Eldorado
- Автор: Орци Эмма Баронесса
- Язык: польский
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Eldorado». Краткое содержание книги:
W Paryżu, w okresie największego terroru rewolucji francuskiej działa tajemniczy „Szkarłatny Kwiat”, który ratuje niewinnych ludzi od śmierci. Policja dużo by dała, aby wpaść na jego trop. Owym tajemniczym, nieuchwytnym bohaterem jest młody Anglik, który wraz z grupą przyjaciół utworzył tajną ligę. Jeden z jej członków, Armand, zakochuje się w aktorce i swym nieostrożnym zachowaniem naprowadza policję na trop „Szkarłatnego Kwiata”. Dostaje się on do więzienia oskarżony o uprowadzenie syna Ludwika XVI aresztowanego przez rewolucjonistów.
„Szkarłatny Kwiat” bestialsko torturowany zgadza się na wydanie młodego delfina. Komisarz policji w licznej asyście i w towarzystwie „Szkarłatnego Kwiata” i jego ukochanej jadą do rzekomej kryjówki syna Ludwika XVI. Jest to jednak podstęp.
Czy naszemu bohaterowi uda się uratować i czy Armand odzyska swoją piękną aktorkę? O tym już opowie ta książka.
Wreszcie przyszedł sekretarz rejestrów i oddał fatalne książki do dyspozycji tych, którzy utracili ukochanego ojca, brata lub żonę i przyszli przeglądać te bezlitosne stronice. Z wnętrza loży sekretarz robił wszystkie możliwe trudności przy oddawaniu listy. Pytał o świadectwo lub pozwolenie władz, bezczelność jego nie miała granic. Armand widział, jak płynęły wciąż miedziaki z rąk petentów do kieszeni urzędnika. Ciemno było zupełnie w korytarzu, gdzie długi szereg oczekujących wzrastał z każdą chwilą, tylko przy okienku zapalono dla publiczności kapiącą świecę. Nadeszła wreszcie kolej na Armanda; serce biło mu tak gwałtownie, że nie mógł wymówić słowa. Wyciągnął sztukę srebra, bez ogródek wetknął sekretarzowi i sięgnął po listę kobiet.
Sekretarz schował pieniądze z tępą obojętnością i spojrzał na Armanda spod wielkich okularów w kościanej oprawie z wyrazem sytego jastrzębia, patrzącego na bezbronnego ptaka. Widocznie bawiły go trzęsące się ręce Armanda i niezgrabny sposób, z jakim posługiwał się książką i świecą.
– Jaka data? – spytał ostro.
– Jaka data? – powtórzył Armand nieśmiało.
– Którego dnia i o której godzinie aresztowano ją? – wrzasnął człowiek, zbliżając sępi nos do twarzy Armanda. Widocznie srebro poskutkowało i chciał dopomóc wiejskiemu niedołędze.
– W piątek wieczór – szepnął St. Just.
Ręce sekretarza odpowiadały w zupełności całej jego powierzchowności; były długie i zakrzywione jak szpony jastrzębia.
St. Just przypatrywał mu się, jak obracał śpiesznie kartki książki i brudnym palcem przebiegał kolumnę nazwisk.
– Jeżeli jest tutaj, to musi znajdować się na liście;
Rząd nazwisk skakał w dzikim tańcu przed oczyma Armanda, pot zalewał mu czoło, a urywany oddech rozpierał piersi.
Czy rzeczywiście zobaczył nazwisko Janki w książce, czy też może rozgorączkowany umysł stawiał mu przed oczyma błędne widziadła, tego nie wiedział, ale nagle zamajaczyły krwawe litery:
582. Belhomme, Ludwika, 60 lat. Uwolniona – a niżej:
583. Lange, Joanna, 20 lat, aktorka. Square du Roule Nr 5. Posądzona o ukrywanie zdrajców i szpiegów. Przeniesiona do Temple, cela 29.
Nie widział nic więcej, gdyż miał wrażenie, że zarzucono mu na oczy krwawą zasłonę, a tysiąc szponów rozrywa mu gardło i serce.
– Umykaj stąd! Na mnie kolej! Czy będziesz tu spał całą noc?
Ostry głos przemówił te słowa, brutalne ręce odepchnęły go na bok i wyrwały świecę z rąk. Potknął się o płytę kamienną na nierównej posadzce i byłby upadł, ale ktoś podtrzymał go i wyprowadził na świeże powietrze.
To przywróciło mu przytomność.
Janka była uwięziona, a więc jego miejsce było przy niej. Nie przedstawiało to żadnej trudności.
Jeden okrzyk, potępiający rewolucję, otwierał podwoje Temple dla nowego gościa. Gorąca krew uderzyła do głowy Armandowi. W uszach mu szumiało i jak przez mgłę widział postacie mężczyzn, kobiet i żołnierzy, snujących się w ciemnościach po długich korytarzach, kręte schody, podwórza, a w końcu otwartą ulicę i rzekę. Zasłona nie schodziła mu z oczu: to była czerwona jak krew, to znowu biała jak całun.
Minął Pont_au_Change, na Quai de l'Ecole za St. Germain l'Auxerois zamajaczył róg domu, w którym mieszkał Blakeney.
Armand patrzył na to wszystko, ale nie widział, słyszał zgiełk pulsującej życiem stolicy, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Janka znajdowała się w Temple, a gdy zamkną wieczorem bramy ponurego więzienia, on, Armand, jej rycerz, jej obrońca, znajdzie się w jego murach i dotrze do celi 20 obietnicami, groźbami i błaganiami.
Stanął przed olbrzymią budowlą Temple. Ostrza wieżyc strzelały ku górze wśród panujących ciemności, jakby stalowe klingi mieczów. Straż postawiła zwykłe pytanie, ale on zatoczył się jak pijany i krzyknął z całych sił:
– Niech żyje król!
Usiłował przejść, ale skrzyżowane bagnety zamknęły mu drogę.
– Niech żyje król, śmierć republice! – powtórzył znów.
– Ależ ten człowiek jest pijany – rzekł jeden z żołnierzy, widząc, że Armand nie ma czapki na głowie, krzyczy, śmieje się i płacze na przemian. Ale gdy młodzieniec nie przestawał walczyć jak szaleniec, chcąc przedostać się przez bramę, żołnierz doprowadzony do ostateczności uderzył go ciężko w głowę.
St. Just runął na wznak oszołomiony uderzeniem. Czy był rzeczywiście pijany, czy śnił tylko? Podniósł rękę do czoła – było mokre, ale czy z deszczu czy krwi, tego nie wiedział. Starał się skupić myśli.
– Obywatelu St. Just – rzekł spokojny głos tuż za nim.
Obejrzał się; równocześnie uczuł czyjąś rękę na ramieniu, a ten sam spokojny głos dodał:
– Może nie poznajesz mnie, obywatelu? Nie miałem szczęścia znać cię tak dobrze jak twoją siostrę. Nazywam się Chauvelin. W czym mogę ci być pomocny?
Rozdział XVII. Chauvelin
Chauvelin! Obecność tego człowieka w tej chwili uczyniła wypadki ubiegłych dni podobnymi do snu. Chauvelin, najnieśmiertelniejszy wróg Armanda i jego siostry Małgorzaty! Chauvelin, zły duch republiki, arystokrata_rewolucjonista, dyplomata_szpieg, zwyciężony wróg „Szkarłatnego Kwiatu”, stał tutaj w świetle olejnej lampy przytwierdzonej do ściany. Krople deszczu na jego odzieniu błyszczały w migotliwym świetle jak cienka srebrzysta powłoka, gromadząc się na brzegu kapelusza i w fałdach płaszcza. Koronki u szyi i rąk były zmięte i przybrudzone.
Puścił ramię Armanda, ale utkwił blade, głęboko osadzone oczy ponuro w twarzy młodzieńca.
– Miałem nadzieję – ciągnął dalej Chauvelin – że spotkamy się choć raz podczas twego pobytu w Paryżu. Słyszałem od mego przyjaciela H~erona, że bawisz tutaj. On niestety stracił cię z oczu, i zacząłem się już obawiać, że tajemniczy „Szkarłatny Kwiat” zaczarował cię i uczynił niewidzialnym, co byłoby wielkim dla mnie zmartwieniem.
I znów ujął ramię Armanda jak przyjaciel, który pragnie zaciągnąć znajomego na miłą pogawędkę. Skierowali się ku bramie i straż zasalutowała na widok trójkolorowej szarfy, wyglądającej spod płaszcza Chauvelina.
Dyplomata zatrzymał się przed kamiennym przedmurzem. Tu mogli rozmawiać swobodnie.
Grupa żołnierzy stała u wylotu sklepionej bramy, ale słów dosłyszeć nie mogli, jedynie ich sylwetki majaczyły wśród ciemności.
Armand szedł odruchowo za swym wrogiem, jakby pod wpływem hipnozy i zupełnego zaniku woli.
Różne sprzeczne myśli krzyżowały się w jego mózgu, ale dominowało przeświadczenie, że wszystko skierowało się na lepsze tory. Zjawił się Chauvelin, człowiek, który nienawidził go, który pragnął z pewnością jego śmierci, będzie zatem łatwo, bardzo łatwo oddać życie za wolność
Janki.
Zaaresztowali ją jedynie na podstawie podejrzenia, iż ukrywała znanego zdrajcę republiki, a więc z jego uwięzieniem i śmiercią jej wina będzie zmazana.
Ci ludzie nie byli wrogo usposobieni przeciwko niej – sądzono zawsze bardzo łagodnie aktorów i aktorki. Przysłuży się Jance o wiele więcej, oddając się w ręce władz, niż pracując nad jej uwolnieniem.
Przez ten czas Chauvelin strzepywał deszcz ze swego płaszcza, przemawiając właściwym sobie ironicznym i uprzejmym tonem:
– Jak się miewa lady Blakeney? Mam nadzieję, że dobrze?
– Dziękuję panu – odpowiedział Armand bezmyślnie.
– A mój przyjaciel sir Percy Blakeney? Myślałem, że spotkam go w Paryżu, ale jest z pewnością bardzo zajęty, nie tracę jednak nadziei… Widzisz, jak fortuna mi sprzyja – dodał tym samym lekkim tonem – nie liczyłem na żadne miłe spotkanie, aż tu nagle, przechodząc koło posterunku u bramy tego uroczego zajazdu, kogoż spotykam? – mego wytwornego przyjaciela St. Justa, usiłującego dostać się w jego gościnne progi. Ale rozprawiam tylko o sobie, a nie pytam o stan twego zdrowia. Zemdlałeś przez chwilę, zdaje się; powietrze wkoło tej budowli jest bardzo duszne. Spodziewam się, że czujesz się Obecnie lepiej. Rozkazuj mój drogi, w czym mogę ci służyć?