Młodość dla wybranych
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Młodość dla wybranych». Краткое содержание книги:
Kilkanaście dni później do szpitala trafia mężczyzna z takimi samymi objawami, jak u nadal nie odnalezionego Harry’ego Slotkina. Obu wcześniej leczył doktor Carl Wallenberg. Pacjent umiera, a Toby, wbrew woli Wallenberga, aranżuje sekcję zwłok. Diagnoza nie pozostawia wątpliwości co do przyczyny śmierci: zarażenie chorobą szalonych krów.
Kilka innych tajemniczych zgonów, których wyjaśnieniem zajmuje się Toby, wskazuje coraz wyraźniej, że to nie epidemia, lecz rezultat czyjegoś świadomego działania. Tropy prowadzą do luksusowego domu opieki, w których Wallenberg i jego współpracownicy przeprowadzają eksperymenty medyczne na starcach, wszczepiając im hormony…
– Tak.
– Idź na Charter Street. Na rogu jest piekarnia, a obok piekarni pensjonat. Ona ma pokój na pierwszym piętrze.
– Kto?
– Pytaj o Annie.
– Jesteś jedną z dziewczyn Romy’ego, tak?
Spojrzała na nią przez wąską szparę w przytrzymywanych łańcuchem drzwiach. Molly widziała tylko pół twarzy, kilka jaskraworudych loków i niebieskie, podkrążone ze zmęczenia oko.
– Sophie kazała mi tu przyjść. Powiedziała, że może mnie przenocujesz…
– Najpierw powinna była spytać o to mnie.
– Proszę, czy mogłabym tu zostać? Tylko na jedną noc. – Dygocząc z zimna, skrzyżowała ręce na piersi, chwyciła się za ramiona i rozejrzała po korytarzu. – Nie mam dokąd pójść. Będę cicho. Nawet mnie nie zauważysz.
– Wkurzyłaś Romy’ego, co? Czym?
– Niczym.
Kobieta zaczęła zamykać drzwi.
– Zaczekaj! Tak, chyba go wkurzyłam. Nie chciałam znowu iść do tego lekarza i…
Drzwi się uchyliły. Kobieta bez słowa popatrzyła na jej brzuch.
– Jestem taka zmęczona – szepnęła Molly. – Nie mogłabym przespać się na podłodze? Proszę, tylko dzisiaj.
Drzwi się zamknęły.
Zrozpaczona Molly przejmująco zaszlochała. Nagle rozległ się brzęk łańcucha i drzwi otworzyły się na oścież. W progu stała rudowłosa Annie. Miała na sobie sukienkę w kwiaty, która opinała jej wydatny brzuch.
– Właź.
Molly weszła do mieszkania. Annie natychmiast zamknęła drzwi i założyła łańcuch.
Patrzyły na siebie w milczeniu. Molly zerknęła na jej brzuch. Annie poszła za jej wzrokiem i wzruszyła ramionami.
– Nie jestem gruba. Jestem w ciąży.
Molly kiwnęła głową i położyła ręce na swoim lekko zaokrąglonym brzuchu.
– Ja też.
– Dwadzieścia dwa lata opiekowałam się starcami, pracowałam w czterech domach opieki w New Jersey. Znam się na tym, wiem, jak ich upilnować, żeby nie zrobili sobie krzywdy. – Wskazała kartki leżące na stole. – Zajmuję się tym od dawna.
– Tak, widzę – odparła Toby, przeglądając świadectwa z przebiegu kariery zawodowej Idy Bogart. Kartki cuchnęły papierosowym dymem. Tak samo jak Ida Bogart, jak jej ubranie, jak również cała kuchnia, którą zatruła nikotynowymi wyziewami. Po co ja z nią rozmawiam? Nie chcę, żeby przychodziła do mojego domu. Nie chcę, żeby zbliżała się do mojej matki.
Odłożyła kartki i zmusiła się do uśmiechu.
– Zatrzymam to do chwili podjęcia decyzji.
– Potrzebuje pani kogoś od zaraz, prawda? Tak pisało w ogłoszeniu.
– Mam jeszcze innych kandydatów.
– Można spytać ilu?
– Kilku.
– Niewielu chce pracować w nocy. Dla mnie to żaden problem.
Toby wstała, dając jednoznacznie do zrozumienia, że rozmowa skończona. Szybko wyprowadziła ją z kuchni do holu.
– Będę o pani pamiętać. Dziękuję, że zechciała się pani pofatygować. – Niemal wypchnęła ją z domu, zamknęła drzwi, po czym oparła się o nie plecami, jakby chciała się zabarykadować przed kolejnymi paniami Bogart. Zostało mi tylko sześć dni – pomyślała. Jak tu kogoś znaleźć w tak krótkim czasie?
W kuchni zadzwonił telefon. Vickie.
– No i jak przebiegają rozmowy? – spytała.
– W ogóle nie przebiegają.
– Mówiłaś, że ktoś się zgłosił.
– Tak, nałogowa palaczka, dwie dziewczyny bez znajomości angielskiego i alkoholiczka, na widok której chciałam zamknąć na klucz szafkę z alkoholem. Vickie, nic z tego nie będzie. Nie mogę zostawić matki z takimi ludźmi. Dopóki kogoś nie znajdziemy, będziesz musiała zabierać ją na noc do siebie.
– Toby, ona nocami chodzi. Może otworzyć gaz, kiedy będziemy spali. Muszę myśleć o dzieciach.
– Mama nie tyka kuchenki. I zwykle przesypia całą noc.
– Może zadzwonisz do jakiejś agencji?
– To rozwiązanie na krótką metę. Codziennie nowa twarz? Odpada, to by ją rozstroiło.
– Lepsze to niż nic. Albo to, albo dom starców, innego wyjścia nie ma.
– Wykluczone. Nie oddam jej do domu starców. Vickie westchnęła.
– To tylko luźna propozycja. Myślę nie tylko o mamie, ale i o tobie. Szkoda, że tak niewiele mogę zrobić…
Fakt, szkoda. Cóż, Vickie miała na głowie dwoje dzieci, wymagających stałej uwagi. Ellen byłaby kolejnym ciężarem. Siostra nie dałaby sobie rady.
Toby podeszła do okna i wyjrzała do ogrodu. Matka stała przy szopie z grabiami w ręku. Wyglądało na to, że nie pamięta, do czego służą, bo skrobała nimi kamienną ścieżkę.
– Ilu ci jeszcze zostało? – spytała siostra.
– Dwoje.
– Jak tam ich papiery?
– Wyglądają znakomicie, ale na papierze wszyscy wyglądają znakomicie. Wóda zalatuje od nich, dopiero gdy rozmawiasz z nimi twarzą w twarz.
– Przesadzasz, chyba nie jest aż tak źle…
– Wobec tego sama z nimi porozmawiaj. Następny powinien już tu być… – W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. – To pewnie on.
– Już idę.
Toby odłożyła słuchawkę i poszła otworzyć. W progu stał starszy mężczyzna o szarej, ściągniętej twarzy i pochylonych ramionach.
– Ja w sprawie pracy. – Zdołał powiedzieć tylko tyle, chwycił go bowiem gwałtowny atak kaszlu.
Toby szybko wprowadziła go do środka i posadziła na sofie. Przyniosła mu szklankę wody i odczekała, aż mężczyzna wykaszle się i odchrząknie, by znowu zacząć kaszleć. Dopiero co wyszedł z przeziębienia, to stąd, wyjaśnił, kiedy mu na chwilę przeszło. Najgorsze ma już za sobą, musi tylko zwalczyć to zapalenie oskrzeli. Ależ nie, bynajmniej, zapalenie oskrzeli nie przeszkodzi mu w pracy, absolutnie. Zdarzało mu się pracować, kiedy był w znacznie gorszym stanie, pracował całe życie, odkąd skończył szesnaście lat.
Toby słuchała go bardziej z litości niż z zainteresowania, wbijając wzrok w dokumenty na stole. Wallace Dugan, lat sześćdziesiąt jeden. Wiedziała, że go nie zatrudni, ale nie miała serca mu przerwać. Siedziała więc bez słowa, wysłuchując opowieści o kolejach jego losu, które doprowadziły go do tej smutnej chwili życia. O tym, jak bardzo tej pracy potrzebował. I o tym, jak trudno o pracę ludziom w jego wieku.
Kiedy przyjechała Vickie, Wallace Dugan wciąż jeszcze tam siedział. Vickie weszła do salonu, zobaczyła go i skamieniała.
– To jest moja siostra Vickie – powiedziała Toby. – A to jest pan Dugan. Pan Dugan stara się o pracę.
Wallace wstał, żeby się z nią przywitać, ale natychmiast opadł na sofę, bo chwycił go kolejny atak kaszlu.
– Toby, pozwól na chwilę, możesz? – rzuciła Vickie i zniknęła w kuchni.
Toby weszła tam za nią i zamknęła drzwi.
– Co mu jest? – szepnęła Vickie. – Jakby miał raka albo gruźlicę.
– Mówi, że to zapalenie oskrzeli.
– Chyba nie chcesz go zatrudnić?
– Jak dotąd to najlepszy kandydat.
– Żartujesz. Powiedz, że żartujesz. Toby westchnęła.
– Niestety, nie. Nie widziałaś poprzednich.
– Byli gorsi od niego?!
– Ten jest przynajmniej sympatyczny.
– Jasne, a kiedy rypnie na podłogę i straci przytomność, mama zrobi mu masaż serca i sztuczne oddychanie, co?
– Vickie, nie zamierzam go zatrudniać.
– No to czemu go nie odeślesz? Zaraz ci tam wykituje. Zadzwonił dzwonek u drzwi.
– Jezus Maria. – Toby wypadła z kuchni. Mijając Dugana, posłała mu przepraszające spojrzenie, ale odkasływał właśnie w chusteczkę i nawet jej nie zauważył.
W progu stała uśmiechnięta, chochlikowata kobieta, myszka w porządnie odprasowanej bluzce i luźnych spodniach. Miała trzydzieści parę lat i fryzurę a la księżna Di.
– Doktor Harper? Przepraszam, jeśli przychodzę za wcześnie, ale chciałam mieć pewność, że się nie spóźnię i że trafię. – Wyciągnęła do niej rękę. – Jane Nolan.