Ksi?ga wszystkich dokona? Sherlocka Holmesa
- Автор: Конан Дойл Артур
- Год: 2004
- Язык: польский
- Жанр: Классические детективы
Электронная книга - «Ksi?ga wszystkich dokona? Sherlocka Holmesa». Краткое содержание книги:
- Nic mi o tym nie wiadomo.
Twarz Holmesa była bardzo blada i poważna.
- Obawiam się, że ta historia jeszcze się nie skończyła - powiedział. - Czyhają na pana gorsze niebezpieczeństwa niż angielskie prawo, gorsze nawet niż pańscy wrogowie z Ameryki. Czekają pan kłopoty, panie Douglas. Proszę posłuchać mojej rady i mieć się na baczności.
A teraz, moi cierpliwi czytelnicy, proponuję, żebyśmy zostawili na czas jakiś dwór Birlstone w Sussex i udali się w daleką podróż, cofając się w czasie mniej więcej o dwadzieścia lat i przenosząc się kilka tysięcy mil na zachód. Opowiem wam tak dziwną i straszną historię, że trudno będzie w nią uwierzyć, choć wydarzyła się naprawdę. Pod koniec naszej podróży będziemy wiedzieli wszystko o dziwnych losach człowieka znanego jako John Douglas.
Nie sądźcie, że pragnę opowiedzieć jakąś drugą historię, nim pierwsza dobiegnie końca. Sami przekonacie się, że wcale tak nie jest. A gdy już szczegółowo opiszę te odległe wydarzenia, i poznacie tajemnicę przeszłości, ponownie spotkamy się w mieszkaniu na Baker Street, gdzie historia ta, podobnie jak wiele innych niezwykłych wydarzeń, odnajdzie swoje zakończenie.
Część druga
Wykonawcy wyroków
Rozdział pierwszy
Miało to miejsce czwartego lutego 1875 roku. Zima była surowa, i w wąwozach Gilmerton Mountains leżał głęboki śnieg. Jednakże dzięki pługom parowym linie kolejowe zostały odśnieżone i wieczorny pociąg, łączący szereg górniczych i hutniczych osad, powoli, stękając, piął się w górę po stromych stokach wiodących ze Stagville na równinach do Vermissy, głównego miasta w tej okolicy, leżącego na drugim końcu doliny Vermissy. Stamtąd szlak biegł w dół do Bartons Crossing, Helmdale i rolniczego hrabstwa Merton. Była to jednotorowa linia kolejowa. Na każdej z wielu bocznic stały długie sznury wagonów wypełnionych węglem i rudą żelaza, świadczące o bogactwie, które sprowadziło rzesze ludzi do tego niegdyś przygnębiającego, a obecnie tętniącego życiem zakątka Stanów Zjednoczonych.
Kiedyś to naprawdę było bezludzie. Pionier, który tu dotarł, nie miał pojęcia, że najpiękniejsze prerie i najbujniejsze pastwiska nad wodami były nic niewarte w porównaniu z tą ponurą ziemią z czarnymi urwiskami i gęstą puszczą. Pośród wysokich jałowych szczytów i postrzępionych skał ukrytych pod białym śniegiem, których zbocza porastały ciemne, niemal nieprzebyte lasy, wiła się, otoczona ze wszystkich stron górami, długa kręta dolina. Wzdłuż tej właśnie doliny wspinał się powoli mały pociąg.
W pierwszym wagonie dopiero co zapalono lampy naftowe. Był to zwykły długi wagon, w którym mieściło się dwadzieścia - trzydzieści osób. Większość z nich stanowili robotnicy wracający po całodziennej harówce w niżej położonej części doliny. Co najmniej z tuzin z nich było górnikami, o czym świadczyły ubrudzone twarze i górnicze lampy. Siedzieli zbici w grupkę, paląc papierosy, i rozmawiali cichymi głosami, od czasu do czasu zerkając na dwóch mężczyzn w drugiej części wagonu, których mundury i odznaki świadczyły, iż byli policjantami.
Resztę tej grupy stanowiło kilka kobiet z klasy robotniczej i paru podróżnych, którzy byli zapewne właścicielami niewielkich miejscowych sklepików. W kącie wagonu siedział samotnie młody człowiek, któremu bardzo dokładnie się przyjrzymy. Młodzieniec miał świeżą cerę, był średniego wzrostu i, oceniając na oko, zbliżał się do trzydziestki. W jego dużych bystrych wesołych oczach pojawiał się od czasu do czasu błysk zaciekawienia, gdy rozglądał się wokół i obserwował zza swych okularów współpasażerów. Te spojrzenia utwierdzały w przekonaniu, że był człowiekiem towarzyskim; powierzchowny obserwator powiedziałby, że jest to prostak. Pragnął być miłym dla wszystkich, często się uśmiechał. Jednak bardziej dokładne przyjrzenie się jego twarzy pozwoliłoby dostrzec w wydatności szczęki i ponurym wyrazie zaciętych ust głębię i siłę, które kryły się pod zewnętrzną łagodnością i mogły świadczyć o tym, że ten miły młody Irlandczyk o kasztanowych włosach był w stanie zmienić na dobre lub złe losy każdej społeczności, w której przyszłoby mu żyć. Zagadnąwszy niepewnie parę razy najbliższego górnika i otrzymawszy tylko krótkie gburowate odpowiedzi, zrezygnowany podróżny zaakceptował ponurą ciszę i wyglądał melancholijnie przez okno na zblakły krajobraz.
Ten widok nie napawał radością. W gęstniejącym zmierzchu na zboczach wzgórz pulsowały czerwone łuny palenisk. Po obu stronach majaczyły wielkie sterty żużlu i hałdy popiołu, a nad nimi piętrzyły się wysokie szyby kopalni. Nędzne drewniane domy zbite w ciasne grupki, w których oknach właśnie zaczynały zapalać się światła, stały porozrzucane wzdłuż torów, na stacyjkach czekali, stłoczeni, brudni od sadzy robotnicy.
Zagłębie górniczo-hutnicze w rejonie Vermissy nie było miejscem dla ludzi wykształconych czy pragnących odpocząć. Tutaj toczyła się okrutna walka o życie.
Młody podróżny przyglądał się tym ponurym okolicom, a na jego twarzy malowały się odraza i zainteresowanie, co świadczyło o tym, że cała ta sceneria była dla niego czymś nowym. Co jakiś czas wyciągał z kieszeni długi list, w którym coś sprawdzał i notował na marginesach. Raz wyjął zza pasa coś, czego trudno byłoby oczekiwać u człowieka o tak łagodnym usposobieniu. Był to rewolwer największego kalibru. Gdy obrócił go ukośnie do światła, błysnęły obwódki miedzianych łusek w bębenku: broń była naładowana. Szybko schował rewolwer do ukrytej kieszeni, ale nie na tyle prędko, żeby nie zauważył tego pewien robotnik, który zajmował sąsiednią ławkę.
- Hej, kolego! - powiedział. - Wygląda na to, że jesteś gotowy na wszystko.
Młody mężczyzna uśmiechnął się z zakłopotaniem.
- Tak - powiedział. - W miejscu, z którego pochodzę, potrzebujemy czasem takiej broni.
- Czyli skąd?
- Ostatnio mieszkałem w Chicago.
- A więc jesteś obcy w tych stronach?
- Tak.
- Jeszcze się przekonasz, że on ci się tutaj przyda.
- Doprawdy? - młody człowiek sprawiał wrażenie zaciekawionego.
- Nic nie słyszałeś o tym, co się tutaj wyrabia?
- Nie. Nie słyszałem niczego niezwykłego.
- Myślałem, że w całym kraju o tym mówią. Wkrótce się dowiesz. Co cię tutaj sprowadza?
- Słyszałem, że dla chętnego zawsze znajdzie się tu praca.
- Należysz do związku?
- Jasne.
- W takim razie pewnie dostaniesz pracę. Masz tu jakichś przyjaciół?
- Jeszcze nie, ale potrafię ich sobie zdobyć.
- Nibyjak?
- Należę do Prześwietnego zakonu wolnych ludzi. Nie ma takiego miasta, w którym nie mieliby swojej loży, a wszędzie tam, gdzie jest loża, znajdę przyjaciół.
Ta uwaga wywarła przedziwny wpływ na jego towarzysza. Rozejrzał się wokół podejrzliwie, przyglądając się innym podróżnym w wagonie. Górnicy wciąż cicho szeptali coś między sobą. Dwaj policjanci drzemali. Przeszedł na drugą stronę, usiadł przy młodym podróżnym i wyciągnął rękę.
- Przybij - powiedział.
Wymienili pewien gest.
- Jak widzę, mówisz prawdę - rzekł robotnik. - Ale dobrze jest się upewnić. - Uniósł prawą dłoń do prawej brwi. Podróżny natychmiast uniósł lewą dłoń do lewej brwi.
- Ciemne noce są nieprzyjemne - rzekł robotnik.
- Tak, dla podróżnych znajdujących się w drodze - odparł ten drugi.
- To wystarczy. Jestem brat Scanlan z loży 341 w dolinie Vermissy. Witam w naszych stronach.
- Dziękuję. Jestem brat John McMurdo z loży 29 w Chicago. Mistrzem loży jest J. H. Scott. Dopisało mi szczęście, że tak szybko spotkałem brata.
- Sporo nas tutaj. Przekonasz się, że nasz zakon nigdzie w Stanach nie funkcjonuje równie wspaniale, jak tutaj, w dolinie Vermissy. Ale przydałoby nam się paru takich chłopaków jak ty. Nie potrafię zrozumieć, jak taki energiczny człowiek, należący do związku, nie mógł znaleźć sobie pracy w Chicago.