyki. Żadna niespodzianka, już w czasie autopsji widział u niego zmiany rozedmowe. Przejrzał kilka preparatów z innymi wycinkami tkanki płucnej, a potem zajął się wątrobą. Marskość i stłuszczenie. Nie tylko palacz, ale i pijak. Gdyby Joey Odette nie palnął sobie w łeb, na pewno wysiadłyby mu płuca albo wątroba. Samobójstwo można popełnić na wiele sposobów.
Przedyktował uwagi, odłożył szkiełka i sięgnął po drugą tacę.
Pierwszy preparat mózgu Angusa Parmentera – mikroskopowe badanie mózgu przeprowadza się rutynowo, to nieodłączny element każdej sekcji – wycinek kory móżdżku barwiony różowawym kwasem nadjodowym według Schiffa. Dvorak poprawił ostrość. Patrzył przez okular co najmniej dziesięć sekund, próbując połapać się w tym, co widzi.
Artefakt – pomyślał. Nic innego. Zniekształcenie tkanki, pojawiające się w preparacie mikroskopowym w trakcie jego przygotowywania lub barwienia.
Odłożył szkiełko i wziął następne. Wyregulował ostrość.
I znów wszystko wyglądało nie tak. Zamiast jednolitej tkanki neuronalnej, poprzetykanej szkarłatnymi jądrami, widział coś w rodzaju różowawo-białej piany. Wszędzie pełno wakuoli, jakby substancję mózgową nadjadły mikroskopijne mole.
Powoli uniósł głowę. I spojrzał na swój palec – na palec, w który skaleczył się skalpelem. Ranka już się zagoiła, lecz w miejscu, gdzie zamknęły się jej brzegi, na skórze widniała cieniuteńka blizna. Dotykałem wtedy mózgu. I przeciąłem podwójne rękawice.