Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Boża klepsydra [Deepsix - pl]
Boża klepsydra [Deepsix - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Boża klepsydra [Deepsix - pl]

Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:

Jack McDevitt to autor wielu bestsellereów science fiction. Jego styl wyróżnia się lekkością narracji, przygodową akcją i poważnym podejściem do zagadnień naukowych. Niniejsza książka stanowi luźną kontynuację wydanej przed kilku laty powieści „Boża maszyneria”. Cały cykl składa się jeszcze z tomów: „Chindi”, „Omega” i „Odyssey”. Fabuła książki skupia się wokół nadrzędnego celu jaki przyświeca każdemu naukowcowi, czyli dotarciu do prawdy, poszerzeniu limitów ludzkiej wiedzy. Jak dużo jesteśmy w stanie poświecić dla odkrycia, z którym nie zetknął się do tej pory żaden człowiek? Nasz czas? Naszą reputację? Naszą karierę? A może nawet życie?
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
1 ... 27 28 29 30 31 32 33 34 35 ... 117
Перейти на страницу:

— Jest tu coś jeszcze? Jakieś inne ruiny?

— Są, rozrzucone po całej planecie. I jest tu miasto pod lodem. — Wskazała na grunt.

— Naprawdę?

Spróbował sobie je wyobrazić. Miasto, z domami, parkami, pewnie więzieniem. Pod lodem.

— Niesamowite.

— Proszę uważać na głowę.

Poprowadziła go przez przejście, które wybili. Pochylił się i wszedł do niskiego pomieszczenia ze stołem, na którym leżały jakieś skorupy i strzały. Nie mógł się tam wyprostować.

— Ciasno tu — rzekł. Spojrzał na wąską klatkę schodową. — Mieszkańcy byli elfami albo czymś takim?

— Byli niewielkich rozmiarów.

— Czego się dotąd o nich dowiedzieliśmy? — Podszedł do stołu i sięgnął po jedną z filiżanek, ale Hutch poprosiła, żeby nie brał skorup do ręki. — Proszę mi wybaczyć. Co można o nich powiedzieć?

— Lubili korzystać z dmuchawek.

Odwzajemnił uśmiech.

— Prymitywny lud.

Ludzie Hutchins napłynęli, by się z nim przywitać. W większości uznał ich za niegodnych uwagi. Dwie kobiety były w miarę atrakcyjne. Kolejną osobą okazał się młody człowiek, bez wątpienia mający azjatyckich przodków. Był też drugi mężczyzna, ale dziennikarz jakoś nie mógł go umiejscowić. Niemłody, o wyglądzie mola książkowego, miał słabo zarysowany podbródek i niechlujny wąsik. I gapił się na MacAllistera z jakąś irytacją.

Hutchins dokonała prezentacji. I tajemnica się wyjaśniła.

— Randall Nightingale.

Ach. Nightingale. Ten, który zemdlał. Który odniósł niewielkie obrażenia, a mimo to kobieta musiała go wynieść z pola walki. MacAllister zmarszczył czoło i udał, że przygląda się uważnie jego rysom.

— Czy ja pana skądś znam? — spytał z dostojeństwem w głosie.

— Tak — odparł Nightingale. — Zna pan.

— Pan jest…

— Kierowałem pierwszą ekspedycją, panie MacAllister. Jakieś dwadzieścia lat temu.

— Ach, istotnie. — MacAllistera stać było na szczątkowe współczucie i właśnie teraz dał Nightingale’owi do zrozumienia, że mu współczuje. — Bardzo mi przykro, że to się tak skończyło. To musiało być dla pana niełatwe.

Hutchins musiała wyczuć nadciągającą burzę, bo podeszła bliżej.

MacAllister zwrócił się do swojej towarzyszki.

— Casey, to jest Randall Nightingale. Legendarna postać.

Nightingale wykonał krok do przodu, ale Hutchins zdołała złapać go za ramię. Mała kobietka, pomyślał. I mały facecik. Nightingale pozwolił się powstrzymać.

— Nie zapomniałem o panu, panie MacAllister — wycedził.

MacAllister uśmiechnął się uprzejmie.

— Cóż, teraz ma pan nade mną przewagę.

Hutchins odciągnęła Nightingale’a i przekazała MacAllistera Azjacie. Wymienili uprzejmości, po czym Azjata pociągnął Nightingale’a w stronę miniaturowej klatki schodowej.

— O co chodzi? — spytała Casey.

— Ten pan nie lubi czytać o sobie. — MacAllister zwrócił się z powrotem do Hutchins. — Bardzo mi przykro z powodu tego, co zaszło. Nie przypuszczałem, że tu mogę go spotkać.

— Dobrze. Tylko bardzo proszę o zachowanie spokoju.

— Proszę pani, proszę to powiedzieć swoim ludziom. Ale, rzecz jasna, nie będę wchodził nikomu w drogę. A teraz, czy mogę prosić o oprowadzenie nas po tym miejscu?

— Dobrze — odparła. — Nie ubędzie go. Ale nie ma tu wiele do oglądania.

— Jak długo tu jesteście, jeśli wolno spytać?

— Drugi dzień.

— Czy wiemy cokolwiek o tubylcach, o istotach, które to zbudowały? Poza tym, że używały dmuchawek?

Hutchins streściła mu wszystko, czego się dowiedzieli: było to społeczeństwo prymitywne, prowadziło zorganizowane wojny, miało jakąś formę pisma. Zaproponowała, że zaprowadzi go na szczyt wieży.

— Proszę mi powiedzieć, co tam jest, to podejmę decyzję.

Opisała mu komnatę i sufit, w którym prawdopodobnie był otwór. I dodała, że ich zdaniem tubylcy mogli korzystać z teleskopu.

— Optyka? — spytał. — To średnio pasuje do dmuchawek.

— Też tak uważamy. Mam nadzieję, że w ciągu dnia trafimy na jakieś odpowiedzi.

MacAllister uznał, że nie ma sensu wspinać się na górę. Wolał zejść do dolnych pomieszczeń, a Hutchins pokazała mu kominek i resztki krzesła.

Zajrzeli do tunelu blisko podstawy wieży.

— Właśnie tu teraz pracujemy.

Tunel był za mały, by dziennikarz się w nim zmieścił. Gdyby nawet tak nie było, wolał trzymać się od niego z daleka.

— Co tam jest?

— Tam właśnie znaleźliśmy dmuchawki. Wygląda na to, że to było coś w rodzaju zbrojowni. Naprawdę jednak szukamy próbek pisma albo rysunków. Albo rzeźb. Czegoś, co nam powie, jak wyglądali. Chcielibyśmy znaleźć odpowiedź na pańskie pytanie, panie MacAllister. — Słowo „pańskie” wymówiła z przekąsem.

— Oczywiście. — MacAllister rozejrzał się po pustych ścianach. — Dobrze byłoby mieć jakieś pojęcie, jak wyglądali. Na przykład, czy tę klatkę schodową zaprojektowano dla istot dwunożnych?

— Niewątpliwie — odparła. — Jesteśmy raczej pewni, że mieli cztery kończyny. Chodzili wyprostowani. I chyba tyle wiemy.

— Jak pani sądzi, kiedy będziemy wiedzieć coś o wieku tego miejsca?

— Jak tylko dostarczymy materiał do laboratorium. Do tego czasu możemy jedynie zgadywać.

Wetheral nadal stał przy fragmentach krzesła, próbując przyciągnąć uwagę Hutch.

— Tak? — odezwała się.

— Czy z tym zamierzacie jeszcze coś robić?

— Nie. Mamy już cały fotel w lądowniku.

— Dobrze. — Wyglądał na zadowolonego. — Dziękuję.

Zaskoczona Hutch patrzyła, jak dziennikarz zbiera fragmenty, poprzeczkę i kawałek materiału, który kiedyś mógł być draperią, i zanosi wszystko na górę.

— Chcemy zabrać trochę eksponatów na statek — wyjaśnił. Czuł, że plecy zaczynają go boleć od tego ciągłego schylania się. — Coś, co może zainteresować pasażerów interesujących się historią.

Nie zareagowała.

— Nie mam nic przeciwko.

— Dziękuję — rzekł MacAllister. — Nie przegapiliśmy niczego? — zwrócił się do Casey. — Może teraz wyjdziemy na zewnątrz i jeśli tylko pogoda pozwoli, zaczniemy ten wywiad?

VIII

Wyniki badań archeologicznych na Ziemi są przewidywalne, przynajmniej w obrębie pewnego zbioru parametrów, bo ogólny przebieg historii jest nam znany. W przypadku innych planet to zupełnie inna para kaloszy. Każdy, komu zdarzyło się wykopać meble na Syriuszu II czy Rigelu II powinien odłożyć wszelkie założenia na bok.

Gregory MacAllister, „Miejsca i dźwięki” (Wielkie tournee)

Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu Nathingale znalazł się w sytuacji, w której poważnie rozważał danie komuś po mordzie. To, że oparł się impulsowi, że nie przyłożył temu nadętemu, zadowolonemu z siebie skurwielowi, nie było wcale skutkiem gestu Hutch ani oporu przed zaatakowaniem kogoś, kto był rozmiarów dwukrotnie większych od niego. Było skutkiem odczucia, że przemoc w tej chwili byłaby czymś zdecydowanie nie na miejscu.

Nightingale’owi wpojono pewne zasady. Nie robi się scen. Zachowuje się godność w każdych warunkach. Przeciwników atakuje się najwyżej celną ripostą, z uśmiechem. Niestety, tym razem żadna celna riposta nie przychodziła mu do głowy.

1 ... 27 28 29 30 31 32 33 34 35 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)