Boża klepsydra [Deepsix - pl]
- Автор: Макдевит Джек
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-77-0
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
Teraz, pracując w tunelu z Toni i Chiangiem, wstydził się swego wybuchu. Nie udało mu się wybrnąć z sytuacji, nie był nawet tego bliski. Ale, na Boga, udało mu się stanąć twarzą w twarz z MacAllisterem i pozbyć się choć w części tego ciężaru, jaki w sobie nosił przez te wszystkie lata.
MacAllister napisał artykuł o pierwszej ekspedycji, zatytułowany „Prosto i wąsko”, który trafił na pierwszą stronę „Premiera”. Ukazał się zaraz po powrocie Nightingale’a, kiedy jeszcze toczyło się dochodzenie, i zwalił na niego całą winę, oskarżył go o kiepskie dowodzenie lądowaniem i opisał jako bezradnego tchórza, który, zraniony, zemdlał. W artykule MacAllister zlekceważył jego obrażenia, nazywając je „zadrapaniami”, jakby sam tam był.
Nightingale został publicznie napiętnowany, czego skutkiem — przynajmniej jego zdaniem — było orzeczenie komisji zamykające mu drogę do dalszych wypraw. Musimy dać sobie spokój z Maleivą III, powiedział mu jeden z członków komisji, zanim zerwał z nim wszystkie kontakty. Nie chciał, żeby widziano ich razem.
„Prosto i wąsko” ukazało się po raz kolejny w zbiorze artykułów MacAllistera. Nowy atak. I ten facet udaje, że go nie zna.
— Wszystko w porządku? — spytał Chiang.
Pracowali nad oczyszczeniem komnaty, w której znaleźli dmuchawki; nazywano ją teraz „zbrojownią”. Nightingale spostrzegł, że przestał pracować i gapi się w przestrzeń.
— Tak — odparł. — Nic mi nie jest.
Toni i Chiang obserwowali go. Gdy szli na dół, spytali, co spowodowało ten wybuch, a on ich zbył. Przecież nie mógł im o tym powiedzieć. Żółć zalewała go jednak na samą myśl, że MacAllister, ten wyszczekany, nieodpowiedzialny, samozwańczy sędzia ludzkości, znalazł się w jego zasięgu, a on nie zrobił nic. Pewnie jawił mu się jako żałosny palant.
John Drummond zdobył sławę już rok po doktoracie, opracowując równania nazwane potem jego imieniem, które stanowiły poważny krok naprzód w zrozumieniu galaktycznej ewolucji. Niestety, przez kolejne dziesięć lat nie udało mu się dokonać niczego znaczącego. Teraz, mając lat trzydzieści pięć, Drummond stał na skraju przepaści. Fizycy i matematycy zwykle zdobywali sławę wcześnie. Geniusz ujawniał się u młodych ludzi.
Przystosował się do realiów i był przygotowany na to, że spędzi połowę swojej kariery na peryferiach, krytykując dzieła lepszych od siebie. Miał jakąś tam reputację i wiedział, że nawet jeśli już niczego spektakularnego nie osiągnie, zawsze może czuć satysfakcję, że mając dwadzieścia kilka lat był lepszy od prawie wszystkich na planecie.
Mimo własnych osiągnięć czuł się onieśmielony w obecności takich ludzi jak Beekman czy al-Kabhar, którzy byli znani i szanowani wszędzie, gdzie się pokazali. Drummond wyczuwał nutę protekcjonalności w zachowaniu kolegów. Podejrzewał, że postrzegają go jako kogoś, kto w ostatecznym rozrachunku okazał się rozczarowaniem — kto nie spełnił oczekiwań pokładanych w nim za młodu.
Dlatego też często przybierał postawę obronną. Miał wrażenie, że życie zawodowe przepływa obok niego, a decyzja o wysłaniu go na Deepsix była wyborem politycznym. Po prostu był zbyt znany, żeby nie wpisać go na listę zaproszonych. Czasem myślał, że lepiej byłoby od początku być miernotą, osobą, z którą nie wiązały się wielkie nadzieje, niż być kimś, od kogo tyle oczekiwano i kto przyniósł wszystkim takie rozczarowanie.
Podobnie jak Chiang, czuł jakiś pociąg do Kellie Collier, ale nigdy nie dał tego po sobie poznać. Pił z nią kawę, kiedy trafiała się okazja, spędzał z nią czas, kiedy się dało. Ale bał się odrzucenia, a odnosił wrażenie, że ona bynajmniej nie postrzega go jako atrakcyjnego mężczyzny.
Nie był bardzo zaskoczony, kiedy Beekman zaprosił go do biura i spytał, czy chce dołączyć do ekipy, która ma zbadać artefakt orbitujący wokół Maleivy III. Była to propozycja, na którą większość kolegów patrzyłaby z zazdrością, a jego reputacja sprawiała, że dyrektor projektu nie miał zbyt wielkiego wyboru. Natomiast pomysł wychodzenia na zewnątrz Drummonda przerażał.
— Bardzo dziękuję, Guntherze. — Uwielbiał zwracać się do tego wielkiego człowieka po imieniu.
— Ależ drobiazg. Zasłużyłeś na ten zaszczyt.
— Ale inni…
— …zrozumieją. Zasłużyłeś na to zadanie, John. Gratulacje.
Drummond myślał intensywnie, jak się od tego wymigać.
— Chcesz wziąć w tym udział, prawda?
— Tak. Oczywiście, że tak. Po prostu myślałem, że starsi rangą członkowie grupy mają pierwszeństwo.
Serce waliło mu jak młotem. Wiedział, że wyjście w przestrzeń jest łatwe. Wystarczą butle z powietrzem, pas i magnetyczne buty. I wygodne ubranie. Zawsze podkreślali: wygodne ubranie. Nie lubił pracy na wysokościach, ale z tego, co czytał o pracy w próżni, wynikało, że w kosmosie nie stanowi to problemu.
Zanim otrzymał tę propozycję, zanim ją przemyślał, popełnił błąd: powiedział kilku osobom, że chciałby obejrzeć ten obiekt, chciałby go dotknąć i pospacerować po nim. Wiedział, że gdyby odrzucił tę propozycję, bez względu na wymówkę, wyszłoby to na jaw.
— Umiesz korzystać z lasera tnącego? — spytał Beekman.
— Oczywiście.
Wcisnąć guzik i nie celować w nogi.
— Dobrze. Wylatujemy za dwie godziny. Bądź przed śluzą ładowni. Na pokładzie C.
— Guntherze — wtrącił — nigdy nie nosiłem e-skafandra.
— Ja też nie — zaśmiał się Beekman. — Więc pewnie będziemy się uczyć razem.
Rozmowa została brutalnie przerwana, gdy otworzyły się drzwi biura. Beekman sięgnął po długopis.
— Aha, jeszcze jedno — rzekł, nie podnosząc wzroku — kapitan mówi, że jeśli chcesz coś zjeść, powinieneś zrobić to teraz i znaleźć sobie coś niewielkiego. Nie jest dobrze mieć w żołądku świeżo spożyty posiłek, kiedy wychodzi się w przestrzeń.
Drummond zamknął oczy i zaczął się zastanawiać, czy nie wykręcić się złym samopoczuciem.
Marcel żałował, że pozwolił Kellie na podróż na powierzchnię. Gdyby tu była, mogłaby polecieć z ekipą oglądającą obiekt, a on sam zostałby na pokładzie na wszelki wypadek. Albo tylko po to, żeby spędzić mniej męczące popołudnie.
Nie podobał mu się pomysł, że Beekman zabierze ludzi na zewnątrz. Nikt z nich dotąd nie opuszczał śluzy podczas lotu.
Oczywiście niewiele się mogło wydarzyć. Pole Flickingera było dość bezpieczne. Mimo to czuł się niepewnie.
Na życzenie Beekmana Marcel podleciał „Wendy” w pobliże końca obiektu wycelowanego w Maleivę III, w okolice części najbardziej oddalonej od asteroidy, a zbliżonej do planety. Tu było widać wyraźnie, że odczepiono go od większej konstrukcji. Końce cylindrów miały zasuwy i łączniki.
Dostosował kurs, prędkość i pozycję, więc ich położenie względem obiektu było stałe. Miało to znaczenie zasadnicze, bo ustawienie śluzy kilka metrów od obiektu było wygodne, niemniej jednak widok dwóch obiektów poruszających się z różną prędkością na pewno przyprawiłby początkujących kosmicznych spacerowiczów o mdłości. Jedyny problem polegał na tym, że dwa ciała niebieskie widoczne na niebie, Deepsix i słońce, miały się poruszać. To wystarczy, żeby dostać mdłości, jeśli nie jest się przyzwyczajonym.
— Nie patrzcie na nie — poradził swojej ekipie. — Macie przed sobą prawdziwy obcy artefakt, nigdy w życiu czegoś takiego nie widzieliście. Skupcie się na nim.
Beekman wybrał na wyprawę dwie osoby. Obie młode, obie były znanymi naukowcami. Kobieta, Carla Stepan, miała na koncie jakieś pionierskie prace z dziedziny rozchodzenia się światła. Co za zbieg okoliczności, pomyślał Marcel. Sama była świetlistą istotą.