List Pożegnalny
- Автор: Zajdel Janusz Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «List Pożegnalny». Краткое содержание книги:
Аннотация
Zbiór zawiera 18 opowiadań o następujących tytułach:Ekstrapolowany koniec świata;
Druga strona lustra;
Towarzysz podróży;
Źle o nieobecnych;
Satelita;
Kolejność umierania;
Śmierć Karola;
List pożegnalny;
Inspekcja;
Pigułka bezpieczeństwa;
Błąd pilota;
Śmieszna sprawa;
Adaptacja;
Pełnia bytu;
Wyższe racje;
Utopia;
Chrzest bojowy;
Wyjątkowo trudny teren.
A ponadto:
Janusz Zajdel o sobie (napisane w kwietniu 1981 r., czyli 4 lata przed śmiercią);
fragmenty Drugiego spojrzenia na planetę Ksi;
kilka konspektów powieści napisanych i nienapisanych;
wspomnienie M. Parowskiego o Januszu oraz bibliografię twórczości J. Zajdla.
„Jack odsunął zasłonę i szeroko otworzył okno. Miły zapach 'kwitnących lip wypełnił pokój wraz z promieniami słońca. Po błękitnym niebie snuły się małe, śnieżnobiałe obłoczki. Skowronki świergotały wysoko w górze, roje pszczół obsiadły kwitnące drzewa, pod którymi bawiły się dzieci. Rudy chłopiec szarpał za ogon wielkiego psa…"
Redaktor przerwał i spojrzał na Toma.
– Ten pies nie przejdzie – powiedział ponuro.
– Dlaczego?
– To jasne, mamy dobre stosunki z Syriuszem, a Syriusz leży w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa… Więc z tym szarpaniem za ogon…
– Masz rację – uśmiechnął się Tom. – Trzeba to zmienić.
– To i tak nic nie pomoże. Całe twoje opowiadanie to czysta utopia. Brak ci poczucia realizmu.
– Kiedyś… ten rodzaj literatury był bardzo popularny.
– Wiem, wiem. Platon, Moore i tak dalej…
– Właśnie! – przytaknął Tom, choć nie znał facetów.
– Ale nawet w fantazjowaniu obowiązuje pewne minimum reguł elementarnej logiki – ciągnął redaktor. – No i oczywiście przede wszystkim nie można nikogo urazić.
– Skreślę o tym psie!
– Pies z nim… To znaczy, chciałem powiedzieć, nie o psa tu chodzi. Twoja utopia jest niespójna logicznie.
– To bardzo odległa przyszłość.
– No dobrze, powiedzmy, że przyszłe pokolenia poradzą sobie z terroryzmem, z moralnym rozpasaniem, z niepokojami społecznymi, środowiskiem, urbanizacją, komunikacją… Zgoda. Ale… w nakreślonym przez ciebie obrazie świata… brak mi pewnych elementów…
– Trudno, abym w jednej nowelce przedstawił pełny obraz. To tylko migawka, fragment tego nowego, lepszego świata – bronił się Tom.
– Hm… Ale skoro już nasze pokolenie nawiązało tak liczne kontakty międzyplanetarne… Jeśli tak wielu gości z innych układów gwiezdnych przybywa do nas teraz, pomimo naszych bieżących kłopotów… Czy nie sądzisz, że idealny świat, który sobie wyobraziłeś, będą… jeszcze liczniej odwiedzać? A w twoim opowiadaniu nie widać ani jednego z nich. W opisanym przez ciebie krajobrazie nie ma Procjan, Syrian, Aldebarańczyków…
– Chciałem przedstawić świat, który wyzbył się wszystkich kłopotów, ale jeśli sądzisz, że…
– Sądzę, sądzę – uśmiechnął się redaktor przesuwając maszynopis w stronę autora. – Tradycyjna ziemska gościnność nigdy nie pozwoliłaby nam wyprosić gości. Nie może ich nie być w przyszłym świecie, bo mógłby ktoś pomyśleć, że zamierzamy ich wygonić, albo zrobić coś jeszcze gorszego.
– Szczerze mówiąc, nie próbowałem sobie wyobrazić szczegółowo, w jaki sposób można by osiągnąć tę utopię… A co do przybyszów… – zawahał się Tom. – Czy nie sądzisz, że z czasem mogliby… sami odlecieć?
– Z takiego idealnego świata jak ten twój? – roześmiał się szczerze redaktor. – Fantasta, psia… hm… tego.
CHRZEST BOJOWY
Pojazd zwolnił i podjechał do krawężnika, lecz nie zatrzymał się, wyskakiwali więc w biegu, kolejno, przez tylny właz. Cuddy odruchowo liczył sylwetki nurkujące w prostokąt włazu. Zeskoczył ostatni, potykając się na powybijanej kostce bruku. Stopy w miękkim obuwiu boleśnie odczuły zetknięcie z kamieniem. Na poligonie ćwiczyli w pełnym stroju bojowym, w mocnych butach o twardej podeszwie…
Pojazd trzasnął klapą włazu, przyspieszył ostro, spaliny otoczyły Cuddy'ego burym obłokiem, poprzez cienką dzianinę owiały gorącem jego plecy. Zawierciło w nozdrzach duszącym smrodem, zaszczypało pod powiekami.
Łzawymi oczyma poszukał towarzyszy. Biegli truchtem w równych odstępach, widział ich jako ruchome plamy przesuwające się na tle innych, nieruchomych plam, wielobarwnych, o dziwacznych kształtach widniejących na spękanym tynku starych budynków. Przetarł palcami oczy, obraz wyostrzył się, tamci znikali właśnie kolejno w czeluści półotwartej bramy. Od ostatniego dzieliło go nie więcej niż dwadzieścia kroków. Obejrzał się. Pojazd z hałasem skręcił za narożny budynek, uliczka znów była pusta i cicha. Spróbował podbiec w stronę bramy, lecz stopa, skręcona podczas zeskoku, bolała przy każdym stąpnięciu.
Przez kilka sekund pozostawał w odludnym zaułku, po raz pierwszy sam na sam z wrogim światem, czując się jakby nagi i bosy – bez normalnych osłon, bez broni… Ta krótka chwila – zanim dopadł cienia bramy – dała mu przedsmak czekającej go próby. Utykając przemierzył ciemny kwadrat podwórka, sień przeciwległej oficyny, kilka szczerbatych schodków, uchylone drzwi…
Wnętrze mieszkania wypełniał swojski zapach, dobrze znany z ośrodka treningowego, zmieszany z innym jeszcze, obcym, lecz przywodzącym skojarzenie z czymś dawno zapomnianym. Odetchnął głęboko, poczuł się znów pewnie i bezpiecznie. Towarzysze otaczali kołem stół, na którym leżał barwny plan miasta oświetlony nisko opuszczoną sufitową lampą.
– Wszyscy? – upewnił się trener. – No to zaczynamy. Jesteśmy tu, w tym miejscu!
Wieniec głów osadzonych na mocnych, barczystych korpusach pochylił się nad stołem, wszystkie oczy odnalazły punkt wskazany pałeczką. Od czarnego trójkąta wrysowanego w blok zabudowań rozpoczynało się sześć różnobarwnych linii kluczących ulicami i zbiegających się w punkcie oznaczonym czerwonym kółkiem.
– Ostatnia okazja, by sobie przypomnieć trasę. Startujecie w minutowych odstępach. Żadnych biegów! Spokój i opanowanie. Czas będzie dokładnie mierzony. Zmiana trasy – tylko w wyjątkowych sytuacjach. Macie trochę szczęścia, o tej porze najłatwiej przejść. Kieszenie puste?
Odmruknęli niecierpliwie, kiwając głowami.
– Przypominam – ciągnął trener – że to już nie żaden zasrany poligon, tylko zadanie testowe w warunkach operacyjnych. Nie podaję granic stref ani położenia naszych punktów obserwacji, bo nie musicie ich znać. Macie osiągnąć cel nie wchodząc w kolizję z nikim – ani z ludźmi, ani z Nimi. Zresztą Oni mogą być wszędzie i sam diabeł ich nie odróżni, dopóki się nie skroplą. Ćwiczenie ma na celu rozpoznanie sytuacji bieżącej, a także oswojenie was z terenem i przełamanie strachu… Tak, tak! Strachu! Wiem, że się boicie tego pierwszego kontaktu, to normalne. Chodzi o to, by wasz strach przerodził się w zdrową nienawiść. Dlatego musicie otrzeć się o Nich, przeniknąć między Nimi bez drgnienia powiek, bez napinania mięśni. Ten, kto przejdzie i dotrze do celu, nie będzie trząsł tyłkiem podczas akcji. A nie każdemu się udaje! Jedynka, start!
Pierwszy z grupy wyprostował się, rzucił spojrzenie na pozostałych i bez słowa zniknął za drzwiami.
Trener zgasił lampę i odsłonił okno. Wychodziło na spory placyk pogrążony w gęstniejącym mroku. W pobliżu środka placu, pośród krzewów okalających mały skwer można było dostrzec jakiś ruch w ciemnościach. Od brzegów placu ku jego środkowi przemykały, pojedynczo lub po kilka na raz, cienie ludzkich sylwetek zdążające promieniście ku centralnej, ciemniejszej od cienia, rozległej pulsującej plamie. Niektóre krążyły wokół niej, jakby wahając się czy opierając sile zmuszającej je do zbliżenia, lecz w końcu wszystkie znikały, jak wessane, w ową plamę na środku, ruchliwą, rozdymającą się, żywą…
– Jądro kondensacji – powiedział trener patrząc przez okno na plac. – Ale to jeszcze nic groźnego.
Patrzyli, stojąc nieruchomo wzdłuż parapetu okna. Cuddy poczuł znowu – już po raz drugi w tym dniu – dreszcz chłodnego niepokoju. Tam, za szybą, w odległości kilkudziesięciu metrów kłębiło się Nieznane: tajemnicze zjawisko, rodem nie wiadomo skąd, wroga siła bezcieleśnie zstępująca na tę nieszczęsną planetę, by w wyjątkowo perfidny sposób brać we władanie ciała jej prawowitych mieszkańców.
– Dwójka! – zakomenderował trener.