Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Chmury ponad nią uformowały się w znajomy wzór. Białe na czarnym, białe na czarnym…
„To symbol” – zrozumiała nagle. – „Starożytny symbol Aes Sedai”.
Pod tym znakiem… on zwycięży.
Aviendha uchwyciła się mocno Jedynej Mocy. Ten wibrujący pomruk to on. To on był wzrastającym nowym życiem. Kiedy Czarny rozerwał ziemię, Rand jakimś sposobem scalał ją na nowo.
Musiała iść dalej. Kuląc się, pobiegła naprzód, kryjąc się za świeżo wyrosłymi roślinami. Pojawiły się akurat wtedy, kiedy potrzebowała jakiejś osłony. Przypadek? Miała inne zdanie. Czuła go gdzieś w głębi umysłu. Walczył jak prawdziwy wojownik. Jego zmaganie użyczyło jej sił, a teraz ona spróbuje zrewanżować się tym samym.
Determinacja. Honor. I chwała. „Walcz, moje serce. Walcz”.
Przed sobą ujrzała Graendal, nadal otoczoną przez spętane Przymusem sługi, wymieniającą śmiercionośne sploty Jedynej Mocy z Cadsuane i Alivią. Aviendha zwolniła, patrząc, jak wszystkie trzy miotają w siebie nawzajem strugami ognia, tnąc wrogie sploty Duchem, zniekształcając żarem powietrze i ciskając sploty tak szybko, że trudno było rozeznać się w tym, co się dzieje.
Rwała się, by im pomóc, Amys jednak miała rację. Jeżeli obie zaatakują jednocześnie, zwłaszcza kiedy uwaga Graendal była odwrócona, miały większe szanse na unicestwienie Przeklętej. Powinna zaczekać – oczywiście o ile Cadsuane i Alivia wytrzymają dostatecznie długo.
Czy jednak zdołają wytrzymać? Cadsuane była potężna, bardziej nawet, niż Aviendha przypuszczała. Pośród ozdób, które nosiła we włosach, na pewno był angreal i ter’angreal, chociaż Aviendha nie była w stanie dokładnie ich zlokalizować nawet przy użyciu swego talentu.
Zniewolone przez Graendal kobiety leżały na ziemi, skrajnie wyczerpane. Dwie z nich zasłabły, Sarene upadła na kolana, wpatrując się przed siebie nieprzytomnym wzrokiem.
Cadsuane i Alivia wyraźnie nie przejmowały się tym, czy nie trafią w pojmanych. Była to słuszna decyzja, a jednak Aviendha…
Wysoki krzew obok niej poruszył się.
Aviendha obróciła się bezwiednie i uderzyła splotem Ognia. Trafiła okrytego czarną zasłoną napastnika na ułamek sekundy przed tym, nim przebił jej kark swoją włócznią. Ostrze drasnęło ją w ramię, kiedy mężczyzna potknął się i upadł, z dziurą wielkości pięści wypaloną w piersi.
Do walki włączyła się nowa przenosząca, posyłając przed siebie kolejne sploty w niesamowitym tempie. Amys. Szczęśliwie Graendal skupiła się na niej, nie zwracając uwagi na Aviendhę, która właśnie ujawniła swoją pozycję.
Szczęśliwie, bo Aviendha stała, wpatrując się w mężczyznę, którego przed chwilą powaliła. Tego, którego Graendal zniewoliła przymusem, by spełniał jej wolę. Nagle wydał się Aviendzie dziwnie znajomy.
Drżąc z przerażenia, odsłoniła zasłonę skrywającą jego twarz.
To był Rhuarc.
– Odchodzę. – Mishraile skrzywił się, patrząc na tyły szarżującej kawalerii Sharanów. Stali na zachodnim skraju Wzniesień, daleko na końcu lewej flanki sharańskiej armii. – Nikt nam nie mówił, że będziemy musieli walczyć z przeklętymi bohaterami Rogu.
– To w końcu Ostatnia Bitwa, dziecko – stwierdziła Alviarin uszczypliwie. Od pewnego czasu zaczęła ich wszystkich nazywać dziećmi. Mishraile najchętniej by ją udusił. Dlaczego M’Hael zgodził się, żeby związała ze sobą Nensena? Dlaczego kobieta miała nimi dowodzić?
Stali niewielką grupą – Alviarin, Mishraile, Nensen, Kash, Rianna, a także Donalo i Ayako, którzy podobnie jak on zostali podani Konwersji. Mishraile nie wiedział zbyt wiele o taktyce bitewnej – kiedy miał kogoś zabić, najchętniej czekał, aż znajdą się sami w ciemnym zaułku, do którego nikt nie zaglądał. Cała ta jawna walka na otwartej przestrzeni i panujący dookoła chaos sprawiały, że czuł się tak, jak gdyby ktoś trzymał go na ostrzu noża.
– Tam – rzuciła Alviarin do Nensena, wskazując rozbłysk światła, kiedy huk kolejnej salwy smoków zabrzmiał w bramie otwierającej się nad polem bitwy. – To chyba gdzieś na środku płaskowyżu. Otwórz bramę i ruszajcie.
– Nigdy nie zdołamy… – zaczął Mishraile.
– Ruszajcie! – ucięła Alviarin z poczerwieniałą z gniewu twarzą.
Nensen zabrał się do pracy. On lubił słuchać rozkazów i wiedzieć, że dowodzi ktoś inny.
„Mógłbym ją zabić” – pomyślał Mishraile. – „A potem Nensena”. Nawet bez wielkiego bitewnego doświadczenia wiedział, że walka nie będzie łatwa. Powrót Seanchan, śmierć Demandreda i Trolloki, nad którymi nikt już nie panował… Owszem, Cień nadal dysponował potężną armią, ale ich przewaga nie była już wcale tak jednoznaczna, jak by sobie tego życzył. Jedna z pierwszych reguł, jakie przyswoił w życiu, brzmiała: nigdy nie walcz z kimś, z kim możesz przegrać.
Cała ich szóstka przeszła przez bramę i znalazła się na samym środku płaskowyżu. Dym unoszący się ze spalonej przez ogień smoków i przenoszących ziemi mieszał się z dziwną mgłą, sprawiając, że trudno było rozeznać się w położeniu. Wszędzie ziały dziury po uderzeniach smoczych pocisków.
Ciała… a raczej ich fragmenty… ścieliły się dookoła. Powietrze przesycone było jakimś osobliwym zapachem. Było już po wschodzie słońca, ale jego światło nie docierało tu przez grubą zasłonę chmur.
Z góry dobiegał krzyk dziwacznych latających stworzeń, które sprowadzili ze sobą Seanchanie. Mishraile zadrżał. Światłości. Zupełnie jakby stał pośrodku domu bez dachu, wiedząc, że łucznicy nieprzyjaciela znajdują się gdzieś nad jego głową. Zestrzelił jedno ze stworzeń wiązką Ognia, z zadowoleniem przyglądając się, jak skrzydła bestii skurczyły się, a ona sama, wirując gwałtownie, runęła w dół.
Ten atak jednak niepotrzebnie zdradził jego pozycję. Chyba rzeczywiście będzie musiał zabić pozostałych Władców Strachu i ratować się ucieczką. A przecież miał być po wygrywającej stronie!
– Do roboty – rzuciła Alviarin. – Róbcie to, co mówiłam. Ci ludzie otwierają bramy, przez które strzelają tamte machiny, musimy więc znaleźć miejsce, w którym była brama, żeby Donalo mógł odczytać ślad.
Zaczęli przeczesywać teren, szukając miejsca, w którym otworzyła się brama. Niebezpiecznie blisko nich trwała zacięta walka – Sharanie odpierali ataki ludzi pod sztandarem z wizerunkiem wilka. Jeżeli zwrócą się w ich stronę…
Kiedy pośpiesznie przeszukiwali okolicę, korzystając z Jedynej Mocy, Donalo zbliżył się do Mishraile’a. Był Tairenianinem o kwadratowej szczęce z siwiejącą, spiczastą brodą.
– Kiedy Demandred padł – wyszeptał – zrozumiałem, że to od początku była pułapka. Byliśmy szaleni.
Mishraile pokiwał głową. Może Donalo mógłby mu pomóc. Mogliby wymknąć się razem. Oczywiście potem i tak będzie musiał go zabić. Nie potrzebował żadnego świadka, który mógłby donieść o jego postępku Wielkiemu Władcy.
I tak zresztą nie mógł ufać Donalowi. Dołączył do nich tylko z powodu tamtej sprawy z Myrddraalami. Jeżeli ktoś tak łatwo zmieniał strony, to co miałoby go powstrzymać przed kolejną zdradą? Poza tym Mishraile nie lubił uczucia, które ogarniało go, gdy patrzył na Donala i na innych poddanych Konwersji – zupełnie, jak gdyby było w nich coś nienaturalnego, coś, co czaiło się w głębi i spoglądało na świat, szukając kolejnej ofiary.
– Musimy się stąd jakoś wydostać – wyszeptał Mishraile. – Walka w takiej chwili jest najgłupszym… – urwał, gdy nagle spomiędzy kłębów dymu ktoś wyszedł im naprzeciw.