Rozbuchana Wyobraźnia Olivii Joules
- Автор: Филдинг Хелен
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Rozbuchana Wyobraźnia Olivii Joules». Краткое содержание книги:
Podszedł i usiadł przy niej, podając jej butelkę z wodą mineralną.
– Dzięki – powiedziała, a gdy ich dłonie przelotnie się zetknęły, przeszył ją miły dreszczyk.
– De nada.
Twarz miał prawie zupełnie pozbawioną wyrazu, za to oczy ujmujące, szare i inteligentne.
– Spróbuj się tylko nie wyrzygać – doradził i wstał, kierując się do stoiska z gazetami.
„Skoncentruj się, Olivio”, upomniała się w myślach. „Skoncentruj się. Nie jesteś podróżującą z plecakiem studentką na rocznych wakacjach. Jesteś czołową zagraniczną dziennikarką i być może międzynarodowym szpiegiem mającym do spełnienia misję o znaczeniu globalnym”.
27
Ujrzeli zbliżającą się wyspę Popayan i wkrótce zaczęli opadać ponad krystalicznie turkusowym morzem, zmierzając ku bielutkim koralowym plażom i zieleni. Niewielki samolot wylądował z przerażającym hukiem, przez chwilę kołował po niewyłożonym betonem pasie startowym, skręcił w prawo na chybotliwy drewniany mostek, zupełnie nie jak samolot, a dajmy na to zwykły rower, by wreszcie gwałtownie zatrzymać się obok zardzewiałej furgonetki i drewnianego napisu, który głosił: WITAMY NA POPAYAN, PRAWDZIWEJ WYSPIE ROBINSONA CRUSOE DANIELA DEFOE.
Okazało się, że drzwi samolotu nie chcą się otworzyć. Pilot szarpał je od zewnątrz, a od wewnątrz jakiś obszarpany turysta ze spokojną fascynacją wpatrywał się w klamkę, co chwilę szturchaj ąc j ą ostrożnie, j akby miał do czynienia z dżdżownicą. Wreszcie blondyn nie wytrzymał, wstał, odsunął obszarpańca, chwycił klamkę i naparł ramieniem na drzwi, które w końcu stanęły otworem.
– Dzięki, stary – mruknął tępo obdartus.
Ktoś zostawił na siedzeniu angielską gazetę i Olivia skwapliwie ją chwyciła. Kiedy ładowali się na pakę furgonetki, wdychała z rozkoszą powietrze i uszczęśliwiona rozglądała się wokół.
Fajnie się jechało na pace furgonetki w towarzystwie wędrujących z plecakami turystów. Przez jakiś czas podskakiwali na piaszczystej drodze, aż wyjechali na główną ulicę West Endu. Wyglądała jak skrzyżowanie westernu z głębokim Południem. Domy były drewniane, z werandami, na których stały huśtawki albo zniszczone, lecz chyba wygodne kanapy. Ulicą dreptała starsza dama z trwałą na siwych włosach, ubrana w żółtą koktajlową suknię, chroniąc się przed słońcem pod parasolką, a kilka kroków za nią kroczył niesamowicie przystojny czarnoskóry mężczyzna.
Olivia odwróciła się i ujrzała, że wpatruje się w nią blondyn.
– Gdzie się zatrzymasz? – spytał.
– W pensjonacie panny Ruthie.
– To już jesteś na miejscu – powiedział i nachylił się, by grzmotnąć pięścią w szoferkę. Zauważyła prężące mu się pod koszulą mięśnie. Wyskoczył, pomógł jej wysiąść, zdjął z paki jej torbę i po drewnianych schodach zaniósł na werandę. – Proszę bardzo – rzekł i wyciągnął rękę. – Morton C.
– Dzięki. Rachel.
– Będzie ci tu dobrze – rzucił przez ramię, wskakując na pakę. – Do zobaczenia w Wiadrze Krwi.
Gdy Olivia stukała w pomalowane na żółto drzwi, spadły pierwsze duże krople deszczu. Z domu dochodził ciepły zapach pieczonego ciasta. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich malusieńka staruszka. Miała jasną skórę, skręcone w loki rudozłote włosy, a na sobie fartuch. Olivia nagle odniosła wrażenie, że trafiła do bajki i w środku spotka gromadkę krasnali w czerwonych czapeczkach.
– Czymże mogę pani służyć? – Starsza pani mówiła z silnym irlandzkim akcentem. Może opowieści o irlandzkich piratach były prawdziwe.
– Zastanawiałam się, czy nie znalazłaby pani dla mnie pokoju na kilka dni.
– Ależ jak najbardziej – powiedziała panna Ruthie. – Proszę wejść i rozgościć się. Zaraz podam śniadanie.
Olivia była niemal pewna, że lada moment wyskoczy skądś krasnal, by zaoferować jej pomoc w niesieniu walizki.
Kuchnia była cała w drewnie i – jak w latach pięćdziesiątych – pomalowana na żółto i jasnozielono. Olivia usiadła przy kuchennym stole i słuchając dudnienia deszczu o dach, myślała sobie, że o domowej atmosferze stanowi nie budynek, lecz zamieszkujący go ludzie. Była całkowicie pewna, że panna Ruthie nawet minimalistyczny apartament Feramo w Miami błyskawicznie przemieniłaby w chatkę Królewny Śnieżki lub mały domek na prerii.
Śniadanie składające się z odsmażanej fasolki i kukurydzianego chleba zjadła na talerzu z dwoma niebieskimi paskami, który przywodził jej na myśl dzieciństwo. Panna Ruthie poinformowała ją, że ma wolne dwa pokoje, obydwa z widokiem na morze. Jeden znajdował się na pierwszym piętrze, drugi natomiast – okazało się, że to apartament! – na najwyższym. Nocleg w pierwszym kosztował równowartość pięciu dolarów, w apartamencie piętnastu. Olivia zdecydowała się na apartament. Miał ukośny sufit, zadaszony balkon i rozciągał się z niego widok na trzy strony. Przypominał mały drewniany domek na końcu mola. Łóżko było żelazne, a ściany w łazience pokrywały tapety z powtarzającym się motywem „I love you I love you I love you”. Co najważniejsze, papier toaletowy zwinięty był wręcz idealnie.
Panna Ruthie przyniosła jej filiżankę rozpuszczalnej kawy i kawałek piernika.
– Później pójdzie pani nurkować, prawda? – spytała.
– Nie, od razu – odparła Olivia. – Jak tylko się rozpakuję.
– Niech pani idzie do Rika. On się panią zaopiekuje.
– Gdzie to jest?
Panna Ruthie tylko spojrzała na nią jak na kogoś niespełna rozumu.
Olivia wyniosła kawę i piernik na balkon, po czym z gazetą rozłożyła się na wypłowiałym kwiecistym leżaku. Na pierwszej stronie ujrzała tytuł: Powiązania Al-Kaidy z wybuchem w Algeciras. Zaczęła czytać, lecz jednostajny szum deszczu uderzającego o spokojne wody zatoki wkrótce ją uśpił.
28
Dwadzieścia metrów pod powierzchnią wody człowiek ma wrażenie, że śni albo znajduje się na innej planecie. Olivia, w czerwonym kostiumie i pełnym osprzęcie nurka, znajdowała się na krawędzi urwiska, pionowej skały opadającej trzysta metrów w otchłań. Wystarczyło się z niej rzucić i wywijając salta, opadać swobodnie. Płynęła za pomarańczową rybą najeżkokształtną. Była prześliczna, jaskrawopomarańczowa, w kształcie piłki i miała wielkie okrągłe oczy z ciemnorudymi rzęsami, zupełnie jak z kreskówki Disneya. Nagle nie wiadomo skąd pojawiła się ławica niesamowitych niebieskich i zielonych rybek. Olivii towarzyszył Dwayne, szczupły dwudziestodwulatek o długich jak u hippisa włosach. Złączył kilka razy zaciśnięte pięści, przypominając jej, że ma sprawdzić powietrze. Podniosła do góry zawór. Byli pod wodą już od pięćdziesięciu minut, a jej wydawało się, że upłynęło dopiero pięć. Spojrzała w górę na skąpaną w słońcu powierzchnię morza. Zaszokowało ją, że jest tak daleko w dole; czuła się zupełnie bezpiecznie. Musiała tylko pamiętać, by nie wpaść w panikę i oddychać.
Niechętnie zaczęła się wznosić, podążając za chudą syl-wetkaDwayne'a z falującą leniwie grzywą długich włosów. Nie spieszyła się, krótkimi gwałtownymi seriami uwalniając gromadzące się w kamizelce powietrze. Wychynęła na powierzchnię i oszołomiona spojrzała na inny świat: jaskrawe słońce, błękitne niebo, ciągnący się wzdłuż zaskakująco bliskiego brzegu szereg wesołych drewnianych domków. Tam, pod wodą, wydawało jej się, że zanurzyła się w niezmierzoną otchłań, miliony kilometrów od cywilizacji, a teraz woda była tak płytka, że niemal mogła w niej stanąć.