Ostatni kontynent [The Last Continent - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7469-178-6
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ostatni kontynent [The Last Continent - pl]». Краткое содержание книги:
Wyobraźcie sobie magiczną krainę, gdzie deszcz jest tylko mitem, gdzie to, co zwykłe, jest niezwykłe, a przeszłość i teraźniejszość biegną ramię w ramię.
Przeżyjcie grozę spotkania z Szalonym Krasnoludem, Wojownikiem Szos, Śmiercią, jednym czy drugim Stwórcą i przerażającym Pasztecikowym Pływakiem…
Wczujcie się w tę pasję, kiedy mieszkańcy Ostatniego Kontynentu odkrywają, co się dzieje, kiedy pada deszcz, a rzeki wypełniają się wodą (na przykład trzeba odwołać regaty)…
— …nie mielibyście czym tłuc rekinów na śmierć?
— Widzę, że z ciebie ziom, który zna się na chlebie.
— Duże jest to Rospyepsh? Jest tam port?
— Ludzie mówią, że tak. Nigdy tam nie wróciłem. Lubię życie na trasie.
Grunt zadygotał. Drzewa obok traktu zakołysały się, choć nie było wiatru.
— Chyba idzie burza — stwierdził Rincewind.
— Co to za jedna?
— No wiesz… Deszcz.
— Nie, na rządek płomiennych krów, chyba nie wierzysz w te bzdury, co? Mój dziadek zawsze takie rzeczy opowiadał, kiedy nachlał się piwa. To tylko stara bajka. Woda spadająca z nieba? Bądźże rozsądny!
— Tutaj nigdy nie spada?
— Pewno że nie.
— Ale coś takiego zdarza się całkiem często tam, skąd przybywam — zapewnił Rincewind.
— Tak? A niby skąd ona się bierze na niebie, co? Woda jest ciężka.
— No wiesz, ona… ona… Myślę, że słońce ją wsysa.
— Jak?
— Nie wiem. Po prostu tak jest.
— A potem spada z nieba?
— Tak.
— Za darmo?
— Czy ty nigdy nie widziałeś deszczu?
— Słuchaj no, wszyscy przecież wiedzą, że cała woda jest głęboko pod ziemią. To ma sens. Woda to ciężki towar. Cieknie do dołu, koleś. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby latała w powietrzu.
— No ale skąd się w ogóle wzięła pod ziemią?
Mad zdumiał się wyraźnie.
— A skąd wzięły się góry na ziemi? — zapytał.
— Co? One po prostu są.
— Aha, czyli nie spadły sobie z nieba?
— Pewnie że nie. Są o wiele cięższe od powietrza!
— A woda nie jest? Mam parę beczek pod wozem i porządnie się spocisz, kiedy zechcesz je podnieść.
— Czy nie ma tu żadnych rzek?
— No jasne, że są rzeki! W tym kraju jest wszystko, koleś!
— No to jak myślisz, skąd się bierze w nich woda?
Mad wyglądał na szczerze zaskoczonego.
— A po co mielibyśmy trzymać wodę w rzekach? Co by tam robiła?
— Płynęła do morza…
— Piekielne marnotrawstwo. I pozwalacie na to tam, skąd przybyłeś, tak?
— Na to się nie pozwala, to… się dzieje… To właśnie robią rzeki…
Mad długo i surowo przyglądał się Rincewindowi.
— Jasne. I to o mnie mówią, że jestem wariat…
Rincewind zrezygnował. Na niebie nie było ani chmurki. Ale ziemia znowu się zatrzęsła.
Nadrektor Ridcully patrzył na niebo gniewnie, jakby zachowywało się tak wyłącznie po to, żeby jego osobiście zirytować.
— Jak to? Ani jednej? — zapytał.
— Ani jednej znajomej konstelacji — potwierdził rozgorączkowany kierownik studiów nieokreślonych. — Naliczyliśmy tysiąc sto dziewięćdziesiąt jeden takich, które można by nazwać Trójkątem, ale dziekan uważa, że nie wszystkie się liczą, bo wykorzystują te same gwiazdy…
— Nie ma ani jednej gwiazdy, którą bym poznawał — oświadczył pierwszy prymus.
Ridcully zamachał rękami.
— Przecież one cały czas się trochę zmieniają — powiedział. — Żółw płynie w przestrzeni i…
— Ale nie tak szybko — stwierdził dziekan.
Konstelacje Dysku zmieniały się dość często, gdy świat przesuwał się w pustce. To oznaczało, że astrologia jest nauką z pierwszej linii badań, a nie, jak gdzie indziej, chytrym sposobem unikania normalnej pracy. To zadziwiające, jak ludzkie cechy charakteru i ludzkie sprawy mogą być tak pewnie i regularnie kierowane przez zbiór wielkich kul plazmy, z których większość nigdy nawet nie słyszała o ludzkości.
— Jesteśmy rozbitkami na jakimś innym świecie! — jęknął pierwszy prymus.
— Ehm… Nie wydaje mi się — wtrącił Myślak.
— Ma pan pewnie jakieś lepsze wyjaśnienie?
— No… Widzicie, panowie, to duże pasmo gwiazd, o tam? Magowie spojrzeli na sporą gromadę mrugającą nad horyzontem.
— Bardzo ładne — przyznał Ridcully. — I co?
— Wydaje mi się, że to coś, co nazywamy Małą Nieciekawą Grupką Słabych Gwiazd. Ma mniej więcej odpowiedni kształt. I wiem, co chce pan powiedzieć, nadrektorze. Chce pan powiedzieć: „Ale to jest taki kleks na niebie, a nie plamka wśród kleksów, jaką zwykle widzimy”. Ale widzi pan, nadrektorze, tak właśnie mogły wyglądać, kiedy Wielki A’Tuin był o wiele bliżej nich, tysiące lat temu. Innymi słowy, nadrektorze… — Myślak nabrał tchu, lękając się tego, co ma nadejść. — Myślę, że cofnęliśmy się w czasie. O tysiące lat.
To była druga strona tej dziwacznej cechy magów. Wprawdzie potrafili kłócić się przez pół godziny, czy to możliwe, żeby był wtorek, ale rzeczy oszałamiające brali z marszu, tupiąc swymi spiczastymi butami. Pierwszy prymus wyglądał nawet, jakby przyjął to z ulgą.
— Ach, więc o to chodzi… — powiedział.
— W końcu musiało się zdarzyć — przyznał dziekan. — Nigdzie nie jest przecież napisane, że te dziury łączą zawsze ten sam czas.
— Powrót do domu może być trochę utrudniony — zaniepokoił się Ridcully.
— Tylko że… to może nie być takie proste, nadrektorze — zauważył Myślak.
— Znaczy, tak proste jak znalezienie sposobu podróżowania przez czas i przestrzeń?
— Chodzi mi o to, że może nie być żadnego domu, do którego można wrócić. — Myślak zamknął oczy. To będzie trudne, wiedział.
— Ależ oczywiście, że jest — stwierdził Ridcully. — Byliśmy tam dzisiaj ra… Ledwie wczoraj. To znaczy wczoraj tysiące lat w przyszłości, naturalnie.
— Ale widzi pan, jeśli nie będziemy ostrożni, możemy zmienić tę przyszłość. Sama nasza obecność w przeszłości może zmienić przyszłość. Niewykluczone, że już zmieniliśmy historię. To bardzo ważne, żebym was uprzedził.
— Chłopak mówi z sensem, Ridcully — zgodził się dziekan. — Przy okazji, nie zostało trochę rumu?
— Przecież tutaj nie dzieje się żadna historia! To tylko mała, zapomniana wysepka.
— Obawiam się, że nawet niewielkie działania gdziekolwiek na świecie mogą mieć bardzo poważne konsekwencje, nadrektorze — rzekł Myślak.
— Na pewno nie chcielibyśmy żadnych konsekwencji. Ale do czego pan zmierza? Co pan radzi?
Wszystko szło tak dobrze… Zdawało się, że niemal dotrzymują mu kroku. Może to właśnie skłoniło Myślaka, by zachować się jak człowiek, który — skoro spadł już sto stóp i nie doznał żadnej krzywdy — wierzy, że ostatnie kilka cali do ziemi to tylko zwykła formalność.
— Że użyję klasycznej metafory, najważniejsze jest, by nie zabić własnego dziadka — powiedział i uderzył o kamienie.
— Niby czemu, u demona, miałbym to robić? — zdumiał się Ridcully. — Całkiem staruszka lubiłem.
— Nie… Naturalnie, chodziło mi o przypadek — tłumaczył Myślak. — Zresztą wszystko jedno…
— Doprawdy? Cóż, wie pan zapewne, że codziennie przypadkowo zabijam ludzi. A poza tym jakoś go tu nie widzę…
— To tylko ilustracja, nadrektorze. Problemem jest przyczyna i skutek, a chodzi o to…
— Chodzi o to, panie Stibbons, że nagle pan uznał, jakoby każdy z nas, kiedy tylko cofnie się w czasie, stał się dziadkobójcą. Tymczasem gdybym tylko spotkał mojego dziadka, postawiłbym mu drinka i poradził, by nie zakładał, że węże nie kąsają, jeśli krzyczy się na nie głośno. To informacja, za którą w późniejszym życiu mógłby mi dziękować.
— Dlaczego? — zdziwił się Myślak.
— Ponieważ miałby jakieś późniejsze życie.