Ostatni kontynent [The Last Continent - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7469-178-6
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ostatni kontynent [The Last Continent - pl]». Краткое содержание книги:
Wyobraźcie sobie magiczną krainę, gdzie deszcz jest tylko mitem, gdzie to, co zwykłe, jest niezwykłe, a przeszłość i teraźniejszość biegną ramię w ramię.
Przeżyjcie grozę spotkania z Szalonym Krasnoludem, Wojownikiem Szos, Śmiercią, jednym czy drugim Stwórcą i przerażającym Pasztecikowym Pływakiem…
Wczujcie się w tę pasję, kiedy mieszkańcy Ostatniego Kontynentu odkrywają, co się dzieje, kiedy pada deszcz, a rzeki wypełniają się wodą (na przykład trzeba odwołać regaty)…
W odpowiedzi na pierwszy blask przedświtu zielony pęd przebił się przez warstwę leśnego śmiecia, rozwinął w dwa liście i rósł dalej.
Niżej, w żyznym kompoście opadłych liści, białe korzonki wiły się jak robaki. Chwila nie była odpowiednia na półśrodki. Gdzieś głęboko badawczy korzeń palowy znalazł wodę.
Po kilku minutach krzewy wokół dużej już, poruszającej się rośliny zaczęły więdnąć.
Główny pęd puścił się naprzód, w stronę morza. Wąsy za sunącą łodygą owijały się wokół gałęzi. Większe drzewa były wykorzystywane jako podpory, krzaki wyrywane i odrzucane na bok, a korzeń palowy wypuszczał odnogę, by zająć właśnie opuszczoną dziurę.
Bóg nie miał czasu na wyrafinowanie. Instrukcje rośliny zostały złożone z fragmentów i urywków leżących dookoła — rzeczy, o których wiedział, że będą działały.
Pierwszy pęd przekroczył wreszcie plażę i dotarł do morza. Korzenie wbiły się w piasek, liście się rozwinęły i roślina wypuściła jeden samotny kwiat żeński. Mniejsze męskie otwierały się już wzdłuż łodygi.
Bóg nie zaprogramował tego elementu. Cały kłopot z ewolucją, powtarzał sobie, to ten, że nie chce słuchać poleceń. Materia czasami sama próbuje myśleć.
Cienki chwytny wąs zwinął się na moment, po czym wystrzelił i jak na lasso pochwycił przelatującą ćmę. Wygiął się z powrotem, zanurzył przerażonego owada po pas w pyłku męskiego kwiatu, potem smagnął błyskawicznie i wbił ćmę między zapraszające płatki kwiatu żeńskiego.
Po kilku sekundach kwiat opadł, a małe zielone zgrubienie poniżej zaczęło puchnąć — właśnie w chwili, kiedy świt zaróżowił horyzont. Argp nauticae uniquo gotów był, by wydać swój pierwszy i jedyny owoc.
Na pustkowiu stał wielki wiatrak obracający się ze zgrzytem na szczycie metalowej wieży. Tablica przymocowana do wieży głosiła: „Czyżeśpiwoszynióskol. Sprawdź broń”.
— Tak, nadal mam całą swoją. Nie ma zmartwienia — stwierdził Mad i popędził konie.
Przejechali po drewnianym moście, choć Rincewind nie mógł zrozumieć, po co ktoś się męczył z jego budową. Wydawało się, że wykonano strasznie dużo roboty tylko po to, żeby przejechać nad pasmem suchego piasku.
— Piasku? — zdziwił się Mad. — To Rzeka Ospała. Ot co!
I rzeczywiście, minęła ich niewielka łódź. Holował ją wielbłąd i osiągała całkiem niezłą prędkość na czterech kołach.
— Łódź — powiedział Rincewind.
— Nigdy nie widziałeś łodzi?
— Nie takie na pedały — odparł Rincewind, kiedy małe kanoe ich minęło.
— Postawiliby żagiel, gdyby wiatr był sprzyjający.
— Ale… wiem, że pytanie może ci się wydać dziwne… dlaczego miała kształt łodzi?
— To kształt, jaki mają łodzie.
— Aha, no tak. Wiedziałem, że jest jakiś rozsądny powód, jak ten właśnie. Skąd się tu wzięły wielbłądy?
— Trzymały się drewna unoszonego przez fale. Tak mówią. Dalej, na wybrzeżu, prądy wyrzucają na brzeg różne rzeczy.
W polu widzenia pojawiło się Czyżeśpiwoszynióskol. Dobrze, że wcześniej umieszczono tablicę, gdyż mogliby przez nie przejechać, niczego nie zauważając. Architektura należała do tych, które profesjonaliści nazywają „regionalną”, a zatem dopasowaną do okolicy, co okazało się całkiem odpowiednią nazwą, zważywszy, że okolicą była pustynia. Ale w końcu, pomyślał Rincewind, jest tu gorąco jak w piekle i nigdy nie pada. Zatem dom potrzebny jest tylko po to, żeby zaznaczyć jakieś rozgraniczenie między wnętrzem i zewnętrzem.
— Mówiłeś, że to spore miasteczko — powiedział.
— Ma całą ulicę. I bar.
— Ach, to jest ulica, tak? A ten stos drewna to bar?
— Spodoba ci się. Prowadzi go Krokodyl.
— Dlaczego nazywają go Krokodylem?
Noc spędzona na piasku nie przyczyniła się do wypoczynku grona profesorskiego. A nadrektor nie przyczynił się jeszcze bardziej. Należał do rannych ptaszków, ale był też — bardzo niesprawiedliwie — nocnym markiem. Czasami przechodził od jednego stanu do drugiego bez zasypiania pomiędzy.
— Budźcie się, panowie! Są chętni na raźną przebieżkę dookoła wyspy? Na zwycięzcę czeka niewielka nagroda. Co wy na to?
— O bogowie! — jęknął dziekan, przewracając się na drugi bok. — On robi pompki!
— Absolutnie nie chciałbym sprawić wrażenia, że sugeruję powrót do starych złych czasów — odezwał się kierownik studiów nieokreślonych, próbując wygrzebać sobie piasek z ucha. — Ale bywało, że zabijaliśmy takich magów jak on.
— Tak, lecz bywało też, że zabijaliśmy takich magów jak my, kierowniku — zauważył dziekan.
— Pamiętacie, co wtedy mówiliśmy? — wtrącił pierwszy prymus. — „Nigdy nie ufaj magowi po sześćdziesiątcepiątce”? Co właściwie się zmieniło?
— My sami skończyliśmy po sześćdziesiąt pięć lat, prymusie.
— A, no tak. I okazało się, że jednak jesteśmy godni zaufania.
— Dobrze, żeśmy to w porę odkryli.
— Tam jakiś krab wspina się na drzewo — oznajmił wykładowca run współczesnych. Leżał na wznak i patrzył w górę. — Prawdziwy krab.
— Owszem — zgodził się pierwszy prymus. — Kraby nadrzewne, tak się nazywają.
— Dlaczego?
— Jak byłem mały, miałem książkę — powiedział kierownik studiów nieokreślonych. — O człowieku, co mu się statek rozbił, a morze wyrzuciło go na wyspę zupełnie podobną do tej i myślał, że jest całkiem sam, aż pewnego dnia znalazł na piasku odcisk stopy. Była też rycina — dodał.
— Jeden odcisk? — Dziekan usiadł, trzymając się za głowę.
— No… tak, a kiedy go zobaczył, wiedział, że…
— …że znalazł się na wyspie sam z obłąkanym jednonogim mistrzem skoku w dal? — dokończył dziekan. Był trochę rozdrażniony.
— No, to oczywiste, że potem znalazł też inne ślady…
— Ja tam chciałbym się znaleźć całkiem sam na bezludnej wyspie — mruknął smętnie pierwszy prymus, obserwując, jak Ridcully biega w miejscu.
— Czy tylko mnie się tak wydaje — rzekł dziekan — czy naprawdę jesteśmy rozbitkami tysiące mil i tysiące lat od domu?
— Naprawdę.
— Tak myślałem. Jest jakieś śniadanie?
— Stibbons znalazł jajka na miękko.
— Bardzo zaradny młody człowiek. A gdzie je znalazł?
— Na drzewie.
Umysł przypomniał dziekanowi niektóre wydarzenia minionej nocy.
— Drzewie jajkonamięcznym?
— Tak — potwierdził pierwszy prymus. — Żółtko wcale nie ścięte. Dobrze smakują z tymi ludzikami z owoców chlebowych.
— Zaraz mi jeszcze powiecie, że znalazł drzewo łyżeczkowe…
— Oczywiście że nie.
— Dobrze…
— To jest krzak. — Pierwszy prymus pokazał mu małą drewnianą łyżeczkę. Wciąż było na niej kilka listków.
— Krzak, który owocuje łyżeczkami…
— Młody Stibbons stwierdził, że to całkiem logiczne, dziekanie. Przecież, jak powiedział, zebraliśmy je, bo są użyteczne, a łyżeczki i tak stale się gubią. Potem się rozpłakał.
— Ale ma rację. To miejsce jest jak Wielka Góra Cukrowa.
— Jestem za tym, żeby wynieść się stąd jak najszybciej — oświadczył kierownik studiów nieokreślonych. — Lepiej już dzisiaj zacznijmy budować łódź. Nie mam ochoty na spotkanie z następnym strasznym jaszczurem.
— Ze wszystkiego po jednym, pamiętasz?