Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 88
Перейти на страницу:

Riley polecił postawić żagle; wiał wschodnio-południowo-wschodni wiatr, niezbyt silny, więc rozwinięto też żagle pomocnicze. William of Orange wystrzelił z działa na zawietrzną, kiedy go mijali, Allegiance mu się zrewanżował, nad wodą popłynęły radosne okrzyki, po czym oba transportowce zaczęły się od siebie oddalać, powoli i majestatycznie.

Maksimus i Lily figlowały w powietrzu, syte i pełne werwy. Długo jeszcze było widać, jak się gonią nad okrętem pośród obłoków, a Temeraire wpatrywał się w dwa młode smoki, aż zmniejszyły się do rozmiaru ptaków. Westchnął wtedy, spuścił łeb i zwinął się na pokładzie.

— Chyba upłynie dużo czasu, zanim ich znowu zobaczymy.

Laurence bez słowa położył dłoń na jego gładkiej szyi. Odniósł wrażenie, że utracił coś na dobre: bez zamieszania i hałasu, bez nadziei na nową przygodę, tylko załoga pogrążona w obowiązkach i bezmiar pustego oceanu, niepewna droga prowadząca do jeszcze mniej pewnego miejsca przeznaczenia.

— Czas minie ci szybciej, niż myślisz — powiedział. — Wróćmy do książki.

Część II

Rozdział 6

Przez pierwszy krótki etap ich podróży utrzymała się dobra zimowa pogoda: woda była bardzo ciemna, niebo bezchmurne, a czyste powietrze ocieplało się w miarę podróży na południe. Po okresie ożywionej pracy, kiedy wymieniono zniszczone reje i zawieszono od nowa żagle, przywracając dawną świetność okrętowi, mogli płynąć szybciej. Minęli kilka statków handlowych, które trzymały się z daleka, a raz usłyszeli w górze kurierskiego smoka niosącego pocztę: z pewnością był to Greyling, jeden ze specjalistów od długodystansowych lotów, lecz szybował zbyt wysoko, tak że nawet Temeraire nie potrafił orzec, czy jest to znany im smok.

Chińscy strażnicy pojawili się na pokładzie już pierwszego dnia o świcie po ogłoszeniu ustaleń; szeroka namalowana linia oddzielała część smoczego pokładu od strony bakburty. Mimo iż nie mieli broni, ustawili się jak na warcie, zupełnie jak żołnierze piechoty morskiej podczas parady, i zmieniali trójkami. Załoga wiedziała o kłótni, która odbyła się na tyle blisko okien rufowych, że ją słyszano na pokładzie, i oczywiście z niechęcią odnosiła się do obecności strażników na pokładzie, a także do starszych członków chińskiej delegacji, których obrzucano jednakowo złowrogimi spojrzeniami.

Z czasem Laurence zaczął dostrzegać w nich indywidualne cechy, przynajmniej wśród tych, którzy zdecydowali się wyjść na pokład. Niektórzy młodsi Chińczycy najwyraźniej przepadali za morzem, bo stawali przy bakburcie na końcu pokładu, by napawać się rozpryskującą się wodą. Jeden z nich, Li Honglin, był wyjątkowo śmiały i naśladował zwyczaje kilku midszypmenów, zwieszając się z rei, mimo nieodpowiedniego stroju: poły jego szaty mogły łatwo wplątać się w liny, a jego krótkie czarne buty miały zbyt grube podeszwy, by zapewnić oparcie na krawędzi pokładu, w przeciwieństwie do bosych stóp albo cienkich pantofli marynarzy. Za każdym razem, kiedy próbował sił, jego ziomkowie bardzo się niepokoili i próbowali go nakłonić okrzykami i gwałtownymi gestami, by wrócił na pokład.

Pozostali zażywali świeżego powietrza ze spokojem i trzymali się z daleka od krawędzi; często przynosili niskie stołki, żeby sobie posiedzieć, i rozmawiali w tym swoim dziwnym śpiewnym języku, w którym Laurence nie potrafił nawet wyróżnić poszczególnych zdań. Chociaż nie mógł się z nimi porozumieć, szybko wyczuł, że większość członków książęcej świty nie jest wrogo nastawiona do Brytyjczyków: byli bardzo uprzejmi, przynajmniej w gestach i mimice, i zazwyczaj kłaniali się grzecznie, gdy się pojawiali i odchodzili.

Obywali się bez tych uprzejmości tylko wtedy, gdy towarzyszyli Yongxingowi: wówczas, idąc za jego przykładem, w ogóle nie zwracali uwagi na brytyjskich awiatorów, jakby na pokładzie nie było innych ludzi. Niemniej książę z rzadka pojawiał się na pokładzie, ponieważ jego kajuta z szerokimi oknami była na tyle duża, że mógł się w niej przechadzać. Wydawało się, że pojawia się głównie po to, by spojrzeć spod zmarszczonych brwi na Temeraire’a, który niewielki miał pożytek z tych inspekcji, jako że przeważnie spał: wciąż osłabiony, drzemał całymi dniami, wydając ciche pomruki i ziewając, podczas gdy życie na pokładzie toczyło się swoim rytmem.

Liu Bao nawet na krótko nie wychodził na pokład, tylko przebywał w swojej kabinie: przez cały czas, tak przynajmniej się wydawało, bo nikt go nie widział od czasu jego wejścia na pokład, chociaż otrzymał kajutę pod pokładem rufówki, więc musiałby jedynie otworzyć drzwi, by znaleźć się na pokładzie. Nie wychodził nawet na posiłki ani na spotkania z Yongxingiem i tylko raz lub dwa razy dziennie służący kursowali między kuchnią a jego kabiną.

Za to Sun Kai spędzał niemalże całe dnie na pokładzie; wychodził zaczerpnąć powietrza po każdym posiłku i pozostawał tam bardzo długo. Jeśli akurat pojawiał się tam Yongxing, Sun Kai zawsze witał księcia pokłonem, a potem trzymał się z boku, z dala od służących księcia, tak że obaj niewiele ze sobą rozmawiali. Sun Kai interesował się życiem na okręcie i jego konstrukcją, a zwłaszcza ćwiczeniami artyleryjskimi.

Te Riley musiał ograniczyć bardziej, niżby sobie tego życzył, ponieważ Hammond utrzymywał, że nie można tak często niepokoić księcia; tak więc najczęściej żołnierze imitowali strzały i tylko od czasu do czasu grzmiały armaty. Sun Kai zawsze pojawiał się tuż po werblu, jeśli nie było go jeszcze na pokładzie, i oglądał ćwiczenia od początku do końca, nie wzdrygając się przy głośnym łoskocie. Zawsze zajmował takie miejsce, by nikomu nie przeszkadzać, nawet kiedy marynarze obsadzali działa na smoczym pokładzie, tak że z czasem kanonierzy przestali zwracać na niego uwagę.

Kiedy nie było ćwiczeń, Sun Kai oglądał działa z bliska. Na smoczym pokładzie stały kanonady, czterdziestodwufuntowe potwory, które ustępowały celnością długim działom z pokładów artyleryjskich, za to miały krótszy odrzut, dzięki czemu potrzebowały mniej miejsca. Sun Kai szczególnie zainteresował się łożem, po którym podczas strzału przesuwała się ciężka żelazna lufa. Bez żenady przypatrywał się ludziom przy pracy, zarówno awiatorom, jak marynarzom, choć nie rozumiał ani słowa z tego, o czym mówią. Z taką samą ciekawością oglądał też sam okręt: rozmieszczenie masztów i żagli, a zwłaszcza konstrukcję kadłuba. Laurence często widział, jak Chińczyk patrzy za krawędź smoczego pokładu, na białą linię kilu, po czym kreśli szkice, by odwzorować konstrukcję.

Ale pomimo tej oczywistej fascynacji okazywał wyraźną rezerwę, i nie chodziło tylko o cechy zewnętrzne, surowość jego cudzoziemskiej fizjonomii; jego badania wydawały się wypływać raczej z pilności niż zapału, raczej z pracowitości i sumienności niż pasji, a jego zachowanie bynajmniej nie zachęcało do nawiązania z nim bliższych kontaktów. Niezrażony tym Hammond zdobył się już na kilka przyjaznych gestów, Sun Kai odniósł się do tego uprzejmie, ale obojętnie, i — jak skonstatował z rozczarowaniem Laurence — był daleki od serdeczności. Żadne uczucia nie malowały się na jego twarzy podczas kontaktów z Hammondem, nie uśmiechał się, nie marszczył czoła, jedynie grzecznie i spokojnie skupiał uwagę na rozmówcy.

Nawet gdyby można było z nim porozmawiać, Laurence czuł, że nie potrafiłby mu się narzucać jak Hammond, a przecież jego objaśnienia z pewnością znacznie poszerzyłyby wiedzę Sun Kaia o okręcie. Lecz póki co takt i bariera językowa powstrzymywały go przed działaniem, więc Laurence zadowolił się obserwacją.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)