Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 81
Перейти на страницу:

— Świrski, daruj moją winę.

Herakliusz nie mówił nic — pewnie Dydyński za mocno przyciskał go do piersi.

— Proszę… Odpuść mi, jak Jezus Chrystus.

— Odpuszczę — wychrypiał były pocztowy — jak mnie waść nie udusisz.

Jacek puścił Herakliusza. Ten zakaszlał, splunął krwią.

— Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr — rzekł. — Nie ma już waśni, nie ma winy, pomagaj Bóg.

— Wrócisz do mnie? Na służbę.

Świrski uśmiechnął się. I pokręcił głową.

— Nie wrócę, mości panie stolnikowicu. Chciałbym jak dawniej. Ale… Zaciągnąłem się… Po towarzysku do roty pana Fredry. Sam waść rozumiesz, służba nie drużba.

— Panie Świrski, niechże cię kule biją! Za grzechy moje przyjmuję.

Uścisnęli się jeszcze raz.

Dymitr szedł do nich pieszo, w otoczeniu pułkowników i dworu. Rozwarł szeroko ramiona, podał dłoń stolnikowicowi. Lecz jeśli myślał, że szlachcic ją ucałuje, to mylił się, bo Dydyński po prostu ją uścisnął.

— Mości panie Jacku, winszuję męstwa i wiktorii. Z takimi kawalerami moja sprawa upaść nie może.

— Daj Bóg.

— Doprawdy zadziwiła mnie dzisiaj chrobrość polska. Mości panowie! Oto ja — car moskiewski, prawowity naslednik Iwana Groźnego, Rurykowiczów i innych przodków moich, ogłaszam wszem wobec, że od tej pory możecie zwać pana stolnikowica Jackiem nad Jackami, bo to sprawił, co nad siły i wszelkie było oczekiwanie!

Padli sobie w objęcia.

— Bądź pewien, waszmość, że będę się umiał odwdzięczyć… Kiedy już zasiądę na moskiewskim Kremlu. A teraz — trzymaj w podzięce. I nie próbuj odmawiać!

Jednym ruchem zrzucił z ramiona aksamitną karmazynową ferezję z jedwabnymi pętlicami i diamentowymi guzami, a potem narzucił ją na ramiona Jacka.

— Odprowadźcie ich do cyrulika. Na opatrzenie. Dalejże, mości panowie!

Husarze rzucili się do Dydyńskiego, Świrskiego i Litwina, który nawet nie zdążył podziękować za ratunek. A potem niemal ponieśli ich do obozu.

Dymitr zaś, wdziawszy szubę, którą natychmiast podał mu pokojowiec, dosiadł siwka. Ktoś zamajaczył u jego boku, przedarł się poprzez dymy i śnieg, który już znowu zacinał. Jaśnie pan Mniszech.

— Hej, mospanie, komuś oddał moją ferezję?! — zakrzyknął z miejsca wojewoda sandomierski. — Pójdę z torbami, jeśli pachołkom karmazyny będziesz rozdawał!

— Ten pachołek dziś stał się olbrzymem. Jaki pachołek, do diabła, towarzysz husarski mojej chorągwi, Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki. Okrył się nieśmiertelną sławą.

— Dydyński? Jacek? Stolnikowic? Do diaska, nie poznałem go po stroju — zafrasował się Mniszech. — Boże mój, Panie światłości wiekuistej, jak to się czasem można pomylić. No, pędzę i ja mu powinszować. Bywaj.

I jaśnie oświecony wojewoda sandomierski ruszył za czeladzią i pocztowymi złożyć ukłony i uszanowanie Dydyńskiemu.

Die 2 decembris n. st., 22 novembris st. st.

Stancja Dydyńskiego, obóz Samozwańca

Godzina druga w południe

Anastazja rzuciła się na niego jak lwica, ledwie przekroczył próg. Chyba myślała, że wraca stolnikowic, bo kiedy dojrzała zasępione oblicze Nieborskiego, zrozumiała błąd i zatrzymała się w pół kroku.

— Co z nim? Czemuś nic nie powiedział?! Żyje?

— Kto taki? — spytał, nie unosząc głowy. — Borys? Świrski? A może Samozwaniec?

— Jakiś ty głupi! Ojczulek Dydyński.

— Żyje, żyje. Złego diabli nie biorą.

— Jakiż on zły! Boży człowiek! — jęknęła, a pocztowemu wydało się, że w jej oczach zobaczył łzy.

— Widzę, dla kogo boży. Ubrał cię jak carską księżniczkę.

Anastazja opuściła ręce, pogładziła nakładną niewieścią szubę wkładaną przez głowę — teraz przystrojoną kiką — czapką, spod której wypadał długi, skręcony w ciasnych zwojach złotawy warkocz.

— Gdzie on? Gdzie jest?

— U cyrulika. Co ci tak śpieszno? Jeszcze rozgrzejesz mu łoże.

Nie wiedziała, kiedy znalazł się przy niej i wolno, ale stanowczo położył ręce na ramionach, dotknął szyi.

— Dość! Puść! — syknęła. — Precz!

— Ty co?! — warknął. — Ty…

Nie puszczał, wtedy szarpnęła się, a kiedy naparł całym ciałem, uskoczyła w bok. Nieborski zachwiał się między stołem a krzesłem, potknął, padł do przodu, wleciał na maszt, omal nie zwalił się na skrzynię.

Spoglądała, jak rozeźlony gramolił się na nogi.

— Nie wróci szybko. Mamy czas. Mogłabyś… być trochę milsza.

— Nie!

— A, rozumiem. On możny pan, to-wa-rzysz. Ulubieniec cara. Jacek nad Jackami. A taki zwykły chudopachołek jak ja śmierdzi carskiej księżniczce.

— Co ty tam wiesz.

— Pewnie — ruszył w jej stronę z zimnym uśmiechem — pan Dydyński kutasa też ma nad kutasami, co — może się mylę?

Cofnęła się do wyjścia.

— Ty kto jesteś, myślisz? Kniahini? Co ty dla niego — moskiewska kurwa! Bladź, co pod każdym rozkłada nogi!

— Idź precz!

Podniósł się, ruszył w jej stronę, a wtedy krzyknęła — głośno i donośnie.

— Hej, co tam? — zagrzmiał głos Borysa. — Potrzebujecie czego?

— Nagła krew cię zalała — mruknął Nieborski. — To siedź tu. Sama. Ty dla niego barachło. A dla mnie…

Nie słuchała, wbiła wzrok w przestrzeń.

Machnął ręką, zaklął i wyszedł z namiotu.

Die 12/2 decembris

Szańce Samozwańca pod Nowogrodem Siewierskim, późna noc

Dowodzenie nad Moskalami przejął w następnych dniach hetman mróz. Przez cały tydzień od piątku do soboty walił śnieg, wicher wciskał się w szczeliny namiotów i trudno było wyprostować się na szańcach. Oto zaczęła się sroga moskiewska zima, inna niż w Rzeczypospolitej. Tam bowiem przed nastaniem śniegów przyroda zasypia powoli jesienią, aby obudzić się na nowo, w Moskwie zaś ginie pod śniegiem gwałcona przez mróz, tak jak każda myśl o wolności niweczona przez carskie okowy. Zima w Rosji jest symbolem śmierci i zniszczenia. Najmniejszy ślad życia nie zdoła przetrwać do następnego roku.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)