List Pożegnalny
- Автор: Zajdel Janusz Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «List Pożegnalny». Краткое содержание книги:
Аннотация
Zbiór zawiera 18 opowiadań o następujących tytułach:Ekstrapolowany koniec świata;
Druga strona lustra;
Towarzysz podróży;
Źle o nieobecnych;
Satelita;
Kolejność umierania;
Śmierć Karola;
List pożegnalny;
Inspekcja;
Pigułka bezpieczeństwa;
Błąd pilota;
Śmieszna sprawa;
Adaptacja;
Pełnia bytu;
Wyższe racje;
Utopia;
Chrzest bojowy;
Wyjątkowo trudny teren.
A ponadto:
Janusz Zajdel o sobie (napisane w kwietniu 1981 r., czyli 4 lata przed śmiercią);
fragmenty Drugiego spojrzenia na planetę Ksi;
kilka konspektów powieści napisanych i nienapisanych;
wspomnienie M. Parowskiego o Januszu oraz bibliografię twórczości J. Zajdla.
Należy zatem, we własnym interesie, cierpliwie powstrzymać się jeszcze przez kilka dni przed opuszczaniem baraku adaptacyjnego. Specjalnie spreparowane pożywienie, uwzględniające potrzeby naszych organizmów i zawierające coraz to większą domieszkę miejscowych produktów spożywczych, będzie nam dostarczane przez specjalny rurociąg wprost do stołówki.
Uzyskana swoboda poruszania się znaczyła niewiele wobec naszych oczekiwań, lecz w porównaniu ze stanem poprzednim to już było coś… Toni wprawdzie znowu klął i wyrzekał, porównując rzeczywistość z treścią prospektów, które nas tu zwabiły, ale większość współtowarzyszy uważała, że nie jest jeszcze najgorzej i że wszystko wymaga czasu, nim się unormuje. Rozumieliśmy trudności, jakie muszą towarzyszyć pionierskim przedsięwzięciom, a jak dotychczas nie było wyraźnych powodów, by wątpić w dobre intencje kierownictwa lub posądzać je o opieszałość czy zaniedbania w kwestii naszych interesów.
Toni uważał jednakże, iż z tym pionierstwem to spora przesada: przed nami przybyło tu wiele podobnych transportów i cały proces adaptacyjno-osiedleńczy powinien przebiegać z dawna utartym, naukowo opracowanym i praktycznie wypróbowanym torem. Być może miał rację, lecz któż wie, czy nie tak właśnie, jak my, zaczynali tu wszyscy przed nami? Może przejście przez uciążliwe fazy początkowe miało dodać nam hartu do dalszej działalności?
Okna były nadal zasłonięte, co wobec wyjaśnień dotyczących różnicy długości prawdziwej doby i naszej „sztucznej", wewnętrznej, teraz już nas nie dziwiło. Jedzenie dało się polubić, do niskiej temperatury też przywykliśmy, zażywając nieco więcej ruchu w przestronnym korytarzu.
Wieczny malkonent Toni z właściwym sobie sarkazmem zauważył wkrótce, iż racje żywnościowe maleją z dnia na dzień. Wysunął stąd złośliwą konkluzję, iż kierownictwo zamierza nas, w ramach adaptacji do miejscowych warunków, przyzwyczaić do mniejszego zapotrzebowania na żarcie. Uświadomiłem mu wszakże, iż jest idiotą: przecież wraz ze skracaniem doby maleją też przerwy między posiłkami, a zatem i racje żywnościowe powinny proporcjonalnie maleć. Toni nie przyjął mojej argumentacji twierdząc, iż porcje żarcia maleją znacznie szybciej niż doba, ale było to gołosłowne pomówienie, nie dające się w dodatku udowodnić z powodu kompletnego braku zegarków.
Zegarki, razem z innymi prywatnymi rzeczami, były w naszych osobistych bagażach, których do tej pory nam nie oddano. Kierownik obiecał solennie, że dostaniemy wszystko przed otwarciem baraku, lecz w terminie, kiedy miało to nastąpić, nie otwarto wrót wyjściowych, a jedynie obiecano odsłonić okna. Wyjaśniono przy tym, że opóźnienie naszego wyjścia z zamknięcia wynika z obiektywnych trudności technicznych, na jakie napotyka ekipa kierownicza. O charakterze tych trudności nie powiedziano ani słowa, a my nie mogliśmy nawet o nie spytać, ponieważ w baraku – tak przynajmniej sądziliśmy wówczas – nie było żadnego środka łączności z kierownictwem poza głośnikami działającymi wszakże tylko w jedną stronę…
Nieco później mieliśmy przekonać się, że nie jest aż tak źle. Kierownictwo doskonale znało nękające nas problemy, nasze potrzeby, pytania i wątpliwości padające w rozmowach między nami. Najczęściej powtarzające się pytania znajdowały odzwierciedlenie w informacjach i pogadankach wygłaszanych przez głośniki. Kazało nam to przypuszczać, że barak wyposażony jest w sieć ukrytych, wyjątkowo czułych mikrofonów, poprzez które kierownictwo troskliwie i nieustannie wsłuchuje się w nasze głosy. Nie udawało nam się wprawdzie zlokalizować tych mikrofonów, ale pośrednim potwierdzeniem ich istnienia były pojedyncze przypadki znikania niektórych spośród nas, zmęczonych psychicznie przedłużającą się prowizorką, zbyt głośno i nerwowo wyrażających swoje zniecierpliwienie.
Głośniki wyjaśniały potem, iż ten czy ów został przeniesiony na specjalny oddział adaptacyjny, ponieważ wykryto u niego nieprawidłowości w działaniu systemu nerwowego.
Toni – jak to zwykle on – utrzymywał, że oprócz mikrofonów w każdym pomieszczeniu baraku znajdują się także ukryte kamery wizyjne, lecz nie potrafił wskazać bezpośrednich dowodów na prawdziwość tych insynuacji.
Okna odsłonięte wreszcie w trzecim tygodniu naszego pobytu w baraku. Wobec powszechnego zainteresowania widokiem nowego dla nas świata – którego notabene niewiele było widać przez wąskie i mocno przybrudzone szyby – bez większego zainteresowania przeszła informacja o zmianach w kierownictwie naszej grupy. Nowy, nieznany głos oznajmił nam, że ekipa szefów przybyłych z naszym transportem została usunięta ze stanowisk z powodu opieszałości i nieudolności w działaniu. Z ich to winy – jak powiedziano – nastąpiła nieuzasadniona zwłoka w realizacji harmonogramu naszej adaptacji i przejścia do kolejnego etapu procesu osiedleńczego. Nowe kierownictwo – jak zapewniono – wywodzi się z ludzi doświadczonych, z dawna tutaj osiadłych i doskonale znających miejscowe warunki. Będzie ono w stanie szybko nadrobić powstałe opóźnienia i stworzyć pełnię warunków dla realizacji zamierzonych celów.
Komunikat nie precyzował wprawdzie jasno owych celów ani też terminów ich realizacji, apelując jedynie o zaufanie dla nowych szefów i odrobinę cierpliwości. My jednak doskonale znaliśmy te cele i zamierzenia z prospektów i materiałów szkoleniowych. Wiedzieliśmy, że za cenę trudnej i wytrwałej pracy mamy osiągnąć tu przyzwoite i dostatnie warunki bytowania, o które tak trudno było tam, skąd przybyliśmy.
PEŁNIA BYTU
Widzę cię przez szkło, wlazłaś tam i siedzisz, jeszcze spokojna. Na razie. Dobrze ci tam w tym,, to widać. Nigdzie i nigdy nie było tak dobrze. Mogłaś w ogóle tam nie trafić, ale gdy już jesteś w środku, możesz tak siedzieć, dowolnie długo, choćby przez całe życie, tkwić wśród nieprzeżartego ogromu życia, trafiło ci się, ty…
Gdybyś była mądra, nie próbowałabyś nigdy się z tego wydostać. Ale gdybyś była jeszcze mądrzejsza – nigdy byś tam nie lazła.
No spróbuj, spróbuj! Tak ci się tylko wydaje – że niby możesz odlecieć, gdy zechcesz, w każdej chwili; że siedzisz tam i żresz tylko dlatego, że taka jest twoja wola.
Nieprawda. Może już i ty wiesz o tym, ale nie dopuszczasz tego do swej świadomości, której zresztą pewnie nie posiadasz.
Nie odlecisz. Nie próbuj nawet. Twoje delikatne, cienkie i dotąd sprawne skrzydełka nie uniosą cię. Nic się nie da zrobić, moja droga, wszystkie trzy pary twoich odnóży nie zdołają się oderwać od lepkiej powierzchni. Szarpiąc się pogarszasz tylko sytuację, złote grzęzawisko pochłonie cię, oblepi całą i wtedy będzie już zupełnie źle.
Ale teraz, stojąc na powierzchni, możesz sobie jeszcze wyobrażać wszystko, co zechcesz: te wspaniałe śmietniki, rozbzykane, te szerokie horyzonty, zwielokrotnione w twoich wspaniałych oczach, pełne letniego słońca. W swoich wyobrażeniach jesteś wciąż swobodną, wolną muchą. Tylko potencjalnie, niestety… A tak naprawdę…
właśnie, widzisz, teraz sama widzisz, jak to jest: twoje precyzyjne przylgi, które pozwalały ci łazić tak zgrabnie po suficie, teraz już na dobre tkwią w tym lepkim, gęstym przysmaku. Na próżno wibrują twoje skrzydełka, choć ich brzęczenie sięga granic ultradźwięków.