Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]
- Автор: Херберт Фрэнк
- Серия: Diuna #3
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-7075-060-5
- Переводчик: Marek Mastalerz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]». Краткое содержание книги:
Od pewnego czasu w mieście Arrakin pojawia się starzec zwany Kaznodzieją i wygłasza dziwne przemowy do wciąż tłumnie przybywających na Diunę pielgrzymów. Kim jest? Czy tylko na wpół szalonym mistykiem, czy może kimś więcej?
— Czy kiedykolwiek temu zaprzeczałem?
— Nie. — Zaczerpnęła głęboko powietrze i odwróciła wzrok. Służący przyglądali się im z przedpokoju, po tonie odgadując, że się sprzeczają, nie będąc jednak w stanie zrozumieć starożytnych słów.
— Musimy coś zrobić — powiedział. — Jeżeli zaniechamy działania, równie dobrze możemy się nadziać na nasze noże. — Użył fremeńskiego zwrotu: „Wlać naszą wodę do zbiornika plemienia”.
Raz jeszcze Ghanima spojrzała na brata. Zmuszona była się z nim zgodzić, poczuła się jednak schwytana w pułapkę, w konstrukcję o zbyt wielu elementach. Oboje wiedzieli, że bez względu na to, co dalej zrobią, czeka ich dzień rozliczenia się z wszystkiego. Ghanima miała tego pewność dzięki informacjom uzyskanym od pamięcio-osobowości, ale bała się teraz siły, której udzieliła obcym psychikom przez posłużenie się ich doświadczeniem. Czyhały na nią w jej wnętrzu jak harpie, cienie-demony czające się w zasadzce. Z wyjątkiem matki, która posiadała cielesną siłę i wyrzekła się jej. Ghanima wciąż czuła wstrząs po tej wewnętrznej szamotaninie, wiedząc, że przegrałaby, gdyby nie siła perswazji brata.
Leto powiedział, że Złota Droga dawała szansę wyjścia z pułapki. Poza dokuczliwym przekonaniem, że zataił coś ze swoich wizji, mogła jedynie docenić jego szczerość. Leto potrzebował twórczej, zapładniającej myśli, by wzbogacić plan.
— Zostaniemy poddani próbie — powiedział, wiedząc, dokąd prowadzą jej wątpliwości.
— Nie z przyprawą.
— Niewykluczone. Z pewnością na pustyni, w Procesie-o-Opętanie.
— Nigdy nie wspominałeś o tym, że będziemy poddani Procesowi-o-Opętanie — oskarżyła go. — To część snu?
Spróbował coś odpowiedzieć przez suche gardło i przełknął, gdy go zdradziło.
— Tak.
— Zatem staniemy się… opętani?
— Nie.
Pomyślała o Procesie — pradawnej fremeńskiej próbie, która najczęściej kończyła się okropną śmiercią. Zatem plan był bardziej złożony, niż myślała. Mogli się znaleźć na granicy, poza którą pchnięcie w dowolną stronę strąciłoby ich w przepaść, z której ludzki umysł nie byłby w stanie ich wydobyć. Wiedząc, dokąd zawiodą ją jej myśli, Leto rzekł:
— Władza przyciąga psychopatów. Zawsze. Tego będziemy musieli uniknąć w naszych wnętrzach.
— Jesteś pewny, że nie zostaniemy opętani?
— Nie, jeżeli stworzymy Złotą Drogę. Wciąż pełna wątpliwości, powiedziała:
— Nie urodzę ci żadnych dzieci, Leto.
Potrząsnął głową, tłumiąc wewnętrzne protesty, i przeszedł na królewską, oficjalną wersję starożytnego języka:
— Siostro, kocham cię czulej niż siebie samego, lecz to nie jest oferta moich żądz.
— Bardzo dobrze. Pozwól mi zatem wrócić do jeszcze jednej z naszych dyskusji, nim dołączymy do naszej babki. Gdyby Alia zginęła od noża, rozwiązałoby to większość problemów.
— Jeżeli w to wierzysz, pewnie wierzysz również, że możemy chodzić po błocie i nie zostawiać śladów — powiedział. — Poza tym, czy Alia dała nam kiedykolwiek ku temu okazję?
— Krążą plotki o tym Dżawidzie.
— Czy cokolwiek w Duncanie zdradza, że rosną mu rogi? Ghanima wzruszyła ramionami.
— Jedna trucizna, dwie trucizny — zacytowała powszechny termin, stosowany w królewskich świtach do katalogowania towarzyszy według ich zagrożenia dla majestatu. Zasada, znak władzy obowiązujący wszędzie.
— Musimy zrobić to na mój sposób — powiedział.
— Inna droga mogłaby być czystsza.
Po jej odpowiedzi uznał, że ostatecznie stłumiła wątpliwości i pogodziła się z planem. Ta pewność nie przyniosła mu szczęścia. Uświadomił sobie nagle, że patrzy na własne ręce, zastanawiając się, czy przylgnie do nich brud.
To właśnie było osiągnięciem Muad’Diba: widział zasoby podświadomości każdej jednostki jako nieuświadomione źródło wspomnień, sięgające do pierwotnej komórki, z której wszyscy bierzemy początek. Mówił, że każdy z nas potrafi odmierzyć odległość dzielącą go od tegoż początku. Widząc to i mówiąc o tym, Muad’Dib dokonał śmiałej decyzji: wziął na siebie zadanie zintegrowania genetycznej pamięci w system poddający się bieżącemu oszacowaniu. Tak właśnie zniszczył zasłony Czasu, zespalając w jedno przeszłość i przyszłość. Takie było dzieło Muad’Diba, wcielone w jego syna i córkę.