Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Nie wiem – odrzekł cichym, wymijającym tonem. – Był na pewno człowiekiem przewrotnym… Wszyscy dobrzy gracze tacy są, ale ten posiadał coś jeszcze: niezwykłą zdolność do wytyczania fałszywych ścieżek, zastawiania rozmaitych pułapek… I korzystał z tego.
– To możliwe? – spytał Cesar. – Naprawdę jesteśmy w stanie odtworzyć charakter gracza na podstawie jego zachowania przy szachownicy?
– Uważam, że tak – odparł Muńoz.
– A w tym przypadku, co jeszcze sądzi pan o człowieku, który skonstruował tę partię, pamiętając, że zrobił to w wieku piętnastym?
– Powiedziałbym… – Muńoz zadumał się nad obrazem. – Powiedziałbym, że grał w szachy jak Szatan.
VI. O szachownicach i lustrach
I dowiesz się, gdzie jest koniec, gdy dotrzesz
już do niego.
Ballada starca z Leningradu
Zanim wróciła do samochodu, który stał zaparkowany “na drugiego”, Menchu zdążyła się przesiąść za kierownicę. Julia otworzyła drzwiczki swojego fiata i opadła na fotel.
– Co powiedzieli? – spytała właścicielka galerii.
Przytłoczona naporem myśli, nie od razu odpowiedziała. Tępo wpatrując się w ruch uliczny przed sobą, wyciągnęła z torebki papierosa, wsunęła go w usta i wcisnęła zapalniczkę w desce rozdzielczej.
– Wczoraj było tam dwóch policjantów – odezwała się w końcu. – Pytali o to samo, co ja. – Przytknęła zapalniczkę do papierosa, gdy tylko usłyszała trzask. – Jak twierdzi kierownik, kopertę przyniesiono w czwartek o pierwszej po południu.
Menchu zacisnęła dłonie na kierownicy, aż zbielała jej skóra między pierścionkami.
– Kto przyniósł?
Julia powoli wypuściła smugę dymu.
– Kierownik mówi, że kobieta.
– Kobieta?
– Jak słyszałaś.
– Co za kobieta?
– W średnim wieku, dobrze ubrana, blondynka. W płaszczu nieprzemakalnym i okularach przeciwsłonecznych.
– Odwróciła się do przyjaciółki. – To mogłaś być ty.
– Wcale mnie to nie śmieszy.
– Mnie też nie. Prawdę mówiąc, zupełnie nie – Julia westchnęła przeciągle. – Ale ten opis właściwie pasuje do kogokolwiek. Nie podała nazwiska ani adresu, tylko dane nadawcy, czyli Alvara. Określiła przesyłkę jako ekspresową i poszła. Koniec pieśni.
Włączyły się do ruchu na bulwarze. Znów zanosiło się na deszcz, kilka kropel już zdążyło spaść na przednią szybę. Menchu ze zgrzytem zmieniła bieg i potarła w zamyśleniu nos.
– Słuchaj, jakby to usłyszała Agatha Christie, zrobiłaby z tego powieść.
Julia skrzywiła się apatycznie.
– Tak, tyle że tu trup jest prawdziwy. – Gdy podnosiła papierosa do ust, przed oczami stanął jej obraz Alvara, jak leży nagi i mokry. Jeśli jest coś gorszego niż śmierć – pomyślała – to śmierć groteskowa, kiedy ludzie przyłażą i patrzą. Miał skubaniec pecha.
– Miał skubaniec pecha – powtórzyła na głos.
Zatrzymały się przed przejściem dla pieszych. Menchu odwróciła wzrok od świateł na skrzyżowaniu i zerknęła na przyjaciółkę z zaniepokojeniem. Martwi ją, że Julia wplątała się w taką aferę. Co tu szukać daleko, ona sama też odchodzi od zmysłów, dlatego złamała jedną ze swoich niezłomnych zasad i sprowadziła Maxa do siebie, aż się wszystko wyjaśni. Julia powinna zrobić to samo.
– Sprowadzić sobie Maxa…? Nie, dzięki. Wolę sama się zadręczać.
– A ty znów to samo, skarbie. Nie nudź. – Zapaliło się zielone, Menchu ruszyła i ostro dodała gazu. – Wiesz doskonale, że nie o niego mi chodziło… Poza tym to anioł.
– Anioł, który krew z ciebie wysysa.
– Nie tylko krew.
– Czy mogłabyś nie być ordynarna?
– Witamy Siostrę Julię od Najświętszego Sakramentu.
– No i dobrze.
– Posłuchaj, możesz sobie gadać o Maksie, co ci się podoba, ale jest tak śliczny, że jak na niego patrzę, to mnie licho bierze. Jak ta Butterfiy i jej Mały Maltańczyk, między jednym kaszlnięciem a drugim… A może to był Armand Duval? – sklęła jakiegoś przechodnia na jezdni i, trąbiąc z oburzeniem, wśliznęła się fiatem w ciasną przestrzeń pomiędzy taksówką a kopcącym autobusem. – Ale na serio, tak mieszkać samej to chyba nieostrożne… A jeżeli naprawdę jakiś bandzior chce się teraz dobrać do ciebie?
Zirytowana Julia wzruszyła ramionami.
– To co mam zrobić?
– No, stara, nie wiem. Przenieś się do kogoś. Jak chcesz, mogę się poświęcić: wykopię Maxa i masz u mnie miejsce.
– A obraz?
– Weźmiesz go i będziesz pracować w moim mieszkaniu. Nakupię konserw, koki, świńskich kaset wideo, flaszek z alkoholem i zabarykadujemy się tam jak w Forcie Apache do czasu, aż będziemy się mogły pozbyć obrazu. I oczywiście dwie sprawy. Po pierwsze: dogadałam się co do wzmocnienia zabezpieczeń, gdyby jakiś natręt…
– Ale jaki natręt? Van Huys jest u mnie bezpieczny, za siedmioma zamkami. Cały system kosztował mnie kupę forsy, nie pamiętasz? Mój dom jest jak Banco de Espańa, tyle że bez pieniędzy.
– Nigdy nie wiadomo. – Zaczynało naprawdę lać i Menchu włączyła wycieraczki. -…A po drugie: ani słowa don Manuelowi o całej historii.
– Dlaczego?
– Nie udawaj, maleńka, że nie wiesz. Nasza kochana Lola tylko czeka, żeby popsuć mi szyki.
– Na razie nikt nie wiąże sprawy Alvara z obrazem.
– Może głośniej? Policjanci nie bywają taktowni i mogli już nawiązać kontakt z moim klientem. Albo z tą jego lisią żonką… No więc tak. Wszystko się komplikuje jak diabli. Kusi mnie, żeby przerzucić kłopot na Claymore'a, zainkasować prowizję i kropka.
Deszcz malował na szybach nieostre szare plamy, przez co świat za oknami samochodu sprawiał nierzeczywiste wrażenie. Julia spojrzała na przyjaciółkę.
– A właśnie, dziś wieczorem mam kolację z Montegrifem.
– Coś ty?
– No tak. Ma ogromną ochotę porozmawiać ze mną o interesach.
– O interesach…? Przy okazji zechce pobawić się w tatę i mamę.
– Zadzwonię i ci opowiem.
– Do tego czasu oka nie zmrużę. On też coś wyniuchał. Zakładam się o dziewictwo moich trzech kolejnych wcieleń.
– Mówiłam, nie bądź ordynarna.
– A ty mnie w trąbę nie zrób, małpko. Nie zapominaj, że jesteśmy przyjaciółkami. I to bliskimi.
– Możesz mi zaufać i przyhamować trochę.
– Słuchaj, zakłuję cię jak tę Carmen od Merimeego.
– Dobra, ale właśnie przejechałaś na czerwonym, a ponieważ to mój samochód, więc potem ja będę płacić mandaty.
Zerknęła w lusterko i zobaczyła, że za nimi, także na czerwonym, przejechał jeszcze jeden samochód, niebieski ford z ciemnymi szybami. Chwilę później skręcił w prawo i zniknął. Miała wrażenie, że ten sam wóz stał zaparkowany po drugiej stronie ulicy, też “na drugiego”, kiedy wychodziła z agencji kurierskiej. Ale przy takim ruchu ulicznym i deszczu trudno było mieć pewność.
Paco Montegrifo należał do ludzi, którzy uważają, że czarne skarpetki przystoją szoferom i kelnerom, sami zaś, jako istoty rozumne, obstają przy ciemnogranatowych. Nosił szary, również ciemny, nieskazitelny garnitur, skrojony na miarę, pierwsze guziki na mankietach marynarki miał wytwornie odpięte i ogólnie wyglądał jak wyjęty z żurnala. Koszula z kołnierzykiem Windsor, jedwabny krawat i chusteczka wysunięta dyskretnie z górnej kieszonki dopełniały idealnego wizerunku, który właśnie podniósł się z fotela w holu i szedł Julii na spotkanie.
– O mój Boże – powiedział, wyciągając dłoń. Biały uśmiech kontrastował przyjemnie z opalenizną. – Z pani jest prawdziwa piękność.