Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Bezpowrotnie Utracona Leworęczność - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bezpowrotnie Utracona Leworęczność

Электронная книга - «Bezpowrotnie Utracona Leworęczność». Краткое содержание книги:

Bezpowrotnie Utracona Leworęczność
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 44
Перейти на страницу:

Z tego typu kwestiami tyczącymi „formy złowrogiej” zjawiają się sporadycznie sędziwi panowie w znoszonych, ale z niezłych materiałów szytych garniturach, rysy twarzy szlachet- ne, spojrzenia dramatyczne. Mają spisane na wyrwanych z zeszytu kartkach litanie swych nieszczęść, kserokopie fałszywych wyroków, kilkustronicowe opisy przesłuchań i więzien- nych pobytów. Zwracają się z uprzejmą prośbą, by te rzeczy uporządkować, nadać kolejność i formę, dopisać na końcu sekretną formułę straszliwej klątwy i jeśli firma ma takie możliwo- ści, oprawić w folię. Nigdy nie pytam, co zamierzają z tym zrobić, nie pytam, jaki będzie los tych mrocznych pakietów, nie pytam, ponieważ obowiązuje mnie dyskrecja, nie pytam, po- nieważ wiem.

Pani Ilona i pani Iwona nagabnęły mnie kiedyś w swej infantylnej prostolinijności, czy to prawda, że nocą, ciemną nocą (rzecz jasna, nocą, w dzień – w żadnym wypadku) rozlega się ostrożne stąpanie, słychać chrzęst żwiru i oprawny w folię zapis męki zakopany zostaje w grobie oprawcy. Nie muszę dodawać, że zbyłem to nagabnięcie wyjątkowo wyniosłym chło- dem. Nazajutrz z jeszcze wynioślejszym chłodem poprosiłem panią Ilonę i panią Iwonę, by zamiast dżinsów i luźnych podkoszulków zechciały wkładać do pracy białe bluzki i czarne spódnice. Nie przewidziałem, że tak odziane (w białe bluzki i czarne spódnice) będą jeszcze silniej destabilizować moją koncentrację. Był to niestety pochopny ruch, wycofać się wszakże teraz, nawet stosując lodowatą wyniosłość – nie mogę.

Formy złowieszcze trafiają się jednak rzadko, przeważają – jeśli to nie brzmi niezręcznie – zamówienia na formy lekkie. Rymowane wiersze uchodzą powszechnie za najstosowniejszy wyraz opiewania zmarłych i zwracania się do zmarłych. (I słusznie, w rymowanych wierszach jest i kunszt formalny, i dostojeństwo). A zatem rymowane nekrologi, nagrobki, napisy na szarfach, epitafia, treny, elegie, a nawet teksty pożegnalnych piosenek, które zostaną zaśpie- wane nad grobem. Prawdę powiedziawszy, odkąd otwarto w mieście cmentarz dla zwierząt domowych, liczba poetyckich zamówień wzrosła niepomiernie. Wpierw wzdragałem się, ale zaraz przypomniał mi się Eklezjasta, który powiada, iż „przypadek synów ludzkich i przypa- dek bydła jest przypadek jednaki i ducha jednakiego wszyscy mają i któż wie, że duch synów ludzkich wstępuje w górę, a duch bydlęcy że zstępuje pod ziemię?”

Przypomniał mi się cytat, który nieraz w życiu przytaczałem, przypomniały mi się słowa Eklezjasty i przestałem się wzdragać. Rymowane czterowiersze poświęcone zdechłym psom i kotom tłukę taśmowo. Zamówień jest tyle, że zwijam się jak w ukropie i w efekcie, kiedy zdarzają się prawdziwie interesujące i naznaczone metafizyczną głębią i ludzkim tragizmem zamówienia, nie mam sił ani czasu. Sytuacja wręcz zmusiła mnie do nawiązania dyskretnej współpracy z pewnym, dość już znanym, poetą młodego pokolenia. Kiedy trafia się enigma- tyczna forma, z którą pomimo ochoty wiem, że nie poradzę sobie, podnoszę słuchawkę i dzwonię do pana Marcina.

Nie dalej jak w zeszłym tygodniu pojawiła się w biurze pewna ekscytująca wdowa. Zapra- szam ją do siebie, przywdziewam maskę dostojeństwa, kątem oka rejestruję nieprzychylny wyraz twarzy pani Ilony i pani Iwony, w duchu jestem rad, ale nie omieszkam przy sposobno- ści zwrócić im uwagi. Podsuwam ekscytującej wdowie krzesło, naciskam klawisz, rozlegają się Wariacje Goldbergowskie, sam siadam. Dawniej, na samym początku, puszczałem moim klientom Requiem Mozarta, ale zauważyłem z czasem, iż wszechogarniająca muzyka Mozarta deprymuje, przygnębia, skłania do powściągliwości, ergo sknerstwa. Jan Sebastian Bach na- tomiast, zwłaszcza Bach w wykonaniu Glenna Goulda, czyni ludzi śmielszymi, ergo szczo- drobliwszymi.

Uważnie przyglądam się siedzącej po drugiej stronie biurka wdowie. Jej staranną żałobę kontrapunktuje śmiały dekolt, ale dekolt jest zaledwie jednym z elementów jej magnetyczno- ści. Jest jeszcze zapach L'eau par Kenzo i powściągliwość ruchów, i niski, wibrujący głos. Zamieniam się w słuch.

Nietypowa sprawa, z którą przychodzi, polega na tym, że niedawno śnił się jej mąż nie- boszczyk. Sen był piękny i bolesny. Była w tym śnie razem ze zmarłym mężem w wielkiej poczekalni, może był to wielki port, może dworzec, może lotnisko. Mieli razem gdzieś je- chać, nie dźwigali wprawdzie żadnych bagaży, ale oboje mieli bilety. Wokół tłumy ludzi i niezwykłe, gęstniejące światło, jakby zmierzch zapamiętany z dzieciństwa. Wszyscy gdzieś szli, kontrolerzy w kuloodpornych kamizelkach sprawdzali bilety i mąż przeszedł na drugą stronę i oddalał się coraz bardziej, i machał do niej, a ona w tłumie w coraz większych ciem- nościach nie mogła się do niego dostać, choć jak najwyżej unosiła rękę z biletem. I on pole- ciał, a może popłynął bez niej, i obudziła się w płaczu, w rozpaczy, ale też w poczuciu nie- zwykłego piękna. – Mój sen był piękny jak wiersz – powiedziała – i chcę, żeby o moim śnie został napisany wiersz.

Spoglądałem na nią, wdychałem zapach jej perfum i bolałem nad tym, że sam nie potrafię wiersza o jej śnie napisać. Dziwię się nieustannie, ale nie ma się co dziwić. W końcu jak ktoś układa nekrologi i wspomnienia pośmiertne niczym, nie przymierzając, gazetowe felietony, niechaj się nie dziwi, iż nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom ekscytujących wdów. Pod- niosłem słuchawkę i zadzwoniłem do pana Marcina. Dość już znanego – zwróciłem się do wdowy – poety młodego pokolenia. Jak zwykle kręcił nosem, narzekał, że niby skąd ma wziąć rym do biletów, do poczekalni albo do kontrolerów w kamizelkach kuloodpornych. Narzekał, ale, rzecz jasna, zgodził się. Mam graniczące z pewnością wrażenie, że pieniądze, które mu płacę, są fundamentem jego dochodów. Wiersz o wdowim śnie ma być gotów w przyszłym tygodniu. Czekam na wiersz, czekam na ekscytującą wdowę i żal mi własnej nie- mocy.

Z powodu sentymentalnych skłonności wybrałem zawód autora nekrologów i wspomnień pośmiertnych. W sentymentalnych skłonnościach mieści się wiele mych duchowych braków. Na przykład brak pewnego fundamentalnego lęku. Boję się śmierci i boję się, że zostanę kie- dyś zakopany. Ale nigdy, ani w najgłębszym dzieciństwie, ani nigdy później nie bałem się cmentarzy. I nigdy by mi nie przyszło do głowy, że brak strachu przed cmentarzem to może być za mało.

Konkordia

Niekiedy powietrze było gęste jak szkło powiększające. Stałem w wielkiej izbie przy oknie i ludzi na moście widziałem jak na dłoni. Dwie florecistki w czerwonych dresach szły w kie- runku boiska, były po drugiej stronie wielkich mas upalnego powietrza, dotykały balustrady, ta z dłuższymi włosami unosiła w górę dłoń. Za nimi jaśniała droga do Partecznika, zza od- dalonego o kilometr zakrętu wyłaniały się dwa końskie łby. – Konkordia już jedzie – mówiła Babcia, stała przy drugim oknie i mówiła – Oho, Konkordia już jedzie. Na piaszczyste roz- staje wjeżdżała czarna kareta, odświętnie ubrany Wymowian siedział na koźle, wypucowane konie szły lekkim kłusem, czarny wóz ryzykownie kolebał się na wybojach. Florecistki w czerwonych dresach skręciły do ośrodka sportowego, postanowiłem, że ożenię się z krócej ostrzyżoną. Babcia Czyżowa raptownie odwracała się i biegła do kuchni, na kościelnej wieży rozlegały się dzwony.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 44
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)