Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]
- Автор: Херберт Фрэнк
- Серия: Diuna #3
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-7075-060-5
- Переводчик: Marek Mastalerz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]». Краткое содержание книги:
Od pewnego czasu w mieście Arrakin pojawia się starzec zwany Kaznodzieją i wygłasza dziwne przemowy do wciąż tłumnie przybywających na Diunę pielgrzymów. Kim jest? Czy tylko na wpół szalonym mistykiem, czy może kimś więcej?
— Co masz na myśli? — zapytał z naciskiem Tyekanik.
— Uważaj, co mówisz — rzucił ostrzegawczo Farad’n. — Co to za słabość?
— Nie pomyślałeś nigdy, jaki typ społeczeństwa chciałbyś reprezentować — rzekł Kaznodzieja. — Nie bierzesz pod uwagę potrzeb poddanych. Nawet postać Imperium, którego pragnąłbyś, nie jest do końca określona. — Zwrócił zamaskowaną twarz ku Tyekanikowi. — Twoje oko spoczywa na władzy, nie na jej subtelnym wykorzystywaniu i niebezpieczeństwach, jakie niesie. Twoja przyszłość jest wypełniona niewiadomymi: kłócącymi się kobietami, kaszlem i wietrznymi dniami. Jak możesz stworzyć epokę, skoro nie widzisz każdego jej szczegółu? Uparty umysł nie będzie ci dobrze służył.
Farad’n przez długą chwilę badał wzrokiem starca, zastanawiając się nad głębią znaczeń wypowiadanych myśli, nad uporczywym powracaniem do zdyskredytowanych idei. Moralność! Cele społeczne! Mity do odstawienia na bok razem z wiarą w dążący ku doskonalszym formom ruch ewolucji.
— Usłyszeliśmy już dość — powiedział Tyekanik. — Co z ceną, którą uzgodniliśmy, Kaznodziejo?
— Duncan Idaho jest wasz — rzekł Kaznodzieja. — Bądźcie ostrożni. To bezcenny klejnot.
— Och, mamy dla niego odpowiednią misję — powiedział Tyekanik. Rzucił okiem na Farad’na. — Za twoim pozwoleniem, książę?
— Niech się pakuje, zanim zmienię zdanie — odrzekł Farad’n. Następnie, patrząc na Tyekanika, dodał: — Nie podoba mi się sposób, w jaki mnie wykorzystujecie, Tyek!
— Wybacz mu, książę — powiedział Kaznodzieja. — Twój wierny baszar spełnia wolę Bożą, nawet o tym nie wiedząc. — Ukłoniwszy się, Kaznodzieja odszedł, a Tyekanik pospieszył za nim.
Farad’n patrzył na oddalające się plecy, myśląc: „Muszę przyjrzeć się religii, której Tyek stał się orędownikiem. — Uśmiechnął się ze smutkiem. — Cóż za tłumacz snów! Bzdury! Mój sen nie był niczym ważnym”.
I ujrzał wizję zbroi. Zbroja nie była jego własną skórą: była twardsza niż plastal. Nic nie mogło przez nią przeniknąć — ni nóż, ni trucizna, ni piach pustyni, ni jej wysuszający żar. W prawej dłoni miał moc rozpętania kurzawy Coriolisa, wstrząśnięcia ziemią i strącenia jej w nicość. Oczy skupił na Złotej Drodze, a w lewej dłoni dzierżył berło absolutnego władztwa. Za Złotą Drogą Jego oczy spoglądały w wieczność, o której wiedział, że jest pokarmem duszy l wiecznotrwałego ciała.