Magom wszystko wolno
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:
Przyćmione światło latarń nie tyle pomagało mojemu dziennemu widzeniu, co przeszkadzało nocnemu. W Klubie Kary świeciły się okna, najwyraźniej nie zakończyli jeszcze imprezki, jednak na myśl o powrocie do hałaśliwego towarzystwa podpitych magów opanowało mnie przygnębienie.
Dlaczego król nie wykończy teścia w zwykły królewski sposób - dosypując na przykład trucizny do wina? Lub dając w prezencie zatrute rękawiczki? Mało to jest sposobów? Cała historia aż kipi morderstwami ze względów państwowych i zabijają ludzie niezależnie od wysokości urodzenia.
Niewykluczone, że zbuntowany książę także ma na służbie „skutecznych ludzi”. Książę nie jest głupi, na pewno jest chroniony magiczną tarczą - przed jadem, przed żelazem, przed każdym możliwym draństwem.
Nie istnieją jednak tarcze chroniące przed Rdzennym zaklęciem. Nie wykuli takiej i nigdy tego nie zrobią. Nie na darmo jest ono Rdzenne.
Poczułem ukłucie niepokoju. Gdyż, oddawanie takiej broni w ręce przypadkowego człowieka, nieodpowiedzialnego szczęściarza, którego wskazał los, jest - jak by to powiedzieć - co najmniej lekkomyślne. Niech sobie założyciele zarabiają na składkach członkowskich niewiarygodne pieniądze - powinno się jednak zwracać minimum uwagi na zdrowy rozsądek?!
Przez chwilę wyobraziłem sobie drogę szantażu wiodącą na szczyty władzy. Niewiele trzeba, by za pomocą strachu i wymuszeń zaczepić się na jakimś tronie; wystarczy na to pół roku, a potem do gry wkroczą inne siły i inna broń będzie chronić byłego posiadacza Kary.
Czyżby nikt tego nie próbował? A jeśli próbował, czemu się nie udało? Zabrakło siły ducha? Zdecydowania? Szczęścia?
A może...?
Przyćmione światło latarni nad drzwiami jakiegoś - kobiecego salonu drażniło oczy, przeszkadzało w patrzeniu, przesłaniając nocny wzrok żółtą watą swego bezsilnego blasku. Zgasiłem ją z rozdrażnieniem i w następnej sekundzie zatrzymałem się zamieniając się w słuch.
Zamieszanie.
Przytłumione okrzyki. Sapanie. Ciosy.
Daleko, kilka przecznic stąd. Usłyszałem to wszystko tylko dlatego, że wiatr zupełnie ucichł, w okolicy milczały nawet świerszcze, a drażniąca mnie latarnia w końcu zgasła.
Uznałbym to za zwykłą bójkę lub szarpaninę złodzieja z ofiarą, która okazała się uzbrojona, gdyby nie słaby strumień magicznej woli, rwany jak płótno na worki.
Mag był tam tylko jeden. A spoconych muskularnych ciał aż pięć.
Jeszcze kilka tygodni temu bez namysłu pomknąłbym do źródła dźwięków. Niekoniecznie po to, by się wtrącać; po prostu popatrzeć.
Teraz się jednak zawahałem. Czy to przypadkiem nie prowokacja? Nosząc u pasa tak potrzebnie wielu ludziom zaklęcie, mimowolnie można stać się podejrzliwym.
Strumień magicznej woli gwałtownie słabł.
Początkowo szedłem powoli. Stopniowo jednak przyspieszałem kroku. Rzadkie latarnie gasły, gdy się do nich zbliżałem; zacząłem widzieć wyraźnie i ostro, nie rozróżniałem jedynie kolorów. Wszystkie zdawały się być różnymi odcieniami brązu.
I w jednej chwili zobaczyłem ich wszystkich.
Czterech pięknisiów - skórzane kurtki, szerokie noże, wszy i zapach potu - stało w półokręgu. Naprawdę przerażająco wyglądał tylko jeden - kudłata głowa, opaska na oku i zeszpecone blizną usta. Pozostali byli smarkaczami, namiętnie łaknącymi krwi. Jeden trzymał się za ucho, ręka drugiego zwisała bezsilnie, trzeci miał na wpół spalone włosy. A winna temu wszystkiemu była ofiara, której te chwaty nie zdołały od razu powalić; ofiara stała przyciśnięta plecami do ściany bogatego kupieckiego domu. Zauważyłem, że przez szczelinę w okiennicach trzy pary uważnych i wystraszonych oczu czekały na zbliżający się koniec potyczki.
Nie znoszę tchórzliwych kupców.
Twarz ofiary zasłonięta była kapturem, płaszcz sięgał do samych kostek, nie mogłem się jednak pomylić. Surowa dama w czarnej sukni spotkała się oko w oko z ludzką niewdzięcznością.
Starszy rozbójnik wydał z siebie niewyraźny, ponaglający odgłos.
Jego uczniowie (byli to niewątpliwie uczniowie) bezgłośnie i wściekle atakowali. Z trzech stron jednocześnie. Nie był to ich pierwszy atak.
Dama w czerni uniosła rękę; odrobinę później, niż należało. Dwóch smarkaczy odrzuciło, trzeci jednak przebił się przez cienkie zaklęcie i chwycił damę za nadgarstek.
Wyniosła piękność krzyknęła z bólu.
Patrzyłem, co będzie dalej.
Smarkacz - znacznie silniejszy fizycznie od najsilniejszej nawet kobiety maga - wykręcił jej rękę za plecy, oderwał kobietę od ściany i powlókł ją do swego nauczyciela. Najwyraźniej czekał na pochwałę.
Starszy rozbójnik znowu wydał z siebie jakiś przeżuty dźwięk, brzmiący jak triumfalne przekleństwo. Wątpliwe, by ta kreatura potrafiła zrozumiale się wysławiać, jednak ekspresji w jego głosie było aż nadto.
Kobieta zawyła przez zęby, próbując jeszcze stworzyć zaklęcie, nie mając już jednak na to sił. Dwie pary rąk przeszukiwały jej pas; raz! - i ochrona przed męską samowolą upadła w kurz. Nie uchroniła, czyli nic nie warta! A chwaty dobrały się już do sakiewki. Raz-dwa - i ich łupem stał się brelok w kształcie tygrysiego pyska i srebrny kałamarz.
Jednak w tym momencie do chciwych wyrostków, którzy dorwali się do złotych monet i innych drobiazgów, dołączył stary lubieżny cap. Zatrzeszczał materiał płaszcza, dama w czerni głucho zawyła, próbując wyswobodzić się z rąk bandyty. Na chwilę je się to udało, jednak gwałciciel powtórnie przystąpił do ataku i pozbawiona sit dama runęła na ziemię i jej krzyki dochodziły już spod zadartej na głowę sukni. Uznałem, że lekcję, jaką dostała krnąbrna dama, można uznać za zakończoną. Wyciągnąłem ręce - na cztery metry - i chwyciłem atamana za gardło.
Lubieżny stwór zachrypiał. Zajęte grabieżą chwaty usłyszały to chrypienie dopiero po sekundzie. Jeszcze jakiś czas zajęło im uwierzenie we własne oczy: ich jednooki mentor unosił się nad ziemią, szarpiąc się jak w pętli; dokładnie tak zresztą było.
Puściłem go w ostatniej chwili. Oczywiście nie z litości, lecz obrzydzenia. Uduszenie takiego niegodziwca to średnia przyjemność; bez tego będę musiał poświęcić sporo czasu na domycie rąk.
Rozbójnik runął na ziemię i już się nie podniósł. Szczeniakami tak wstrząsnęło moje pojawienie się i niewiarygodnie rozciągnięte ręce, że próbowali się ulotnić - złapałem ich „w siatkę” i ścisnąłem razem tak mocno, by oddychać mogli tylko po kolei.
Zamiast trzech niebezpiecznych młodzików na ziemi walał się chrypiący, tryskający strachem kłębek. Sekundę wcześniej pozatykałem im usta, by nie zakłócali snu uczciwych obywateli. Okiennice kupieckiego okna były teraz szczelnie zamknięte i można było pomyśleć, że te trzy pary oczu tylko mi się przywidziały.
Z delikatności nie patrzyłem na uratowaną damę. Trzeba było dać jej czas na dojście do siebie i doprowadzenie do porządku garderoby; ochrony, które wcześniej wisiały na jej pasie, walały się teraz na ulicy. Przy samych moich butach leżał uwalany w kurzu żółty kamyk w kształcie tygrysiej paszczy.
Kobieta wydała z siebie głośne, nierówne westchnienie. Policzyłem do dziesięciu i spojrzałem na nią.
Nie sprawiała już wrażenia suki. Wyniosła członkini Klubu Kary przypominała teraz raczej zmokłą kurę. Białe włosy sterczały spod kaptura niczym zlepione pióra. Nos był podrapany i wyraźnie opuchnięty. Wargi drżały.
- Nie należy spacerować samemu po ciemnych zaułkach - rzekłem pouczającym tonem.
Nie oczekiwałem, że rzuci mi się na szyję. Nie udało się jej jednak całkiem powstrzymać i wybuchła płaczem.
Odważna, lecz jednak baba.