Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Boża klepsydra [Deepsix - pl]
Boża klepsydra [Deepsix - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Boża klepsydra [Deepsix - pl]

Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:

Jack McDevitt to autor wielu bestsellereów science fiction. Jego styl wyróżnia się lekkością narracji, przygodową akcją i poważnym podejściem do zagadnień naukowych. Niniejsza książka stanowi luźną kontynuację wydanej przed kilku laty powieści „Boża maszyneria”. Cały cykl składa się jeszcze z tomów: „Chindi”, „Omega” i „Odyssey”. Fabuła książki skupia się wokół nadrzędnego celu jaki przyświeca każdemu naukowcowi, czyli dotarciu do prawdy, poszerzeniu limitów ludzkiej wiedzy. Jak dużo jesteśmy w stanie poświecić dla odkrycia, z którym nie zetknął się do tej pory żaden człowiek? Nasz czas? Naszą reputację? Naszą karierę? A może nawet życie?
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 117
Перейти на страницу:

Przełączyła się na inny kanał.

— Bill, połącz mnie z „Wieczorną Gwiazdą”. Na kanale dowodzenia, jeśli taki mają.

Bill odpowiedział elektronicznym szumem, po czym odparł, że nie ma takiego kanału.

— Jest tylko jeden główny kanał — powiedział.

— Połącz mnie.

Usłyszała kilka kliknięć i melodyjkę, po czym odezwał się głos:

— „Wieczorna Gwiazda” wita. Oferujemy loty kosmiczne o najwyższym standardzie w całym znanym kosmosie. — Głos był żeński. — Proponujemy luksusowe kabiny, szeroki wachlarz kuchni wielu krajów, bogaty program rozrywkowy, trzy kasyna i specjalne pomieszczenia do organizacji przyjęć. W czym możemy pomóc?

— Nazywam się Hutchins — rzekła. — Jestem na powierzchni Deepsix, z grupą archeologiczną. Chciałabym rozmawiać z kimś z dowództwa.

— Mam uprawnienia do rozpatrywania wszelkich zamówień i reklamacji, pani Hutchins. Z przyjemnością panią obsłużę.

— Chcę rozmawiać z kapitanem.

— Być może, gdyby wskazała pani cel rozmowy…

— Wasz kapitan naraził na niebezpieczeństwo kilku pasażerów. Czy mogę prosić o połączenie mnie z nim?

Cisza, po czym szum niewyraźnych głosów.

W końcu odezwał się męski głos. Człowiek.

— Tu oficer dyżurny. Kim pani jest?

— Nazywam się Priscilla Hutchins. Kieruję pracami archeologicznymi na Deepsix. Mamy ekipę na powierzchni planety. Wasi ludzie przysłali tu jakichś turystów. A ja chciałabym was poinformować, że tu jest niebezpiecznie.

— Mamy turystów na powierzchni?

— Tak, macie.

— Rozumiem. — Chwila ciszy. — O jakie zagrożenia chodzi?

— Mogą zostać pożarci.

Znów pauza.

— Czy pani ma jakieś uprawnienia, o których powinniśmy wiedzieć?

— Proszę posłuchać. Wasi pasażerowie chcą przebywać na chronionym stanowisku archeologicznym. Poza tym to jest strefa trzęsień ziemi, ktoś może tu zginąć. Proszę ich zawrócić. Albo wysłać gdzie indziej.

— Proszę o chwilę cierpliwości. Wyłączył się.

Pilot lądownika znów się odezwał.

— Pani Hutchins, lądujemy koło wieży. Wygląda na to, że pada śnieg, a widoczność na ziemi nie jest lepsza, więc proszę na chwilę wycofać swoich ludzi.

— Są dokładnie nad nami — poinformowała Kellie. Hutch zawołała wszystkich do wieży.

— Siedźcie w środku, dopóki nie wylądują — poleciła im, po czym przełączyła się znów na lądownik: — Jesteście tam jeszcze?

— Jesteśmy.

— Nasi ludzie są w środku. Możecie lądować. Skoro musicie.

— Dziękuję.

Znów włączył się Marcel.

— Hutch.

— No i co ci powiedzieli?

— Wiesz, kto jest na pokładzie?

— Gregory MacAllister.

— Wiesz, kto to jest?

Teraz sobie przypomniała. To był Gregory Wielki. Samozwańczy czempion zdrowego rozsądku, który zrobił fortunę atakując napuszonych i aroganckich lub, w zależności od tego, kogo się słuchało, po prostu mniej utalentowanych od siebie. Lata temu była na jednym z seminariów dyplomowych z historykiem, który chwalił się, że został publicznie złajany przez MacAllister a. Wrzucił nawet do sieci całą historię połajania i napawał się nią, jakby dotknął czegoś wielkiego.

— Tak — odparła. — Jedyny człowiek na Ziemi, który może przyczynić się do zjednoczenia Kościoła i świata naukowego. I jedni, i drudzy nie mogą się doczekać jego śmierci.

— To właśnie on. Mam nadzieję, że nie podsłuchuje.

— Co ja mam z nim zrobić?

— Hutch, kierownictwo wyraża nadzieję, że go nie obrazisz. Wydaje mi się, że to najlepsze, co możesz zrobić.

— A jeśli nakarmię nim wielkiego kota?

— Proszę?

— Nic takiego.

— Myślę, że dobrze byłoby traktować go przyzwoicie. Niech sobie ogląda, co chce. Niczego nie zepsuje. I uważaj, żeby nie upadł na główkę.

Śnieg był tak gęsty i ciężki, że MacAllister nie widział nic, dopóki nie wylądowali. Dostrzegł zarys drugiego lądownika i wieżę za nim i w tej samej chwili dotknęli ziemi, tak lekko, że nic nie poczuł. Wetheral może i był rozmowny jak szyszka sosnowa, ale nie było wątpliwości, że jest doskonałym pilotem.

Obrócił się w fotelu i obrzucił ich smutnym spojrzeniem.

— Jak długo państwo planują tam zostać?

— Niezbyt długo — odparł MacAllister. — Jakąś godzinę.

Śnieg zbierał się na szybie.

— Dobrze. Muszę się zająć paroma rzeczami. Przed wyjściem muszą państwo uruchomić e-skafander, który ma być włączony przez cały czas pobytu na zewnątrz. Mogą państwo oddychać miejscowym powietrzem, jeśli zajdzie taka potrzeba, ale skład nie jest najlepszy.

— Kapitan prosi także, by państwo uważali. Widziano tu dzikie zwierzęta.

— Wiemy — odparł MacAllister.

— Dobrze. Gdybyśmy kogoś z państwa stracili, czekają nas straszne biurokratyczne przejścia. — Powiedział to bez cienia ironii w głosie.

— Dziękujemy — odparła Casey.

Przeszli przez śluzę i opuścili lądownik, wchodząc prosto w burzę.

— Żeby coś w ogóle wyszło z tego wywiadu — zauważył MacAllister — musimy poczekać trochę, aż się uspokoi.

Trudne warunki pogodowe stanowiły zwykle świetne tło dla wywiadów. W tym przypadku jednak bohaterem miała być wieża i ludzie musieli ją zobaczyć.

— Wetheral, kiedy to ma się uciszyć?

We włazie pojawił się pilot.

— Nie mam pojęcia, proszę pana. Nie mamy tu prognozy pogody.

— Wydaje się, że bardzo by się przydała.

— Dla tego obszaru jej nie ma — odparł z powagą pilot. Rozejrzał się, potrząsnął głową i zszedł na dół.

Lądownik archeologów stał przed nimi. Był mniejszy niż pojazd „Gwiazdy” i smuklejszy. Bardziej elegancki.

Ze śnieżycy wyłoniła się kobieta. Miała na sobie niebiesko-biały kombinezon, a po sposobie chodzenia poznał, że to Hutchins. Była smukła, o chłopięcej budowie, i sięgała mu do ramion. Miała krótkie, czarne włosy i niezadowoloną minę. Nie przejął się tym jednak, traktując gniew jako naturalne zachowanie samic, które nie znają swojego miejsca.

— Pani jest dowódcą misji, jak przypuszczam? — spytał, wyciągając rękę.

Niedbale odwzajemniła uścisk.

— Jestem Hutchins — rzekła.

Przedstawił jej Casey i Wetherala.

— Może porozmawiamy w środku? — Odwróciła się na pięcie i odmaszerowała.

Wspaniale.

Ruszyli przez śnieg. MacAllister przyglądał się wieży, usiłując przyzwyczaić się do e-skafandra. Powinno być zimno, ale nie było. Jego stopy, odziane w sportowe buty, nurzały się w zaspach, a mimo to było mu ciepło.

Wieża górowała nad nimi, ledwo widoczna w zamieci. Na Ziemi byłaby zwykłą kupą kamieni. Tu, na tym odludziu, była wspaniała. Ale ci filistyni wybili dziurę w ścianie.

— Szkoda, że to zrobiliście.

— Tak się znacznie łatwiej wychodzi.

— Rozumiem.

Oczywiście, rozumiał. Tylko że ta wieża stała tu już od tylu lat. Mogliby wykazać więcej szacunku.

— Nie wiecie, ile to ma lat?

— Jeszcze nie — odparła. — Nie mamy na pokładzie urządzeń do datowania. To trochę potrwa.

Z powodu burzy mówił trochę głośniej niż zwykle. Trudno było się przyzwyczaić do korzystania z radia. Hutchins poprosiła, żeby tak nie krzyczał. Spróbował mówić ciszej.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)