Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Wij». Краткое содержание книги:

Student kijowskiego seminarium Choma Brutus, który zabłądził podczas wakacyjnego spaceru, spędza noc w stodole przypadkowo napotkanej staruszki. Wkrótce okazuje się, że kobieta jest czarownicą, jednak Chomie udaje się od niej uwolnić. Zostaje wezwany do odległego miasteczka, gdzie wybrano go do prowadzenia modłów nad zmarłą niedawno dziewczyną. Musi samotnie spędzić trzy noce w kościele z dziwnie znajomo wyglądającymi zwłokami.
1 2 3
Перейти на страницу:

- A cóż to babciu, co ci potrzeba? - zapytał filozof.

Lecz starucha lazła prosto na niego z rozpostartymi rękami.

"He, he, - pomyślał filozof. - Nie tak prędko gołąbeczko! Za staraś." Odsunął się trochę dalej, ale starucha, bez skrępowania, znowu do niego podeszła.

- Słuchaj no babciu! - powiedział filozof, - teraz jest post, a ja jestem takim człowiekiem, że nawet za tysiąc złotych nie złamię postu.

Jednak starucha rozczapierzyła ręce i usiłowała go złapać, nadal nie odzywając się ani słowem.

Filozofowi zrobiło się nieswojo, szczególnie kiedy zauważył, że jej oczy zajarzyły się jakimś dziwnym blaskiem.

- Babciu! Co ty? Idź sobie, idź sobie z Bogiem! - krzyknął.

Lecz starucha nie wyrzekła ni słowa, tylko ciągle łowiła go ramionami.

Skoczył na równe nogi, z zamiarem ucieczki, jednak babina stanęła w drzwiach, wlepiła w niego błyszczące ślepia i znowu zaczęła się do niego podkradać.

Filozof chciał odepchnąć ją rękami, ale ze zdziwieniem zauważył, że jego ręce nie mogły się unieść, nogi nie poruszały się; ze strachem poczuł, że także głos nie wydobywał mu się z ust: słowa bez dźwięku błądziły na wargach. Słyszał tylko jak biło mu serce; ujrzał jak starucha podeszła do niego, złożyła mu ręce, ugięła kark, ze zwinnością kotki wskoczyła na plecy, uderzyła go miotłą w bok a on, wierzgając jak koń, poniósł ją na swoich barkach. To wszystko stało się tak szybko, że filozof ledwie zdążył się opamiętać i złapał obiema rękami za kolana, chcąc zatrzymać nogi; lecz one ku wielkiemu jego zdumieniu dźwigały się wbrew woli i wykonywały podskoki szybciej od czerkieskiego rumaka. Kiedy już minęli chutor i przed nimi otwarł się głęboki parów, a z boku rozciągnął się czarny jak węgiel las, wtedy tylko mruknął do siebie: "Aha, tak, to wiedźma". Odwrócony sierp księżyca świecił na niebie. Drżący, północny blask, jak przejrzysta zasłona, delikatnie opadał i ścielił się na ziemi. Lasy, łąki, niebo, doliny - wszystko to, zdawało się, jakby spało z otwartymi oczami. Żeby choć wiatr się zerwał gdziekolwiek. W chłodzie nocy unosiła się jakaś ciepła wilgoć. Cienie drzew i krzewów, jak komety, ostrymi klinami cięły łagodnie wznoszącą się równinę. Taka była noc, kiedy filozof Choma Brutus galopował z niesamowitym jeźdźcem na grzbiecie. Odczuwał jakieś męczące, nieprzyjemne a jednocześnie słodkie uczucie, ściskające jego serce. Opuścił głowę w dół i widział, że trawa, będąca tuż u jego stóp, zdawało się, rosła głęboko i daleko, i że ponad nią znajdowała się przejrzysta jak górskie źródło woda, a trawa wydawała się dnem jakiegoś świetlistego, przezroczystego do samej głębiny morza; przynajmniej widział wyraźnie, jak odbijał się w nim, razem z siedzącą na jego plecach staruchą. Widział, jak zamiast miesiąca świeciło tam jakieś słońce; słyszał, jak dźwięczały, skłaniając swoje główki, modre dzwonki. Zobaczył, jak zza kępy turzycy wypływała rusałka, mignęły mu jej plecy i noga, wyrazista, prężna, cała zbudowana z blasku i drżenia. Obróciła się ku niemu - i oto jej lico z oczami świetlistymi, olśniewającymi, przenikliwymi, ze śpiewem wdzierającym się w duszę, już przybliżało się ku niemu, już było na powierzchni, i zadrżawszy perlistym śmiechem, oddalało się, i oto, przewróciła się na plecy, a obłoczne jej piersi , matowe jak marmur nie pokryty glazurą, prześwitywały przed słońcem krawędziami swojej białej, elastyczno-delikatnej okrągłości. Woda w postaci maleńkich pęcherzyków, jak koraliki, obsypała je. Cała drży i śmieje się w wodnej toni... Widzi to, czy nie widzi? Czy to jawa, czy może mu się śni? A tam co? Wiatr, czy muzyka: dzwoni, dzwoni i wpija się, i ściska, i wraża się w duszę jakimś nieznośnym trelem...

"Cóż to jest?" - rozmyślał filozof Choma Brutus, spoglądając w dół, w szalonym pędzie. Pot lał się z niego strumieniami. Ogarniało go diabelsko słodkie uczucie, odczuwał jakąś przeszywającą na wskroś, jakąś dręcząco-straszliwą rozkosz. Często zdawało mu się jakoby nie miał już w ogóle serca i ze strachem chwytał się ręką za pierś.

Do reszty wyczerpany i zagubiony, zaczął przypominać sobie wszystkie, jakie tylko znał, modlitwy. Odmawiał po kolei wszystkie zaklęcia przeciw duchom - i naraz poczuł orzeźwienie; poczuł, że zwolnił kroku, a wiedźma jakby trochę słabiej trzymała się na jego grzbiecie. Gęsta trawa dotykała go i już nie dostrzegał w niej niczego niezwykłego. Błyszczący sierp księżyca świecił na niebie.

1 2 3
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)