Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Ludzie i gwiazdy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie i gwiazdy

Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:

Niniejsze słowa dotyczą zbioru opowiadań fantastycznych z lat 70. ubiegłego wieku, których lekturę, z całą stanowczością i determinacją — można polecić każdemu miłośnikowi fantastyki i cokolwiek niebanalnych rozważań na temat konstrukcji wielkiego wszechświata.
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 101
Перейти на страницу:

Usiadłem na jego łóżku i zacząłem mówić:

— A więc czego chcesz? Jesteś prezydentem, wszechmocnym panem całego kraju. Zachowaj się więc tak, jak należy w twojej sytuacji. — Patrzył na mnie sztywno, nie ruszał się. Wstałem i skłoniłem się. — Jak się pan czuje, ekscelencjo? Wydałem zezwolenie, żeby jutro odwiedziło pana dwóch członków rady państwa. Zgadza się pan? — i mrugnąłem do niego.

Przeciągnął się.

— Jeżeli pan, profesorze… przepraszam… jeżeli pan, o którym nawet nie wiem, kim jest, ale widzę, że kimś z tutejszego kierownictwa, uważa to za słuszne, nie mam nic przeciwko temu — odpowiedział i też mrugnął do mnie.

Kamień spadł mi z serca; co czułem, o tym nie chcę, a nawet może nie potrafiłbym pisać, bo wszystko inne wyparła na wpół triumfująca, na wpół smutna pewność, że operacja udała się…

— Habemus Papam — powiedziałem i uściskaliśmy się. Czułem lekki wstręt do jego zapachu, o mało nie palnąłem, że będzie miał czas się wyperfumować, ale w porę się powstrzymałem bo, jak się zresztą okazało, jemu ten zapach już tak nie przeszkadzał… Po raz pierwszy od wielu dni przespałem bez przerwy całą noc, chociaż strach wił się we mnie jak glista…

18 listopada.

Rano poddano prezydenta toalecie, ogolono go. Właśnie dopiero wtedy zobaczyłem, jaki z niego postawny mężczyzna. Potem odbyliśmy we dwóch „naradę wojenną”. Pouczałem go, jak ma się zachowywać. Wieczorem zaczął już całkiem dobrze, tylko tak dalej. Podczas swoich badań w pałacu przekonałem się, że wódz jest w gruncie rzeczy facetem prostym, ale gwałtownym i bezwzględnym. Niech nie będzie więc przesadnie subtelny i uprzejmy. Nie szkodzi, jeżeli nie będzie wielu rzeczy pamiętał, nie musi nawet poznawać członków najbliższego otoczenia. Może spokojnie spytać kogokolwiek, kim jest, co robi i tak dalej i po uzyskaniu odpowiedzi naturalnym głosem może powiedzieć, że tak, tak, oczywiście. Ja później wyjaśnię, że po takim wypadku zanik pamięci jest zjawiskiem normalnym, które zresztą szybko ustępuje. O jednym tylko nigdy nie wolno mu zapomnieć: o tym mianowicie, że jest wszechmocnym dyktatorem. Jeżeli popełni ten błąd, to otaczające go stado wilków zwęszy w tym brak pewności siebie i nie dam wtedy za jego życie złamanego grosza; jeżeli poczują zelżenie ucisku żelaznej pięści, rozdepczą go jak muchę! Zresztą, wbrew początkowym sprzeciwom, wymusiłem na jego ekipie, że po leczeniu szpitalnym odprowadzę go i pozostanę w rezydencji w jego bezpośredniej bliskości aż do pełnego wyzdrowienia…

Potem kazaliśmy poprosić delegację.

Tymczasem zdarzyło się jednak coś, co omal nie pokrzyżowało mi szyków i spowodowało niemałe zdenerwowanie. Na parę minut przed delegacją przybyła „gospodyni”, a ponieważ wiedziała o pozwoleniu udzielonym wysłannikom, wydawało jej się, że jako osoby najbliższej, jej tym bardziej dotyczy i na tej podstawie nie prosiła, lecz wręcz żądała. Jej piękne oczy silnie błyszczały, nie mieliśmy prawa odtrącać jej żądania. Felsen znał ją również, wiele razy był z nią w towarzystwie i dobrze, że tak się stało, bo w tym wypadku najmniejsza oznaka nierozpoznania mogłaby oznaczać tragedię…

Dama weszła i usiadła obok chorego. Zdenerwowana dopytywała się o stan zdrowia jego ekscelencji. Ledwie jednak powiedziała coś niecoś, dyktator pobladł i z rozpaczą skinął na mnie.

— Niech pani wybaczy — powiedziałem — w obecnym stanie każda większa emocja wciąż jeszcze bardzo męczy jego ekscelencję… Proszę, to nie jest stosowna chwila na odwiedziny… — Pomogłem jej wstać i na dobrą sprawę wypchnąłem ją za drzwi.

Przerażeni spojrzeliśmy na siebie.

— Boże — jęknął.

— Jej zapach? — spytałem, ale zaraz uznałem to pytanie za bezpodstawne, ponieważ dama zostawiła po sobie taki obłok perfum, przeciwko którym żaden, nawet najbardziej wrażliwy nos nie mógłby protestować…

— Nie, nie… nagle pomyślałem o tym, że trzeba z nią… że rola prezydenta również u niej… niech pan wybaczy, profesorze… — mówił zmieszany.

Jego złe samopoczucie ustąpiło tak samo nagle, jak się pojawiło, mnie jednak rozbolała głowa… Niepokoiło mnie, co jeszcze z tego wyniknie, ale wreszcie wzruszyłem ramionami. W końcu jest to najbardziej osobista sprawa prezydenta, a „gospodyni” nie będzie w historii pierwszą odsuniętą metresą! Możliwe, że dzięki temu dyktator uwolni się również od „dzikiej świni”… Złapałem się na tym, że może za wcześnie łamię sobie głowę nad najbardziej wewnętrznymi problemami „polityki wewnętrznej” naszej ojczyzny… Z tym, jak sądzę, możemy poczekać.

Odwiedziny dwuosobowej delegacji przebiegły bez żadnych zakłóceń. Dyktator przyjął ich z wyższością właściwą prawdziwemu wodzowi i zgodził się moją sugestią, by zjawili się jutro u niego zastępca wodza i „wąż propagandy”. Po wyjściu delegacji ceremonialnie podaliśmy sobie ręce, ja oczywiście z należną uniżonością… Przyznaję natomiast, że denerwuje mnie jutrzejsza audiencja; czuję, że to będzie prawdziwa próba generalna. Znów omówiliśmy obszernie, jak należy się zachowywać. Pewność siebie wodza wzrosła, musiałem mu nawet przypomnieć, by był ostrożny, żeby przez zarozumiałość nie zrobił jakiegoś błędu, którego potem nie da się naprawić. Widziałem jednak, że nie wziął sobie tego zbytnio do serca… zaczął nabierać wprawy…

19 listopada.

Za wcześnie pochwaliłem wieczór… W parę minut po północy tak się zdenerwowałem, że nie zapomnę tego, póki żyję. Wyrwał mnie ze snu dźwięk, od którego serce mi zamarło. Przerażony usiadłem i w półmroku zobaczyłem, że… prezydent… teraz nie wiem już, jak mam go nazywać… leży na ziemi, krzycząc rzuca się w drgawkach. Prędko wygramoliłem się i próbowałem go podnieść. Udało się to o tyle, że oparłem go o wezgłowie łóżka. Mówiłem do niego, biłem po twarzy, ale tylko patrzył na mnie szklanym wzrokiem i rzężąc bełkotał coś. Wreszcie zrozumiałem, co bełkocze.

— Nie chcę… nie wytrzymam, niech mi pan pomoże, profesorze! — powtarzał. Dopóty nim potrząsałem, dopóki z wielkim trudem nie przyszedł do siebie. Pomogłem mu położyć się do łóżka, wówczas wybuchnął płaczem. — Niech mi pan pomoże, profesorze! — jęczał.

— Czy śniło się panu coś złego? — spytałem, ale nie odpowiedział, tylko kręcił głową w prawo i w lewo.

Upłynęło dobre pół godziny, zanim uspokoił się na tyle, by słuchać tego, co mówię, wreszcie kiwając głową usnął. Ja usnąłem z jeszcze większym trudem i nawet teraz, gdy o tym myślę, pot występuje mi na czoło.

Na szczęście rano nie znalazłem w nim śladu nocnego ataku. W umówionym czasie zjawili się dwaj zastępcy wodza. Ich powitanie mój chory przyjął z majestatyczną powagą. Postaram się możliwie dokładnie odtworzyć przebieg rozmowy:

— Najpierw powiedzcie, panowie — zaczął, ale widząc konsternację na ich twarzach, po chwili przerwy zaczął na nowo: — Powiedzcie, gdzie jestem?

Zdumieni popatrzyli na mnie.

„Wąż propagandy” warknął:

— Pan prezydent nie wie, gdzie jest? Pan mu się nie przedstawił?

— W tym stanie pan prezydent nie interesował się mną zbytnio, więc raczej milczałem. Co więcej, teraz też nie jestem pewien, czy należy to wyjaśniać, niech się panowie sami o tym przekonają.

— Dlaczego, a więc gdzie jestem? — mruknął dyktator.

— W… Instytucie Klebera — odpowiedział z pewnym ociąganiem wódz — ideolog.

Dyktator pochylony wpatrywał się w obydwu mężów stanu.

— Dlaczego, w jaki sposób trafiłem do tej jaskini lwa, kto mnie tu przywiózł?! — krzyknął groźniej — I kto to jest ten… — morderczym wzrokiem spojrzał na mnie.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)