Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Wij». Краткое содержание книги:

Student kijowskiego seminarium Choma Brutus, który zabłądził podczas wakacyjnego spaceru, spędza noc w stodole przypadkowo napotkanej staruszki. Wkrótce okazuje się, że kobieta jest czarownicą, jednak Chomie udaje się od niej uwolnić. Zostaje wezwany do odległego miasteczka, gdzie wybrano go do prowadzenia modłów nad zmarłą niedawno dziewczyną. Musi samotnie spędzić trzy noce w kościele z dziwnie znajomo wyglądającymi zwłokami.
1 2 3
Перейти на страницу:

Wij

Gdy tylko uderzał rankiem, w Kijowie, dość dźwięczny seminaryjny dzwon, wiszący przy wrotach Brackiego monasteru, zaraz z całego miasta pędziły tłumy uczniów i seminarzystów. Gramatycy, retorzy, studenci filozofii i teologii, z zeszytami pod pachą ciągnęli do klas. Gramatycy byli jeszcze bardzo mali; idąc, poszturchiwali jeden drugiego i kłócili się między sobą cieniuteńkim dyszkantem; prawie wszyscy mieli na grzbietach podarte albo wybrudzone ubrania, a ich kieszenie wiecznie pełne były wszelakiego śmiecia: kości do gry, piszczałek z ptasich piór, niedojedzonego placka, a czasami nawet maleńkich wróbelków, z których jeden, nagle ćwierknąwszy pośród nadzwyczajnej ciszy w klasie, dostarczał swojemu opiekunowi solidnego walenia linijką po rękach, a bywało, że i wiśniowych rózeg. Retorzy szli stateczniej: szaty mieli często zupełnie całe, ale za to na twarzy prawie zawsze widniała jakaś ozdoba w kształcie retorycznego tropu: albo jedno oko uciekało pod samo czoło, albo zamiast wargi potężny bąbel, albo jakiś inny znak szczególny; ci rozmawiali i zaklinali się między sobą tenorem. Filozofowie brali całą oktawę niżej; w ich kieszeniach, oprócz mocnych tytoniowych korzonków, nie było nic. Nie robili żadnych zapasów i wszystko co im się trafiło, pożerali natychmiast; czuć było od nich fajkę i gorzałkę, nieraz tak mocno, że przechodzący obok rzemieślnik, zatrzymawszy się, długo jeszcze wciągał powietrze, niczym pies gończy. Rynek, jak zwykle o tej porze, dopiero zaczynał się ożywiać i przekupki handlujące bublikami, bułkami, pestkami arbuzów i makowcami chwytały za poły tych, u których owe poły uszyte były z cieniutkiego sukna albo jakiejś bawełnianej tkaniny.

- Panowie ! Panowie! tutaj! tutaj! - trajkotały ze wszystkich stron. - Bubliki, makowce, świeżutkie kołacze! Przepyszne! Na miodzie! Sama piekłam!

Inna, podniósłszy coś długiego, skręconego z ciasta, krzyczała:

- Chałka, panowie, kupcie chałkę!

- Nie kupujcie od niej niczego: patrzcie, jaka wstrętna - i nos ma brzydki i ręce brudne...

Jednakowoż filozofów i teologów bały się zaczepiać, dlatego, że filozofowie i teologowie zawsze lubili brać tylko na próbę, a przy tym pełną garścią.

Po przyjściu do seminarium cała gromada rozchodziła się po klasach, znajdujących się w dość niskich, lecz za to przestronnych salach, zaopatrzonych w niewielkie okna, szerokie drzwi i brudne ławki. Klasa napełniała się z nagła wielogłosowym brzęczeniem: audytorzy wysłuchiwali swoich uczniów; dźwięczny dyszkant gramatyka nakładał się właśnie na brzęk szkła wstawionego w maleńkie okna i szkło odpowiadało niemal tym samym tonem; w kącie buczał retor, którego gęba i tłuste wargi powinny przynależeć co najmniej do filozofii. Buczał niskim głosem i tylko słychać było z oddali: bu, bu, bu... Audytorzy, słuchając lekcji, patrzyli jednym okiem pod ławę, gdzie z kieszeni potulnego seminarzysty wyglądała bułka, pieróg, bądź też pestki z dyni.

Jeśli cała ta uczona hałastra zdążyła przyjść trochę wcześniej lub jeśli wiedzieli dobrze, że profesorowie pojawią się później niż zwykle, za powszechnym porozumieniem urządzano bój. W tym boju powinni byli uczestniczyć wszyscy, także cenzorzy, zobowiązani do pilnowania porządku i obyczajności całego uczšcego się stanu. Dwaj teologowie zazwyczaj decydowali według jakiego planu ma toczyć się bitwa: czy każda klasa powinna walczyć osobno, czy wszyscy mają podzielić się na dwie połowy: bursę i seminarium. W każdym wypadku zaczynali gramatycy, a kiedy tylko wtrącali się retorzy, dawali drapaka, by zająć miejsca na podwyższeniach i stamtąd przyglądać się starciu. Potem wkraczała filozofia z długimi, czarnymi wąsami, a na koniec i teologia w okropnych szarawarach i z tłustymi szyjami. Zazwyczaj kończyło się tym, że teologia tłukła wszystkich, a filozofia, masując obolałe boki, zostawała wyparta do klasy i tam odpoczywała, zajmując miejsca w ławkach. Profesor wchodzący do sali, sam niegdyś uczestniczący w podobnych potyczkach, w jednej chwili, po rozpalonych twarzach swoich słuchaczy, poznawał, że bój był setny, i w tym czasie, kiedy siekł rózgami po palcach retorykę, w innej klasie, inny nauczyciel łoił drewnianą łopatką po rękach filozofię. Ze studentami teologii postępowano zupełnie innym sposobem: według powiedzenia profesora teologii, odsypywało się im po miarce grubego grochu, co oznaczało porządne skórzane baty.

W uroczystości i święta seminarzyści i bursacy rozchodzili się po domach z wertepami . Niekiedy odgrywali komedię i w takim wypadku zawsze wyróżniał się jakiś teolog, wzrostem niewiele mniejszy od kijowskiej dzwonnicy, przedstawiający Herodiadę albo Putyfarową, żonę egipskiego dworzanina. W nagrodę otrzymywali rąbek płótna, worek prosa, bądź też połówkę gotowanej gęsi i tym podobne rarytasy.

Całe to uczone bractwo, tak seminarium, jak i bursa, które odnosiło się do siebie z jakąś dziedziczną wrogością, było nadzwyczaj biedne jeśli idzie o środki utrzymania, a przy tym niesłychanie żarłoczne, tak, że policzenie ile klusek każdy z nich pałaszował podczas wieczerzy, byłoby sprawą absolutnie niemożliwą. Dlatego dobrowolne ofiary bogatych właścicieli nie mogły być wystarczające. W tej sytuacji senat, składający się z filozofów i teologów, wysyłał gramatyków i retorów pod przewodnictwem jednego filozofa, - a bywało, że i sam się przyłączał - z workami na plecach, pustoszyć cudze ogrody. Wtedy w bursie pojawiała się kasza z dyni. Senatorowie tak bardzo objadali się arbuzami i dyniami, że na drugi dzień audytorzy słyszeli zamiast jednej - dwie lekcje: jedna rozlegała się z ust, druga burczała w senatorskim żołądku. Bursacy i seminarzyści nosili szaty podobne do długich surdutów, rozpościerających się "po wsze czasy": techniczne wyrażenie, oznaczające, że sięgały one poza pięty.

Najbardziej uroczystym dla seminarium wydarzeniem były wakacje, rozpoczynające się w lipcu, kiedy to bursa wedle zwyczaju rozchodziła się po domach. Wówczas cała główna droga zapełniała się gramatykami, filozofami i teologami. Kto nie posiadał własnego schronienia, szedł do któregokolwiek z towarzyszy. Filozofowie i teologowie udawali się "na kondycję", to znaczy udzielali korepetycji dzieciom zamożnych obywateli i otrzymywali za to raz do roku nowe buty, a nieraz i na surdut. Cała ta czereda ciągnęła razem, pełnym taborem; warząc sobie strawę i nocując w polu. Każdy taszczył ze sobą worek, w którym znajdowała się jedna koszula i para onuc. Teologowie byli szczególnie oszczędni i gospodarni: żeby nie zedrzeć butów, zdejmowali je, wieszali na kiju i nieśli na plecach, zwłaszcza wtedy, gdy było błoto. Wówczas, podwinąwszy spodnie do kolan, nieustraszenie brodzili po kałużach. Kiedy tylko dostrzegali w pobliżu jakąś osadę, natychmiast zbaczali z głównej drogi, zbliżali się do najokazalszej chaty, stawali rzędem pod oknami i pełną piersią zaczynali śpiewać kantyk. Gospodarz chałupy, jakiś stary chłop-kozak, przysłuchiwał im się długo, podparłszy się obiema rękami, potem wzdychał gorzko i mówił do swojej żony: "Żonko! Pewnie, co rozumnie śpiewają; wynieś im słoniny i co tam jeszcze mamy!". I cała miska pierogów znikała we wnętrzu studenckiego worka. Porządny kawał słoniny, kilka pszenicznych bułek, a czasami i skrępowana kura, zajmowały miejsca obok. Pokrzepiwszy się takim zapasem, gramatycy, retorzy, filozofowie i teologowie kontynuowali wędrówkę. Jednakże im dalej szli, tym bardziej przerzedzała się ich gromada. Wszyscy prawie porozchodzili się po domach, zostawali tylko ci, których gniazda rodzinne leżały najdalej.

Pewnego razu, w czasie podobnej pielgrzymki, trzej seminarzyści zeszli z głównej drogi, z myślą, by w pierwszym napotkanym chutorze zaopatrzyć się w prowiant, worek bowiem już od dawna mieli pusty. Byli to: teolog Chalawa, filozof Choma Brutus i retor Tiberij Gorobiec.

1 2 3
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)