Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Eldorado». Краткое содержание книги:

„Eldorado” jest dalszym ciągiem książki pt. „Szkarłatny kwiat”.
W Paryżu, w okresie największego terroru rewolucji francuskiej działa tajemniczy „Szkarłatny Kwiat”, który ratuje niewinnych ludzi od śmierci. Policja dużo by dała, aby wpaść na jego trop. Owym tajemniczym, nieuchwytnym bohaterem jest młody Anglik, który wraz z grupą przyjaciół utworzył tajną ligę. Jeden z jej członków, Armand, zakochuje się w aktorce i swym nieostrożnym zachowaniem naprowadza policję na trop „Szkarłatnego Kwiata”. Dostaje się on do więzienia oskarżony o uprowadzenie syna Ludwika XVI aresztowanego przez rewolucjonistów.
„Szkarłatny Kwiat” bestialsko torturowany zgadza się na wydanie młodego delfina. Komisarz policji w licznej asyście i w towarzystwie „Szkarłatnego Kwiata” i jego ukochanej jadą do rzekomej kryjówki syna Ludwika XVI. Jest to jednak podstęp.
Czy naszemu bohaterowi uda się uratować i czy Armand odzyska swoją piękną aktorkę? O tym już opowie ta książka.
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 69
Перейти на страницу:

Gorąco pieca uśpiło młodzieńca, głowa opadła mu na piersi. Chauvelin zaś przechadzał się po pokoju z rękami splecionymi na plecach.

Nagle Armand otrzeźwiał. Usłyszał przyśpieszone kroki w korytarzu, trzaskanie drzwiami i głośne nawoływania. Równocześnie prawie H~eron stanął na progu. St. Just spojrzał na niego z osłupieniem, gdyż cały jego wygląd zmienił się nie do poznania. Zestarzał się o dziesięć lat, włosy miał zwichrzone na spotniałym czole, policzki szare, a usta, z których krew odbiegła, rozchylały się bezmyślnie, odsłaniając rząd żółtych zębów. Cała postać była zgarbiona, jakby zmiażdżona.

Chauvelin zatrzymał się i spojrzał niemniej zdumiony na kolegę.

– Kapet? – zawołał, widząc przerażenie, malujące się na zmienionej twarzy H~erona.

H~eron nie mógł mówić. Zęby mu dzwoniły, a lęk sparaliżował mu język. Chauvelin przybliżył się do niego. Choć o wiele niższy od swego kolegi, przewyższał go teraz o całą głowę. Położył rękę na zgarbionym ramieniu H~erona.

– Kapet uciekł, czy tak? – spytał.

Wyraz przerażenia spotęgował się jeszcze w oczach H~erona. Zdawały się pytać: „Dokąd? Kiedy?”

Ale nie mógł wymówić tych słów.

Chauvelin odwrócił się od niego niecierpliwie.

– Wódki! – rzekł krótko do Armanda.

Butelka i szklanka znalazły się w szafie. St. Just nalał wódki i przytknął szklankę do ust H~erona.

– Zapanuj nad sobą, człowieku – rzekł po chwili Chauvelin – i postaraj się opowiedzieć mi, jak to się stało.

H~eron upadł na krzesło, przesunął drżącą ręką po czole.

– Kapet zniknął – szepnął. – Musieli go wykraść podczas przeprowadzki Simonów. Tego głupiego Cochefera wywiedziono w pole.

H~eron mówił bezdźwięcznym głosem, prawie szeptem, ale wódka orzeźwiła go nieco i oczy straciły przykry szklisty wyraz.

– W jaki sposób? – spytał były dyplomata.

– Opuszczałem właśnie wieżę, gdy Cochefer nadszedł; widziałem Kapeta w pokoju i kazałem żonie Simona pokazać go Cocheferowi. Zamknęła chłopca na klucz i postawiła komisarza na straży. Rozmawiałem przez chwilę z Cocheferem na korytarzu. Żona Simona i posługacz Dupont, którego znam dobrze, zajęci byli tymczasem wynoszeniem mebli. Mogę przysiąc na to, że nikogo więcej nie było w pokoju. Jak tylko Cochefer pożegnał mnie, wrócił prosto do Kapeta.

– Zamknęłam dziecko tutaj, powiedziała do niego kobieta oddając mu klucz – będzie w zupełnym bezpieczeństwie, dopóki nie przyjdą nowi komisarze.

– Czy Cochefer stwierdził, że kobieta nie kłamała?

– Ależ naturalnie! Kazał znów otworzyć drzwi i przysięga, że widział chłopca, leżącego na kocu w kącie pokoju. Pokój naturalnie był zupełnie pusty, oświetlony tylko jedną świecą, ale widział z pewnością koc, a na nim dziecko. Tymczasem, gdy wszedłem teraz do pokoju…

– Cóżeś zobaczył?

– Wszyscy komisarze byli zgromadzeni: Cochefer, Lasni~ere, Lorinet i Legrand; czekali na mnie. Weszliśmy do pokoju ze świecą w ręku i ujrzeliśmy dziecko, leżące na kocu, jak powiedział Cochefer. W pierwszej chwili nie zauważyliśmy nic podejrzanego, ale po pewnym czasie jeden z nas, zdaje mi się Lorinet, zbliżył się do chłopca, aby mu się przyjrzeć uważniej – i krzyknął przeraźliwie. Wszyscy nadbiegli. Śpiące dziecko było zawiniątkiem z peruką, po prostu lalką!…

W ciasnym pokoiku zapadło milczenie. H~eron ukrył głowę w rękach; nerwowe drżenie wstrząsało jego szerokimi kościstymi ramionami.

Armand słuchał tego opowiadania z bijącym sercem i błyszczącymi źrenicami. Szczegóły nieznane dwóm terrorystom, dopełniły obrazu, który stanął mu żywo przed oczami. Myślą powrócił do mieszkania na ulicę St. Germain l'Auxerrois – byli tam sir Andrew Ffoulkes, lord Tony i Hastings. Ktoś przechadzał się wielkimi krokami po pokoju, wpatrując się proroczym wzrokiem w miasto. I nagle odezwał się silny, dźwięczny głos: „Chodzi o delfina”.

– Czy podejrzewasz kogo? – spytał Chauvelin, zatrzymując się przed H~eronem i kładąc znów rękę na ramieniu kolegi.

– Czy podejrzewam? – zawołał główny agent – nie podejrzewam, lecz mam pewność. Ten człowiek siedział przed dwoma dniami na tym krześle i pysznił się swymi zamiarami. Powiedziałem mu, że jeżeli porwie się na Kapeta, skręcę mu kark własnymi rękoma.

Długie jego sępie palce, o drapieżnych pazurach, zamykały się i otwierały jak u jastrzębia.

– O kim mówisz? – spytał krótko dyplomata.

– O kim? O kimże, jeżeli nie o tym przeklętym de Batzu! Ma wypchane kieszenie austriackimi pieniędzmi, którymi z pewnością przekupił Simonów, Cochefera i straże.

– I Lorineta, i Lasni~ere'a, i ciebie – dodał sucho Chauvelin.

– To fałsz! – wrzasnął H~eron, i pieniąc się ze złości, skoczył na równe nogi, gotów do walki na śmierć i życie w obronie swej niewinności.

– Fałsz? – powtórzył spokojnie Chauvelin – w takim razie nie bądź tak pochopny w rzucaniu podejrzeń na prawo i lewo. Nic na tym nie zyskasz. Trudna to sprawa i nie tak łatwo da się rozstrzygnąć. Czy jest ktoś obecnie w wieży? – dodał urzędowym tonem.

– Tak, Cochefer i inni są tam jeszcze; naradzają się pomiędzy sobą, w jaki sposób ukryć zdradę. Cochefer zdaje sobie jasno sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa, a Lasni~ere i jego towarzysze wiedzą dobrze, że spóźnili się o kilka godzin. Wszyscy zawinili. A co do de Batza – ciągnął dalej głosem drżącym z wściekłości – to zapowiedziałem mu z góry, że zginie, jeżeli porwie się na Kapeta. Jestem już na jego tropie i zaaresztuję go jeszcze przed nocą. Wezmę ja go w obroty!… Trybunał nie będzie się sprzeciwiał… Posiadamy pod więzieniem ciemny loch, w którym umiemy stosować męki najgorsze, jakie można sobie wyobrazić. Poddamy go takim torturom…

Ale Chauvelin przerwał mu ruchem ręki i wyszedł z pokoju.

Armand w myśli podążył za nim. Powstała w jego głowie niepohamowana chęć, aby uciec, korzystając z tego, że H~eron zatopiony we własnych myślach nie zwraca na niego uwagi. Kroki Chauvelina ucichły w korytarzu; daleko było do wyższego piętra na wieży, a nie tak prędko skończy się rozmowa z komisarzami. Była więc doskonała sposobność; wiedział, gdzie mógł połączyć się z wodzem, gdzie znajduje się róg ulicy, przy którym sir Andrew czeka z wozem węglowym i gdzie zagajnik na drodze do St. Germain. Miał nadzieję, że znajdzie towarzyszy, opowie im o losach Janki i ubłaga ich, aby mu pomogli w niesieniu jej pomocy.

Zapomniał, że nie posiadał już przepustki, że bezwarunkowo zatrzymają go przy bramie i odprowadzą za godzinę w to samo miejsce, gdzie się obecnie znajduje. Powstał z krzesła i skierował się ku wyjściu. H~eron nie podniósł nawet głowy. Ale w chwili, gdy otworzył drzwi, kilkanaście bagnetów skrzyżowały się przed nim, błysnąwszy w słabym świetle latarni. Chauvelin przewidział wszystko z góry i nie było najmniejszej wątpliwości, że Armand St. Just był więźniem. Rozdrażniony powrócił na swoje miejsce koło ognia.

W kwadrans później dyplomata znalazł się znów u H~erona.

Rozdział XX. Świadectwo bezpieczeństwa

– Możesz bezpiecznie zostawić de Batza w spokoju, obywatelu H~eronie – rzekł Chauvelin, zamknąwszy za sobą drzwi – nie przyłożył on ręki do ucieczki delfina.

H~eron zamruczał coś pod nosem niedowierzająco. Chauvelin wzruszył ramionami i spojrzał na kolegę z wyrazem najgłębszej pogardy.

Armand, który przypatrywał mu się pilnie, zobaczył w jego ręku zmięty skrawek papieru.

– Nie trać cennego czasu, obywatelu – rzekł – aresztuj de Batza, jeżeli chcesz, albo zostaw go na wolności – wszystko mi jedno; niebezpieczeństwo nie grozi nam z tej strony.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 69
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)