Ostatni z Atlantydy
- Автор: Днепров Анатолий Петрович, Шалимов Александр Иванович
- Год: 2011
- Язык: польский
- Переводчик: Jerzy Litwiniuk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ostatni z Atlantydy». Краткое содержание книги:
— Proszę mi powiedzieć, czy istnieje prawo, w myśl którego karze się za tworzenie ludzi z góry skazanych na śmierć?
— O czym pan mówi, panie Albercie?
— W pańskim DNA została zapisana data pana śmierci…
— Na litość boską, niech pan nie udaje, że jest pan wariatem. Lekarze ustalili, że działał pan pod wpływem uniesienia. I nic więcej. Poza tym jest pan absolutnie zdrów.
— Normalny. Zdrowy. Jak to dziwnie teraz brzmi. Jakby pan znał mój wzór. Nikt go nie zna. I nikt go nigdy nie pozna. Nie zostanie on wpisany do złotej księgi nieśmiertelności, dlatego że jestem niedostatecznie żywotny.
Jutro zostanę skazany za morderstwo.
Przełożył J. Herlinger
S. Gansowski
KROKI W NIEZNANE
ROZMOWA NA PLAŻY
— Nieraz mi się zdaje, że wszystko to było jedynie snem — powiedział inżynier trąc w zamyśleniu czoło. — Chociaż jednocześnie wiem z całą pewnością, że wtedy nie spałem… Ale co tu gadać! Już rozpoczęto badania naukowe, powołano całą grupę specjalistów. Mimo to jednak…
Uśmiechnął się, a ja zacząłem mu się bacznie przypatrywać.
— Problem polega na tym, że zazwyczaj uważamy rytm, w jakim przebiegają nasze procesy życiowe, za jedyny możliwy. W istocie sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Wie pan, co mam na myśli?
W odpowiedzi wybąkałem coś o teorii względności. Bogiem a prawdą, niewiele o niej wiedziałem… Uśmiechnął się znowu.
— Właściwie myślałem o czymś innym. Niech pan spróbuje sobie wyobrazić, co by się stało, gdybyśmy zaczęli żyć szybciej. Nie poruszać się, ale właśnie żyć. Istoty ziemskie poruszają się z różną prędkością — od kilku milimetrów do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. W Szkocji podobno istnieje gatunek much latających z szybkością samolotu. Ale ja nie to mam na myśli. Nie ruszać się prędzej, ale prędzej żyć.
— Jednakże wiele stworzeń rzeczywiście żyje szybciej niż człowiek — odparłem usiłując sobie przypomnieć to, czego mnie nauczono w szkole z biologii. — Na przykład pierwotniaki. Pantofelki, o ile pamiętam, żyją tylko dwadzieścia cztery godziny. Niektóre wiciowce nawet krócej.
Mój rozmówca pokręcił głową.
— Po prostu żyją krócej od nas. Ale nie szybciej. — Zamyślił się. — Z pewnością trudno będzie panu uzmysłowić sobie to, o czym mówię… Czy pan nic nie słyszał o wypadkach, jakie zaszły w tym roku w okolicach letniska Lebiażje?
— Owszem. Miesiąc temu było sporo sensacji w Leningradzie. Ale nikt nie potrafił tego jakoś sensownie wytłumaczyć. Coś tam bają o duchach, o dziewczynce, którą jakiś niewidzialny człowiek podobno wrzucił pod pociąg, czy też spod niego wyciągnął, o jakichś kradzieżach w sklepie… A pan wie coś więcej na ten temat?
— Poniekąd. Byłem jednym z tych duchów.
— ???
— Jeżeli pan sobie życzy, mogę opowiedzieć.
— Ależ naturalnie! — zawołałem. — Coś takiego! Umieram z ciekawości!
Rozmowa odbywała się na plaży, w małej miejscowości letniskowej Dubułty, oddalonej od Rygi o pół godziny jazdy koleją.
Przez cały wrzesień mieszkałem nad samym brzegiem morza w tamtejszym domu wczasowym i zawarłem znajomość ze wszystkimi jego mieszkańcami. Tylko o jednym z nich — wysokim szczupłym blondynie — wiedziałem bardzo niewiele. Było to tym dziwniejsze, że od pierwszego spotkania poczuliśmy do siebie coś w rodzaju sympatii.
Obaj lubiliśmy wczesnym rankiem, na dwie godziny przed śniadaniem, spacerować po plaży całkowicie pustej o tej porze. Korostylew — takie było nazwisko blondyna — wstawał wcześniej i wypuszczał się w kierunku Bułduri. W czasie gdy wychodziłem na brzeg, on już stamtąd powracał. Spotykaliśmy się na bezludnej plaży, kłanialiśmy się sobie, uśmiechaliśmy się i każdy szedł swoją drogą.
Po każdym z takich spotkań mieliśmy (przynajmniej ja miałem) wrażenie, że warto byłoby zatrzymać się na chwilę i pogawędzić.
Pewnego ranka zastałem Korostylewa przy jakichś dziwnych zajęciach.
Inżynier siedział na ławce, po czym przykucnął i zaczął wodzić palcem po piasku. Twarz jego wyrażała maksymalne skupienie. Uspokoił się po parokrotnym dokonaniu tej czynności. Później zobaczył lecącego motyla i również powiódł ręką w powietrzu, jak gdyby kiwał nią na pożegnanie.
Wreszcie podskoczył kilkakrotnie.
Zakaszlałem, żeby mu dać znać o swojej obecności. Spojrzenia nasze się spotkały i obaj speszyliśmy się nieco.
Korostyłew roześmiał się i kiwnął ręką:
— Niech pan podejdzie bliżej. I niech pan nie myśli, że zwariowałem.
Zbliżyłem się do niego i wszczęliśmy rozmowę, w ciągu której opowiedziana została historia wypadków, jakie niedawno zdarzyły się w Zatoce Fińskiej.
KOROSTYLEW ZACZYNA SWOJĄ OPOWIEŚĆ
PIERWSZA GODZINA W ZMIENIONYM ŚWIECIE
… — Przede wszystkim muszę wyjaśnić, że jestem z zawodu inżynierem. Specjalizowałem się w termodynamice. Mam już za sobą aspiranturę i obroniłem pracę kandydacką na Politechnice Moskiewskiej, ale mimo to jestem raczej praktykiem niż teoretykiem. Dlatego nie wszystko jest dla mnie jasne w tym, co mi się niedawno przydarzyło.
Mówiąc ściślej, zajmuję się wyposażeniem turbin parowych dla elektrowni słonecznych. Mieszkam z rodziną w lesistej okolicy nad brzegiem Zatoki Fińskiej. Pracuję w instytucie badań naukowych, którego bazę stanowi niewielka elektrownia słoneczna o wyłącznie doświadczalnym znaczeniu. Obok niej pobudowane jest osiedle, w którym wszyscy mieszkamy. Nasz domek, otoczony niedużym ogrodem, mieści się na samym końcu ulicy łączącej szosę nadmorską ze stacją kolei podmiejskiej. Jest to właściwie jedyna ulica osiedla.
Naprzeciw naszego domu znajduje się willa docenta Mochowa. To mój przyjaciel. On również pracuje w instytucie. Tuż obok — sklep spożywczy albo raczej sklepik, w którym wszyscy zaopatrujemy się w żywność.
Z tyłu, pomiędzy oknami naszego domu i terenem elektrowni, nie ma już żadnych zabudowań. Rośnie tam niewysoki zagajnik, którego jakoś nie ruszono w czasie budowy…
Stało się to w niedzielę dwudziestego piątego czerwca. Poprzedniego wieczoru żona i dwóch moich synów wybrali się do Leningradu na nowy film indyjski. Chcieli, żebym pojechał z nimi, ale ja zamierzałem popracować sobie w domu.
Umówiłem się z Anią, że zostawi chłopaków na niedzielę u babci, a sama wróci pociągiem o dziesiątej rano.
Podrzuciłem ich na dworzec, wstawiłem wóz do garażu i usiadłem za biurkiem.
Zasiedziałem się przy nim dosyć długo. Przyjaciele dzwonili, żebym wpadł do nich posłuchać nowych nagrań. Ale miałem jeszcze jedno pilne obliczenie i nie poszedłem.
Koło północy rozpoczęła się burza. Lubię patrzeć, jak się błyska, więc podniosłem się zza biurka, podszedłem do okna i odsunąłem story.
Pamiętam, że burza była solidna. Deszcz tak mocno walił o gałęzie drzew w ogrodzie, że się pod nim uginały, a bijące o dach strumienie sprawiały wrażenie dalekiej kanonady. Okno gabinetu wychodzi wprost na elektrownię, i parę razy widziałem, jak wierzchołki lip za parkanem i dach budynku, w którym się mieści reaktor, na moment rozbłyskiwały błękitnym światłem.
W pewnej chwili ukazała się w polu mojego widzenia błękitnawa, na poły przezroczysta kula wielkości średniej dyni, drgająca i fosforyzująca.
Zjawiła się w gęstwinie drzew po lewej stronie domu. Przypominała nieco płaszcz meduzy, wypływającej z głębi morza.