Ludzie i gwiazdy
- Автор: Булычев Кир, Черна Йожеф
- Год: 1976
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Кшиштоф Малиновский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
Szef propagandy chciał odpowiedzieć, ale uprzedziłem go:
— Ekscelencjo! Niech pan pozwoli, że ja powiem, panowie są w trudniejszej sytuacji. — Bez słowa zmarszczył czoło. — Jestem profesorem Kleberem — zacząłem — wasza ekscelencja nie wie, że uległ wypadkowi samochodowemu i że obrażenia miały taki charakter, iż panowie musieli przywieźć pana tutaj. — Zmieszany podniósł głowę. — Obawiali się i grozili mi, ale wyjaśniłem im, że po pierwsze nie mają innego wyjścia, po drugie poinformowałem ich również o czymś, co mógłbym powiedzieć i panu, ale to byłoby niesmaczne, a pan da wiarę moim słowom też raczej wówczas, gdy usłyszy je nie ode mnie… i wreszcie fakt, że w ogóle doszło do tej rozmowy, świadczy najlepiej, że jednak panowie mogą mi ufać…
Starałem się znacząco patrzeć mu w oczy. Surowo spoglądał na mnie, potem przymknął powieki.
— Zresztą — ciągnąłem — dla mnie to miejsce jest w tym samym stopniu, co dla pana, panie prezydencie, jaskinią lwa.
Zaskoczyło go to, spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, na co poprosiłem „dziką świnię”, żeby otworzył drzwi. Kiedy wódz zobaczył stojącą tam wartę z pistoletem maszynowym, uśmiechnął się i kiwnął głową.
— Dobrze pan odpowiedział, profesorze — potem zaczął nasłuchiwać odgłosów z zewnątrz. — Co to za hałas? — spytał unosząc brwi.
— Na placu Joachima jednostki bezpieczeństwa publicznego robią porządek…
— Przy użyciu dział? — lodowatym wzrokiem wódz spojrzał na swojego zastępcę.
— Trzeba — jęknął tamten.
— Mów! — krzyknął surowo wódz, na co zastępca zatrząsł się. Ale zanim zdążył odpowiedzieć, wielmożny pan spojrzał na mnie i zniechęcony machnął ręką. — Ech, później… ale nie zaniedbaj niczego… — i jednym skinieniem zakończył posłuchanie.
Po wyjściu zastępców zamyślony patrzyłem na prezydenta, który miał ściągnięte brwi i spuszczone oczy, i przyszła mi do głowy ubiegła noc; ja też spuściłem oczy i ściągnąłem brwi.
— Nad czym łamie pan sobie głowę, panie profesorze?
Przestraszyłem się i zderzyłem wzrokiem z prezydentem, który śledził mnie dziwnym, płaskim spojrzeniem, z półuśmieszkiem. — Jest pan ze mnie zadowolony? — i wyciągnął rękę. Uścisnąłem ją i zmieszany szybko wyszedłem…
21 listopada.
Duża poprawa, nie tylko fizyczna, ale i umysłowa. Dziś nie mam już zupełnie uczucia, że oczami wodza patrzy na mnie Felsen. Jest to spojrzenie twarde i zdecydowane. Zaproponowałem, żeby za dwa, trzy dni przeniósł się do pałacu. W pewnej chwili dojrzałem w jego oczach strach, ale później to znikło. Kazał poprosić do siebie zastępcę i zażądał meldunku o sytuacji wojskowej. Ze sprawozdania dowiedział się, że bunt został stłumiony. Następnie wydał rozkaz, aby przygotowano jego powrót do domu, i dopiero wtedy pozwolił odejść przestępującemu z nogi na nogę zastępcy. Gdy ten wyszedł, rzucił mi ostre spojrzenie i spytał:
— W porządku, panie profesorze? — Cóż miałem zrobić, rozłożyłem ręce. W jego głosie zabrzmiała jakaś niesłychanie twarda nuta.
23 listopada.
Dziś rano w silnej eskorcie wojskowej wyruszyliśmy do pałacu. Wódz wydał polecenie, żebym mu towarzyszył, i musiałem w białym fartuchu pojechać kuloodpornym samochodem. U wejścia do apartamentu powitała go „gospodyni”. Przebiegły mnie ciarki, gdy w oczach chorego zauważyłem jakiś wyraz strachu, ale moje obawy były zbyteczne. Skłonił się dostojnie i całując ją w rękę, podziękował za odwiedziny w Instytucie. Dama wydała się jakby zaskoczona, odprowadzający też spojrzeli po sobie. Zanim weszliśmy, oznajmił podejrzliwie patrzącej służbie pałacowej, że towarzyszę mu na jego wyraźne życzenie i moje polecenia, dotyczące jego osoby, mają być traktowane jak rozkaz.
Zostaliśmy sami.
— Panie profesorze — odezwał się wódz — wydaje mi się, że dla nas obu bezpieczniej będzie trzymać się razem, dlatego obstaję przy pana obecności tutaj.
Wzruszyłem ramionami, po pierwsze nie rozumiałem tej części jego uwagi, która dotyczyła mnie, po drugie, cóż mogłem zrobić; zresztą przyszło mi do głowy, że już kiedyś omówiliśmy tę sprawę…
25 listopada.
Prezydent, przy mimowolnej pomocy personelu, szybko zapoznał się z warunkami swego prywatnego życia, a dokładniej mówiąc, poszczególne „zaniki pamięci” mijały w dość szybkim tempie… Wprost wyjątkowe szczęście mieliśmy wczoraj, rozwiązując nieoczekiwanie jeden z najbardziej skomplikowanych problemów. Gdybyśmy zapomnieli 0 tej sprawie, konsekwencje mogłyby być nieobliczalne. Wydarzenia drobne i stosunkowo niedawne prezydent poznał szybko, ostrożnie indagując swoich rozmówców, ale nieznajomość ważnych faktów z przeszłości mogła spowodować katastrofę…
Sytuacja zaczęła być niebezpieczna, gdy przyszło mi na myśl, że wódz z pewnością prowadził coś w rodzaju dziennika, którego — tak jak starszych dokumentów i najtajniejszych notatek — nie trzymał zapewne w urzędowym archiwum. Musiał to mieć gdzieś w pobliżu. W jego sypialni stosunkowo łatwo znaleźliśmy ukrytą szafę pancerną. Oczywiście nie daliśmy sobie rady z kombinacją zamka 1 staliśmy bezradnie. Przeraziłem się, kiedy zgrzytając zębami ze złości, wódz ryknął na mnie, bym milczał, gdy drocząc się z nim żartobliwie zauważyłem, że jego ekscelencja przynajmniej tego mógł był nie zapomnieć. Tym razem nie mrugnęliśmy do siebie… Oczywiście nie stałoby się nic złego, gdyby prezydent kazał rozbić prywatny sejf i zainstalować nowy, ale staraliśmy się unikać wszelkich przypadkowych nieprzyjemności.
Wtedy wpadł mi do głowy dobry pomysł. W mundurze wodza, w którym przywieziono go do Instytutu, znaleźliśmy ukrytą kieszeń, a w niej mały notes. Szperaliśmy podnieceni, ale bez rezultatu, wreszcie zauważyliśmy, że papier na tylnej okładce, w miejscu sklejenia, nieco odstaje. Udało nam się ostrożnie oddzielić zewnętrzną warstwę, która rzeczywiście przyklejona była tylko brzegami. W środku, wśród rozmaitych cyfr znaleźliśmy literową kombinację. Natychmiast spróbowaliśmy otworzyć szafę pancerną, ale ku naszemu największemu zaskoczeniu — bez powodzenia. Bez słowa patrzyliśmy na siebie i nagle ja, jakby mnie wąż ukąsił, podskoczyłem. Wziąłem z ręki prezydenta książeczkę i szeregując litery od tyłu — otworzyłem sejf… nie był to chwyt zbyt przemyślny…
— Panie profesorze, jest pan największym człowiekiem na świecie — mówił z zapałem wódz, jakbym właśnie w tej chwili dokonał czegoś najwspanialszego w swoim życiu. Już miałem na ustach ironiczne podziękowanie za uznanie, jakie mi wyraził, ale powstrzymałem się, bo po pierwsze widziałem jego szczery zapał, po drugie sam cieszyłem się z sukcesu.
Rzeczywiście znaleźliśmy wyjaśnienie wielu spraw, nigdy nie udostępnionych zewnętrznemu światu. Poznaliśmy między innymi prawdziwe nazwisko wodza i pochodzenie jego rodziny… jak również to, że „gospodyni” była przedtem naprawdę krewną i faworytą „dzikiej świni” i w dość dramatycznych okolicznościach, nie bez użycia przemocy, trafiła do „inwentarza” wodza…
30 listopada.
W ciągu ostatnich pięciu dni przeżyłem tyle zapierających dech wydarzeń, że nagle sprawia mi kłopot zachowanie porządku chronologicznego. Mylą mi się dni. W każdym razie podziwiam prezydenta, który wykazał nadzwyczajną łatwość przystosowania się, można powiedzieć — zdumiewające tempo asymilacji. Nie był to już ten sam człowiek, który miotał się niedawno w rozpaczy, w okolicznościach — muszę przyznać — niesamowitych. Zaskakująca była dla mnie naturalność, z jaką wczuwał się natychmiast w chwilowe sytuacje.