Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Bezpowrotnie Utracona Leworęczność - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bezpowrotnie Utracona Leworęczność

Электронная книга - «Bezpowrotnie Utracona Leworęczność». Краткое содержание книги:

Bezpowrotnie Utracona Leworęczność
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 44
Перейти на страницу:

Życie na niby, jak powszechnie wiadomo, jest życiem bardzo intensywnym, jest życiem pełnym niespodzianek, w każdej chwili może się zdarzyć coś wspaniałego. Ktoś może z za- granicy przeszmuglować kawałek mydła Palmolive, który się potem będzie na specjalne oka- zje trzymać na dnie szafy, grosz może spaść z nieba, za który kupi się w komisie francuską szminkę, wuj z Ameryki dolara przyśle i z tym dolarem pójdzie się do sklepu dolarowego w jakimś wielkim mieście. A poza tym włosy na przykład można umyć żółtkiem, piwem, wy- warem z pokrzywy, rozjaśnić rumiankiem albo rozcieńczoną wodą utlenioną, można staro- dawny płaszczyk z delikatnego tweedu zręcznie przerobić na sukienkę modną, nie noszoną chyba od samej wojny spódnicę z gabardyny można skrócić. Zwężanie i zwłaszcza skracanie grubo nad kolana jest nieodwracalne, a przecież nie wiadomo, czy tak się da chodzić? Czy się w czymś tak krótkim choć przez plac Kossaka przejdzie? Czy w te pędy trzeba będzie wracać do domu na Filarecką? Toteż rzeczniczki awangardowego stroju sięgały do lamusa i skracały przedwojenne matczyne spódnice, szyły mini z archaicznej ojcowskiej marynarki, panama albo tropik z lat trzydziestych były nie do zdarcia.

Staliśmy na placu Kossaka, jak diabelski młyn obracały się nasze worki na pantofle, ugi- naliśmy się pod ciężarem mądrości, ale historiozoficzno – odzieżowa refleksja, że pierwsze minispódnice, na które patrzymy, uczynione są z przedwojennych materiałów, nie przycho- dziła nam do głowy.

„Mężczyźni mojego pokolenia – powiada Bellow w Darze Humboldta – nigdy nie zdo- łali się przyzwyczaić do siły, długości i piękna kobiecych nóg, dawniej całkowicie zakry- tych”. Mężczyźni mojego pokolenia zapewne przyzwyczaili się do siły, długości i piękna nóg kobiecych na krótko dawniej zakrytych i potem odkrytych permanentnie. Ja w każdym razie przyzwyczaiłem się całkiem bezboleśnie. Nie mogę wszakże odzwyczaić się od myśli, iż pierwsza odkrywająca kobiece nogi minispódniczka, jaką ujrzałem w życiu, uszyta była z przedwrześniowych tkanin. Jest to myśl nieobsesyjna (obsesyjnie myślę o czym innym), ale jest ona wyraźna.

„Pokój temu domowi”

Jaskra wyżerała oczy, niebezpiecznie wzrastało ciśnienie wewnątrzgałkowe, malało pole widzenia, cukrzyca trawiła silne ciało Pana Naczelnika, skaleczenia nie chciały się goić, ma- lała krzepliwość, naczynia kruszały, przyszła miażdżyca, po wylewie był na pół sparaliżowa- ny, zdawało się, że to już koniec, ale doszedł do siebie, wrócił do sprawności, choć była to sprawność człowieka zanurzonego w gęstych ciemnościach, na długo przed wylewem był już całkowicie niewidomy.

Ośrodek zdrowia w Wiśle, prywatny gabinet w Ustroniu, szpital na Zawodziu, szpital w Cieszynie, szpital w Krakowie, niewiarygodne ilości insuliny, tona rozmaitych pastylek, cy- sterna kropel do oczu, operacja, zastrzyki i to co najgorsze – dieta.

Dziadek Czyż był człowiekiem dobrym, chyba w ogóle nie pamiętam jego gniewu, był człowiekiem wielkiego serca i z pogodą ducha znosił przeciwności losu. Ściśle, jak jest to w Piśmie powiedziane, czynił dobro i zło dobrem zwyciężał. Kiedy bez mała wszystkie jego pomysły na poprawę życia brały w łeb, kiedy wszystkie jego fantazyjne przedsięwzięcia koń- czyły się fiaskiem, zachowywał spokój i pogodę ducha. Kiedy jako uczeń cieszyńskiego gim- nazjum zakochał się bez pamięci w Marysi Chmielównie, co chodziła do sióstr boromeuszek na kurs kroju, szycia, gotowania, wytrwale znosił miłosne udręki.

W gimnazjum polskiego uczył dziadka Przyboś, uczniów było bez mała trzydziestu, sami prawie mężczyźni, dwie tylko gimnazjalistki do tej samej klasy co dziadek chodziły: Anna Bobkówna i Marzena Skotnicówna. Skotnicównę dziadek pamiętał świetnie, była podobno niebywale piękna, a poza tym nie dało się jej przecież zapomnieć z powodu tragedii, na krót- ko przed maturą zginęła w czasie wspinaczki na Zamarłą Turnię. Kiedy prawie pół wieku później mówiłem dziadkowi, że Julian Przyboś o niej i o jej śmierci napisał wiersz pt. Z Tatr, że jest to bardzo sławny wiersz, drukują go w szkolnych podręcznikach, na przykładzie tego wiersza kolejne pokolenia maturzystów wgłębiają się w tajniki poezji awangardowej, kiedy uświadamiałem dziadkowi, jak sensacyjnie blisko (na wyciągnięcie ręki ku siedzącej tuż przed nim Marzenie S.) był istotnych epizodów literatury współczesnej – dziadek zachowy- wał daleko idący sceptycyzm. Najwyraźniej Przyboś jako polonista nie był podziwiany, o tym że jest poetą, też raczej nie było wiadomo, dorobku pisarskiego swego dawnego nauczyciela dziadek nie był wcale ciekaw. Nie wykluczam, że w jakimś grafomańskim porywie chciałem mu wiersz poświęcony Skotnicównie przeczytać, ale opamiętałem się. Choć byłem wtedy młodym poetą, gotowym łamać wszelkie konwencje i naruszać tabu, mores jednak widać jaki taki miałem, bo mniej lub bardziej świadomie musiałem zdawać sobie sprawę, że czytanie poezji Przybosia człowiekowi ciężko przez los doświadczonemu, to jest nieprzyzwoitość gru- ba. Wystarczy, że dopytywałem się nadmiernie o tego czołowego przedstawiciela krakow- skiej Awangardy, dziadek mnie zbywał, machał ironicznie ręką i w końcu wycedził: „napu- szony karzeł”, i serdecznym wybuchnął śmiechem, jakby śmiechem chciał unieważnić jado- witą celność frazy.

Była ciemna sala oddziału matematyczno – przyrodniczego, koledzy gimnazjaliści zerkali w stronę przystojnej koleżanki, włożyła dziś bluzkę w niepokojącym kolorze szałwi, bardzo w niej powabnie koleżanka wyglądała, za parę tygodni pod jej stopami miała otworzyć się otchłań, pod ich stopami zresztą też powoli inna otwierała się czeluść. Siedzący pod oknem kolega Hławiczka, na przykład, zda maturę, skończy studia, pójdzie na wojnę i strzałem w tył głowy zabity zostanie w lesie pod Katyniem, kolega Probst tak samo, kolega Radliński zosta- nie ministrem chemii za rządów Gomułki, kolega Knoppek jako żołnierz niemiecki zginie na froncie wschodnim, kolega Czyż będzie po wojnie naczelnikiem poczty… Można wyliczać nazwisko za nazwiskiem, bez mała trzydzieści dwudziestowiecznych życiorysów, jedna matu- ralna klasa, cieszyńskie gimnazjum jak biały kamyk leżący u podnóża Karpat. Jeszcze są ra- zem, jeszcze ich stopy dotykają podłogi wyszorowanej przez tercjana Haratyka, napuszony Awangardzista krąży między nimi i choć w końcu mógłby mieć coś do powiedzenia, nie ma nic do powiedzenia, nikogo nie zaraża miłością do poezji.

Dziadek się kocha w Marysi Chmielównie i nawet mu do głowy nie przychodzi, że można by dla niej wiersz napisać albo jakiś już napisany przez kogo innego przepisać, wysłać pocztą, wpisać do sztambucha. Miłość dziadka jest tak silna, że obywa się bez literatury. Miłość dziadka musi być silna i trwała, bo kiedy Marysia wychodzi za mąż za zamożnego wiślań- skiego rzeźnika, życie uczuciowe dziadka nie ulega zmianie, nie jest wykluczone, że miłość zabarwiona tragicznością wzmaga się nawet, tragiczność wzmaga egzystencję. Dajcie spokój. Okropna, straszna, trwała, silna i bez podstaw była jego miłość; wiara jego była mocna jak kamień na Równicy, jego gorące modlitwy, by zamożny rzeźnik z centrum Wisły jak najprę- dzej doznał wiecznej szczęśliwości niebiańskiego żywota, zostały wysłuchane, w niecałe dwa lata po ślubie rzeźnik – tak mu widocznie było pisane – zabił się na motorze.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 44
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)