Ostatni kontynent [The Last Continent - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7469-178-6
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ostatni kontynent [The Last Continent - pl]». Краткое содержание книги:
Wyobraźcie sobie magiczną krainę, gdzie deszcz jest tylko mitem, gdzie to, co zwykłe, jest niezwykłe, a przeszłość i teraźniejszość biegną ramię w ramię.
Przeżyjcie grozę spotkania z Szalonym Krasnoludem, Wojownikiem Szos, Śmiercią, jednym czy drugim Stwórcą i przerażającym Pasztecikowym Pływakiem…
Wczujcie się w tę pasję, kiedy mieszkańcy Ostatniego Kontynentu odkrywają, co się dzieje, kiedy pada deszcz, a rzeki wypełniają się wodą (na przykład trzeba odwołać regaty)…
Kropki w oddali były powozami, zaprojektowanymi raczej do prędkości niż do przewożenia towarów. Niektóre miały cztery koła, inne tylko dwa. Jeden miał… tylko jedno, wielkie, ustawione pomiędzy wąskimi tyczkami, z maleńkim siodełkiem na szczycie. Jeździec wyglądał, jakby swoje ubranie zbierał na wysypiskach złomu trzech kontynentów, a tam, gdzie nie pasowało, przywiązywał kurczaka.
Ale nie tak wielkiego, jak kurczak ciągnący jego pojazd. Był większy od Rincewinda, a przeważająca część tego, co nie było szyją, była nogami. Pokonywał odległość w tempie konia.
— Co to jest, u demona? — wrzasnął Rincewind.
— Emu! — krzyknął Mad, wiszący teraz u uprzęży. — Spróbuj go ustrzelić, to niezłe żarcie!
Powóz podskoczył i kapelusz Rincewinda sfrunął na ziemię.
— Teraz jeszcze zgubiłem kapelusz!
— I dobrze! Wściekle paskudny kapelusz!
Strzała brzęknęła o metalową płytę obok stopy Rincewinda.
— Strzelają do mnie!
Na którymś z powozów człowiek obok woźnicy zakręcił czymś nad głową. Kotwiczka wbiła się w drewno obok drugiej stopy Rincewinda i wyrwała metalową płytkę.
— I jeszcze… — zaczął.
— Masz kuszę, nie?! — ryknął Mad, balansując na grzbiecie jednego z koni. — Znajdź coś, żeby się złapać, bo lada chwila zastartują…
Konie pędziły już galopem, ale nagle skoczyły naprzód, niemal strącając Rincewinda z dachu. Dym uniósł się z osi. Krajobraz się rozmył.
— Co to jest, u demona?
— Dopalacze! — zawołał Mad, przeciągając się do powozu ledwie kilka cali od pędzących kopyt. — Tajny przepis! A teraz blokuj ich, bo ktoś musi kierować!
Emu wynurzył się z kurzu, za nim dudniło kilka najszybszych powozów. Strzała wbiła się w drewno dokładnie między nogami Rincewinda, który rzucił się na płask na rozkołysanym dachu, wysunął kuszę, zamknął oczy i wystrzelił.
Zgodnie z odwieczną praktyką narracyjną strzała zrykoszetowała na czyimś hełmie i spory kawałek dalej trafiła niewinnego ptaka, którego jedyną rolą było wyzionięcie ducha z odpowiednio zabawnym piskiem.
Człowiek powożący emu podjechał bliżej. Spod znajomego kapelusza z ledwie widocznym w brudzie napisem „Maggus” rzucił Rincewindowi szeroki uśmiech. Wszystkie zęby miał zaostrzone, a na czterech przednich wygrawerowany napis „Mama”.
— Dzień dobry! — zawołał uprzejmie. — Oddajcie swój ładunek, a obiecuję, że nie zabijemy was wszystkich naraz.
— To mój kapelusz! Oddaj mój kapelusz!
— Jesteś magiem, co? — Mężczyzna stanął w siodełku, z łatwością utrzymując równowagę, choć wielkie koło podskakiwało na piasku. Zamachał rękami nad głową. — Patrzcie na mnie, chłopaki! Jestem piekielnym magiem! Magia, magia, magia!
Bardzo ciężka strzała, ciągnąca za sobą linę, trafiła w tylną ścianę powozu i wbiła się mocno. Goniący wrzasnęli z radości.
— Oddaj mi zaraz kapelusz, bo będą kłopoty!
— Kłopoty i tak będą — odparł człowiek powożący emu, mierząc z kuszy. — Ale wiesz co? Może byś mnie zmienił w coś paskudnego? Och, strasznie się…
Twarz mu pozieleniała. Upadł do tyłu. Bełt z kuszy trafił woźnicę pędzącego obok powozu; powóz ten skręcił gwałtownie, przecinając drogę innemu, który próbował go wyminąć i zderzył się z wielbłądem. To oznaczało, że przed jadącymi z tyłu wyrósł nagle wielki stos wraków, który — wobec powszechnego braku hamulców — natychmiast zaczął rosnąć. W dodatku jego część kopała ludzi.
Osłaniając głowę rękami, Rincewind zaczekał, aż odtoczy się ostatnie koło. Potem ruszył wzdłuż rozkołysanego powozu do miejsca, gdzie Mad pochylał się nad lejcami.
— Ehm… Myślę, że może pan już zwolnić, panie Mad — oznajmił.
— Tak? A co, pozabijałeś wszystkich?
— E nie… Nie wszystkich. Niektórzy zwyczajnie uciekli.
— W konia mnie robisz? — Krasnolud obejrzał się do tyłu. — A niech mnie, wcale nie! Tutaj, ciągnij tę dźwignię jak najmocniej!
Wskazał długi metalowy pręt obok Rincewinda, który szarpnął za niego posłusznie. Zgrzytnął metal, gdy hamulce ścisnęły koła.
— Dlaczego one tak szybko biegną?
— Są na mieszaninie owsa i jąder jaszczurek! — wyjaśnił Mad, przekrzykując zgrzyty rozgrzanych do czerwoności hamulców. — To daje im ostry dopał!
Powóz musiał krążyć przez kilka minut, aż koniom opadł poziom adrenaliny. Dopiero wtedy zawrócili traktem, żeby zbadać stos rozbitych powozów gangu.
Mad zaklął.
— Co się tu działo?
— Nie powinien mi kraść kapelusza — wymamrotał Rincewind.
Krasnolud zeskoczył na ziemię i kopnął złamane koło.
— Tak załatwiasz ludzi, jeśli ci ukradną kapelusz? A co robisz, jeśli ci naplują w oko? Rozwalasz całą okolicę?
— To mój kapelusz! — burknął ponuro Rincewind.
Nie był pewien, co się właściwie stało. Nie radził sobie z magią, to wiedział na pewno. Jedyne jego klątwy, które miały niewielką choćby szansę spełnienia, brzmiały mniej więcej: „Oby deszcz spadł na ciebie w pewnym momencie twojego życia” albo „Obyś zgubił jakiś niewielki przedmiot, mimo że odłożyłeś go tutaj przed chwilą”. Ale żeby ktoś się zrobił bladozielony… a tak, i jeszcze w takie żółtawe plamy… To nie był typowy efekt.
Mad rozglądał się czujnie pośród szczątków. Podniósł kilka sztuk broni i odrzucił je na bok.
— Chcesz wielbłąda? — zapytał.
Zwierzak stał w pewnej odległości od nich i zerkał na krasnoluda podejrzliwie. Zdawało się, że wyszedł z zamieszania bez uszczerbku, choć spowodował bardzo znaczne uszczerbki u innych.
— Wolałbym raczej wsadzić nogę do krajalnicy bekonu — odparł stanowczo Rincewind.
— Na pewno? Jak chcesz. Przywiąż go do wozu, sprzedam go za niezłą cenę w Czyżeśpiwoszynióskol — stwierdził Mad.
Obejrzał domowej roboty samopowtarzalną kuszę i też ją odrzucił. Potem sprawdził następny rozbity powóz i wyraźnie się rozpromienił.
— No, teraz to gotujemy na węglu! — zawołał. — To nasz szczęśliwy dzień, koleś.
— Och. Worek siana — stwierdził uprzejmie Rincewind.
— Pomóż go przenieść, co?
Mad otworzył rygle w tyle swojego powozu.
— Co jest takiego wyjątkowego w sianie?
Klapa opadła. Powóz był pełen siana.
— Tutaj to życie albo śmierć, koleś. Są tacy, co dla beli siana by cię rozpruli stąd aż do śniadania. Człowiek bez siana to człowiek bez konia, a tutaj człowiek bez konia to zwłoki.
— Przepraszam… Przeszedłem przez to wszystko dla kopy siana?
Mad konspiracyjnie poruszył brwiami.
— I dwóch worków owsa w ukrytej komorze, koleś. — Klepnął Rincewinda w plecy. — I pomyśleć, wziąłem cię za jakiegoś podstępnego drongo, co to go lepiej wywalić za burtę! A tu się okazuje, że jesteś zwariowany jak ja!
Są takie chwile, kiedy nie opłaca się deklarować własnego zdrowia psychicznego, i Rincewind zrozumiał, że musiałby zwariować, by uczynić to teraz. Zresztą potrafił rozmawiać z kangurami i znajdować na pustyni bułeczki z kurczakiem w ostrym sosie. Czasami po prostu trzeba spojrzeć w twarz roztrzęsionym faktom.
— Defekt mózgu — zapewnił z czymś, co, miał nadzieję, było rozbrajającą skromnością.
— Zuch ziomal. Dobra, ładujemy ich broń i żarcie, i ruszamy.
— A po co nam ich broń?
— Dostanę dobrą cenę.
— Co z ciałami?
— Nic. Są bez wartości.
Gdy Mad przybijał zebrane kawałki złomu do ścian powozu, Rincewind zbliżył się czujnie do zielono-żółtego trupa… i jeszcze, tak, z dużymi czarnymi plamami… Kijem ostrożnie uniósł z jego głowy swój kapelusz.