Ostatni z Atlantydy
- Автор: Днепров Анатолий Петрович, Шалимов Александр Иванович
- Год: 2011
- Язык: польский
- Переводчик: Jerzy Litwiniuk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ostatni z Atlantydy». Краткое содержание книги:
Mieliśmy takie uczucie, jak gdybyśmy stawiali ten krok w wodzie albo w innym równie zagęszczonym środowisku. Trzeba było dość mocno napinać mięśnie biodra. Później to uczucie znikło i szliśmy już normalnie.
Po drugie, przy każdym kroku nieco zawisaliśmy w powietrzu. I znów, jak gdybyśmy poruszali się w wodzie. Szczególnie ja to odczuwałem, ponieważ w ogóle mam chód nieco podskakujący.
Zdawałem sobie sprawę, że w oczach postronnego obserwatora wyglądam na tancerza, który nie idzie, ale wykonuje nieskończoną serię długich i płynnych skoków.
Wydawało mi się również, że powietrze zgęstniało. Jak gdyby nalano do niego jakiejś zawiesistej mikstury, która nie odebrała mu przejrzystości ani przydatności do oddychania, jednakże je mocno zagęściła.
Wreszcie wiatr. Zrywał się, jak tylko zaczynaliśmy się poruszać, a gdyśmy się zatrzymywali, momentalnie ucichał…
Po wyjściu na szosę wyminęliśmy dwoje pieszych — mężczyznę i kobietę. Mój towarzysz — nazywał się Żora Buchtin — obszedł ich z daleka, schodząc nawet w tym celu do przydrożnego rowu. W ogóle z początku bardzo się obawiał wszystkich nieruchomych postaci, jakie trafiły się nam po drodze.
Za ostatnim domkiem osiedla skręciłem z drogi i podszedłem do krzaka olchy, żeby ułamać kijaszek na drogę. Ująłem dość grubą gałąź i szarpnąłem. Gałąź oddzieliła się tak łatwo, jak gdyby nie wyrastała z pnia, ale była po prostu do niego przyklejona jakimś słabiutkim klejem kancelaryjnym.
Spróbowałem wówczas oderwać gałąź młodziutkiej lipy rosnącej obok i gałąź ta równie znalazła się w mojej ręce.
Jak gdyby tylko czekała, aż przyjdę i zabiorę ją z miejsca, w którym wyrosła.
Wszystkie pozostałe gałązki również oddzielały się od lipy bez najmniejszego oporu. Nie zrywałem ich, ale po prostu zdejmowałem z pnia.
A więc świat nie tylko się zatrzymał, ale również zmienił swoje cechy fizyczne. Powietrze zgęstniało, ale ciała stałe utraciły swoją zwartość.
Mógłbym ogołocić to drzewko z gałęzi z taką samą łatwością, z jaką dziewczęta zrywają płatki stokrotek powtarzając: „Kocha, lubi, szanuje”.
Na ścieżce prowadzącej do sowchozu — poszliśmy nią, żeby skrócić sobie drogę — spotkaliśmy rowerzystę, strąconego przez Buchtina. Rower leżał w trawie, a młody chłopak stał obok, trzymając się za ramię, z wyrazem bólu i zdumienia na twarzy.
Oczywiście nie mógł pojąć, co za siła zrzuciła go na ziemię.
Zostawiając rowerzystę, który pomału przychodził do siebie, ruszyliśmy dalej. Zobaczyłem jakiegoś ptaszka w locie i zatrzymałem się, żeby go obejrzeć.
Chyba był to szczygieł. Wisiał w powietrzu przez jakąś chwilę, następnie wykonywał powolne i dosyć drętwe machnięcia skrzydełkami i odrobinę posuwał się naprzód. W ogóle lot nie przebiegał płynnym ruchem, ale serią krótkich i słabych zrywów.
Mogłem wziąć ptaka w ręce, ale bałem się go uszkodzić.
Za lasem rozpoczynały się pola oziminy oraz łąki, od których mocno i przyjemnie pachniało koniczyną. W tym miejscu zeszliśmy ze ścieżki na polną drogę. Zauważyłem, że kurz wzbijany przez nasze nogi wisiał w powietrzu bardzo długo — nie mogliśmy się nawet doczekać, aż opadnie.
Nie będę opisywać szczegółowo całej naszej podróży do Głuszkowa.
Nie dała bowiem żadnych efektów. Po prostu przyszliśmy do sowchozu i przekonaliśmy się, że wszystko dzieje się tutaj podobnie jak w osiedlu.
Z początku szliśmy dość szybko, później, gdy coraz silniej zaczął mnie boleć palec zraniony o falę, zacząłem utykać.
Z powodu niedzieli w sowchozie panowała zupełna pustka. Ani w warsztacie naprawczym, ani przy biurze nie spotkaliśmy żywej duszy.
Tylko koło pompy na okólniku dla bydła zastygła jakaś postać z wiadrem w ręku.
Nie wiem po co, ale poszliśmy do szkoły. Tuż przy niej stał dyrektor sowchozu Piotr Iljicz Iwanienko, korpulentny blondyn, ubrany w cajgowe spodnie i letnią marynarkę. Przez otwarte okno wyglądała kobieta w chustce. Rozmawiali o czymś.
Kobieta machnęła ręką — widocznie wyrzekała się czegoś czy zaprzeczała. Ale ja i mój towarzysz widzieliśmy ten gest nieskończenie długo. Zdawało się nam obydwóm, że kobieta zamierza się na Iwanienkę.
Wyglądało to dosyć zabawnie.
Piotr Iljicz zastygł z otwartymi szeroko ustami, uniósłszy gęste siwiejące brwi.
Żora, który się zatrzymał z obawą w przyzwoitej odległości od dyrektora, pokazał na niego palcem:
— Zgłupiał!
— Niby dlaczego? — zapytałem.
— A po co tak robi? — Żora kiwnął w stronę Piotra Iljicza i rozwarł usta, przedrzeźniając go.
Nie wiadomo dlaczego ogarnęła mnie złość.
— Wcale nie zgłupiał — powiedziałem. — Coś się przydarzyło z całą Ziemią. Jakaś katastrofa. Czy pan rozumie?
Żora milczał.
— Stało się coś takiego, co spowodowało, że cały świat porusza się wolniej. A myśmy pozostali bez zmiany. Albo może na odwrót…
Wymówiłem to „na odwrót” bez specjalnej myśli, a potem nagle ugryzłem się w wargę.
A co, jeśli rzeczywiście na odwrót? Jakiś niejasny domysł, jakieś olśnienie przeszyło moją świadomość. Porównałem szybkość fali w zatoce, szybkość motocykla i w końcu szybkość słońca na niebie. Świat zwolnił swój ruch, ale w tym zwolnieniu istniała pewna konsekwencja.
Słońce, ruch wody, ludzie — wszystko to zwolniło równomiernie swoje tempo.
Złapałem Żorę za rękę i usiadłem na ławce koło chaty, zmuszając mojego towarzysza, żeby zajął miejsce obok. Później wpatrzyłem się w zegarek na ręku, którego nie zdejmowałem od wczorajszego wieczoru…
Przez całe pięć minut — liczyłem według swego pulsu — patrzałem na wskazówkę sekundnika. Przekonałem się wreszcie, że się porusza i że w tym czasie posunęła się naprzód o jedną sekundę.
Sekunda — i moich, choćby nawet przybliżonych, pięć minut!
W ciągu tej sekundy kobieta spierająca się z dyrektorem sowchozu opuściła rękę, a Piotr Iljicz zamknął usta.
Wynikało z tego, że świat zwolnił swój rytm trzystakrotnie. Albo na odwrót, my dwaj przyśpieszyliśmy swój rytm w tej samej proporcji.
Ale na twarzy Piotra Iljicza, na twarzach wszystkich ludzi, jakich widzieliśmy od rana, nie było widać żadnego niepokoju. Nikt z nich nie wyglądał na zdziwionego, przerażonego, zakłopotanego. Wszyscy spokojnie zajmowali się swoimi sprawami.
A więc coś dziwnego i niewytłumaczalnego spotkało nas samych, a nie tych, którzy nas otaczali.
Myśl ta sprawiła mi niemałą ulgę. Mimo wszystko są to dwie różne rzeczy: przypuszczać, że niebezpieczeństwo grozi tobie jednemu, albo też myśleć, że podlegają mu wszyscy ludzie, cały ród człowieczy. W ostateczności ja i Żora jakoś się z tego wykaraskamy. Byleby coś podobnego nie przydarzyło się całej Ziemi.
— To pan i ja staliśmy się nienormalni — powiedziałem do mojego towarzysza podróży. — A ludzie pozostali tacy sami, jak byli.
Żora patrzał na mnie tępym wzrokiem.
— To nas coś przyśpieszyło, rozumie pan? Zaczęliśmy się poruszać i żyć szybciej, a ludzie żyją normalnie.
— Normalnie!.. Też wymyśliłeś! — Uśmiechnął się z niedowierzaniem i wstał z ławki. — No popatrz. — Ruszył naprzód. — Ja idę, a on stoi. I jeszcze gębę rozdziawił. (Piotr Iljicz w tym czasie znowu zaczął nieskończenie powoli otwierać usta.) — A ty mówisz „normalnie”.
— No i co z tego? Po prostu my bardzo szybko się poruszamy i reagujemy. Dlatego nam się wydaje, że wszyscy inni są nieruchomi.