Galaktyczny smakosz
- Автор: Уайт Джеймс
- Год: 2006
- Язык: польский
- Переводчик: Radoslaw Kot
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Galaktyczny smakosz». Краткое содержание книги:
— Nic nie jest niemożliwe — warknął Gurronsevas. — Ale w tym przypadku prawie…
— Nie chcę krakać, ale jeśli okaże się, że chodzi o skażenie żywności, twoja kariera stanie pod znakiem zapytania, personelowi zaś ulży, bo będzie już wiedzieć, że chodzi o problem, który nie wymaga złożonego leczenia. Jeśli jednak nie jest to zatrucie i mdłości są wtórnym objawem choroby atakującej układ nerwowy, mamy prawdziwy problem. To by znaczyło, że do Szpitala przeniknął całkiem nieznany patogen, który na dodatek pokonał barierę gatunkową. Nawet laicy wiedzą, że uważa się to za niemożliwe, ale na Cromsagu nauczyłem się, iż niczego nie można z góry wykluczyć.
Gurronsevas też wiedział, o czym mowa. Od pierwszej wyprawy poza rodzinną planetę pamiętał o tym, że nie sposób zarazić się czymkolwiek od przedstawiciela innej rasy. Patogen, który wyewoluował w jednym świecie, nie mógł bytować w istocie pochodzącej z innego ekosystemu. Bardzo ułatwiało to opiekę nad chorymi i chirurgię w wielośrodowiskowym Szpitalu, słyszał wszakże, iż autorytety medyczne Federacji ciągle szukają wyjątku od tej reguły. Nie kojarzył za to, co takiego przydarzyło się Ojczulkowi na Cromsagu, był jednak pewien, że nie jest to dobry moment na podobne pytania.
— W tej chwili najważniejsze jest potwierdzenie albo wykluczenie hipotezy, że chodzi o zatrucie pokarmowe — rzekł znowu Lioren. — Normalne procedury badawcze stosowane w takich przypadkach wymagają czasu i dotąd nie dały pewnych wyników. Laboranci też opiekują się pacjentami albo sami się nimi stali. Niektórzy zaś odrzucają teorię o zatruciu, bo wydaje im się zbyt nieprawdopodobna. Ty jednak będziesz wiedział, czego i gdzie szukać. Żywność to twoja działka.
— Niemniej to niewybaczalny afront — powiedział ze złością dietetyk. — Nigdy nie byłem nawet zamieszany w podobną historię. Moi klienci nigdy się nie pochorowali!
— Ale to może nie być zatrucie — przypomniał mu Lioren. — Musimy się dopiero dowiedzieć.
— Dobrze — odparł Gurronsevas, zaczerpnął głęboko powietrza i spróbował się uspokoić. — Chciałbym, aby wypytano pacjentów o to, co dokładnie i kiedy jedli, czy wyczuli jakiś niezwykły smak albo odmienną konsystencję potrawy i czy odwiedzali inne części Szpitala albo robili coś, co mogłoby ich zetknąć z innym źródłem infekcji niż pożywienie. Następnie trzeba będzie sprawdzić komputer obsługujący podajniki w stołówce i indywidualne dyspensery oraz wywołać menu i listę zrealizowanych przez syntetyzer zamówień z okresu, kiedy zaczęła się epidemia. Chciałbym jak najszybciej dostać te informacje.
— Na początek mogę opisać ci dokładnie zachowanie jednego z pacjentów — powiedział cicho Lioren. — Pamiętaj jednak, że teoria o zatruciu to tylko moje przypuszczenie. Oficjalnie nie ma cię w Szpitalu i jeśli jesteś niewinny, lepiej, abyś się nie ujawniał.
— Jeśli objawy we wszystkich przypadkach były takie same, to wystarczy mi opis jednego pacjenta — rzekł Gurronsevas, nie oczekując kolejnych niby — przeprosin. — Kogo masz na myśli?
— Porucznika Braithwaite’a. Jakieś dwadzieścia minut po powrocie ze stołówki…
— Jedliście razem? — przerwał mu dietetyk. — To istotna informacja. Pamiętasz, co zamówił on, a co ty? Opowiedz wszystko, co pamiętasz z tego posiłku. Ze szczegółami.
Lioren zastanowił się chwilę.
— Ja, chyba na szczęście, wybierałem z tarlańskiego menu. To było jedno danie, shemmutara ze zsiadłym faas. Jak widzisz, raczej nie eksperymentuję przy stole. Nie przyglądałem się talerzowi porucznika, nie widziałem też, jakie kody wybierał, bo widok większości ziemskich potraw jest mi niemiły. Ale obaj wzięliśmy po jednym daniu, bo zaraz po obiedzie byliśmy umówieni z O’Marą. Zauważyłem, że dostał coś z małym, płaskim kawałkiem syntetycznego mięsa, który oni zwą stekiem, i kilkoma okrągłymi, lekko przypieczonymi żółtawymi warzywami. Do tego były dwie zielone kulki, też roślinne, oraz jasnoszare, okrągłe przedmioty, które wyglądały szczególnie nieapetycznie. Na skraju talerza znalazła się odrobina brunatnożółtego, na wpół płynnego materiału, który wyglądał jak osad. A, i jeszcze stek został polany gęstym, brunatnym płynem…
Gurronsevas zastanowił się, co więcej Lioren by dostrzegł, gdyby przyjrzał się uważnie.
— Czy Braithwaite komentował danie podczas jedzenia albo zaraz potem?
— Tak, ale nie powiedział nic niezwykłego. Kilka innych istot, nie z Ziemi, zamówiło to samo i ich komentarze również słyszałem. Niektórzy mają zwyczaj szukać ciekawych smaków w menu innych ras. Od czasu wprowadzenia twoich zmian stało się to nawet powszechniejsze. To naprawdę komplement, w każdym razie był, jeśli…
— Co dokładnie mówił Braithwaite? — przerwał mu dietetyk. — Wszystko.
— Próbuję sobie przypomnieć — rzekł Lioren, machając ręką w sposób, który mógł wyrażać irytację. — Powiedział, że danie było jakieś dziwne, jakby zapiaszczone, co wydało mu się niezwykłe, bo poprzedniego dnia zamawiał to samo i niczego takiego nie zauważył. Dodał, że pewnie to skutek twoich nieustannych eksperymentów z menu, lecz ta propozycja raczej się nie przyjmie. Potem zjadł porcję szybko i w milczeniu, bo nie chciał się spóźnić na spotkanie. Po drodze ze stołówki zaczął narzekać na żołądek, ale uznał to za niestrawność spowodowaną zbyt szybkim jedzeniem. Spotkanie było wkrótce potem, a wzięli w nim udział O’Mara, Braithwaite i Cha Thrat. Dotyczyło profili osobowościowych najnowszej grupy stażystów. Ponieważ nie chodziło o wywiady, ale raczej o sprawy organizacyjne, nie zamknęli drzwi. Słyszałem wszystko, jednak nie wszystko widziałem. Cha Thrat przekaże ci potem resztę szczegółów. — Wydał kilka cichych odgłosów, chrząknął głośno i podjął opowieść: — Przepraszam, wiem, że to nie do śmiechu. Braithwaite zaczął narzekać na narastające nudności, a na życzliwe pytania Cha o samopoczucie odpowiadał coraz napastliwiej, aż zaczął wyzywać majora i Sommaradvankę słowami, które nie uchodzą za uprzejme. Później okazał daleko idącą niesubordynację wobec O’Mary. A następnie zwymiotował mu na biurko. Niemal natychmiast zaczęły się trudności z wymową i koordynacją ruchów. O’Mara kazał przenieść go na oddział obserwacyjny, który zaczął się właśnie zapełniać podobnymi przypadkami. To było czterdzieści trzy godziny temu. Chociaż prawie wszyscy pacjenci wykazują już niemal całkowity zanik symptomów, major spędza możliwie najwięcej czasu z porucznikiem, starając się ustalić, czy jego zachowanie było związane z nowym patogenem, który zaatakował centralny układ nerwowy, którą to teorię faworyzuje starszy personel medyczny, czy może był to skutek uboczny zatrucia pokarmowego, przy czym ja jestem skłonny obstawać. Jeśli się mylę, lepiej, abyś został, gdzie jesteś, czyli poza zasięgiem epidemii. Jeśli mam rację, naczelny psycholog nie będzie miał o tobie dobrego zdania.
Nikt tutaj nie ma o mnie dobrego zdania, pomyślał dietetyk. A jeśli nawet komuś się to zdarzy, to tylko na krótko. Postarał się wszakże opanować kolejny przypływ złości i rozczarowania i skupić się na kulinarnej zagadce, którą tylko on miał szansę rozwiązać.
— Będę potrzebował dostępu do programu syntezy żywności — oświadczył. — Ale spokojnie, uzyskam go stąd, podając mój kod identyfikacyjny.