Góra trzech szkieletów
- Автор: Baniewicz Artur
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Góra trzech szkieletów». Краткое содержание книги:
Góra Trzech Szkieletów to zaskakująca do ostatniej strony, trzymająca w napięciu historia polsko-bałkańskich przygód detektywa Małkosza, nawiązująca do najlepszych tradycji kryminału i powieści sensacyjnej. Dynamiczna, filmowa wręcz akcja, wyraziste postaci, pełne humoru dialogi, brawura i… miłość – fascynująca powieść Artura Baniewicza to dobitny dowód na to, że… Polak potrafi!
Marcin Małkosz jest człowiekiem o bujnej przeszłości, saperem i byłym oficerem Wojska Polskiego, wyrzuconym z armii za to, że dopuścił do śmierci trzech podwładnych podczas wojny na Bałkanach.
Kiedy postanawia spróbować swych sił jako prywatny detektyw, nie podejrzewa, że już pierwsze zlecenie będzie dla niego początkiem prawdziwych kłopotów, a także burzliwego romansu.
Jego klientką jest Jovanka, cierpiąca na amnezję młoda Bośniaczka, która usiłuje odnaleźć ojca swej chorej na białaczkę córki. Poszukiwania prowadzą Małkosza na tereny byłej Jugosławii, trafia też na ślad wielkiej afery, w którą wplątani są jego dawni zwierzchnicy, prominentni polscy politycy, a nawet piękna Jovanka.
Historia skomplikowanego śledztwa, obfitująca w liczne niespodzianki i zaskakujące zwroty akcji, odwołuje się do najlepszych wzorów powieści sensacyjnej.
Ironiczny, chandlerowski, styl narracji, wyraziste sylwetki bohaterów i wierność realiom czynią z Góry trzech szkieletów pasjonującą lekturę.
– Ona też jest dziwką? No to ja muszę być jakimś cholernym alfonsem, skoro tak do mnie lgniecie! Co ja tu w ogóle robię? Lepiej założyć agencję, pogonić was pod latarnie i zbijać kasę!
– Na mnie nie zbijesz! – Wzięła ze mnie przykład i też podniosła głos. – Mówiłam ci, że jestem do niczego! Nawet ty na mnie nie poleciałeś!
– Nawet ja?! Co znaczy: „nawet”?!
– Domyśl się! – Szarpnęła za klamkę, omal jej nie wyłamując, i wyskoczyła z samochodu. Po sekundzie powtórzyłem jej manewr, tyle że używając lewych drzwiczek.
– Nie spałem z Dorotą Kowalak!
– Przykro mi! I nic mnie to nie obchodzi!
– Nie jestem jakimś pieprzniętym erotomanem, skaczącym na wszystko, co w spódnicy! Do cholery, przecież cię nawet nie dotknąłem!
– Może nie jestem w twoim typie – odbiła odruchowo piłeczkę.
– Gówno prawda! – Miałem więcej rozsądku i wykrzyczałem to nieco ciszej.
– No to się bałeś, że cię czymś zarażę!
– Z tymi wszystkimi gumkami, jakie ze sobą nosisz?! Nie rozśmieszaj mnie!
– No więc po prostu jestem za stara! – krzyknęła z rozpędu i dopiero wtedy włączyły jej się hamulce.
– Gówno prawda – zakończyłem trochę przez zęby, za to całkiem cicho. Potem ruszyłem dookoła samochodu i znalazłem się przy niej, nim któreś z nas zdążyło ustalić, czy przechodzimy od wrzasków do otwartego boksu.
W ostatniej chwili próbowała się cofnąć, ale zapomniała puścić drzwi i jej własna ręka, sparaliżowana gniewnym skurczem, przytrzymała ją w miejscu.
– To po prostu nie ma sensu. – Byliśmy tak blisko, że mój szept wydawał się usprawiedliwiony. – Trzeba myśleć realnie.
Poruszyła leciutko głową, a ja miałem wrażenie, że cały świat mi przytaknął. Tak niewielki dystans nas dzielił. Drzwi mają zawiasy, są niestabilne z definicji. Wystarczyło mocniej się oprzeć albo cofnąć, a nasze twarze znalazłyby się jeszcze bliżej i wtedy w naturalny sposób… Tylko że to nie miało sensu, a ja byłem rozsądny.
– Pamiętaj, po co tu jesteśmy – powiedziałem przesadnie oschłym głosem, cofając się o cały krok. Zamrugała powiekami. Nie takiego finału oczekiwała. – Wsiadaj, jedziemy.
– Myślałam – obejrzała się w stronę nieodległego zakrętu, z którego byłoby widać obóz – że chcesz na kogoś tu…
– Chciałem, ale zmieniłem zdanie. Po kłótniach zasycha mi w gardle. Będę jechał powoli, a ty wypatruj piwiarni.
– Nie mówisz poważnie…
– Taaak – pokiwałem głową. – Psychologiem to nie byłaś.
Salka była mała, ciemna i zadymiona. Musiałem postać jakiś czas w progu, by się upewnić, że zaliczyliśmy kolejne pudło. Paru klientów i żadnego munduru. Odwróciłem się na pięcie i nadziałem na Jovankę.
– Ładnie pachnie – zauważyła. – Może coś zjemy?
Stoły były solidne, drewniane, podobnie jak słupy podtrzymujące strop, bufet i cała reszta wyposażenia. W sumie tworzyło to staroświecki i całkiem miły wystrój, kojarzący się z gospodami epoki szwejkowskiej. Dym, produkowany przez duet kopcących fajki staruszków, też miał znośny, niedrażniący aromat. O tym, że nie wylądowaliśmy w starej, poczciwej monarchii austro-węgierskiej, świadczył otwór w blacie naszego stołu – jednoznaczna pamiątka po kałasznikowie i jakimś pijanym wojaku. Za starych, dobrych czasów karabiny były za długie, by stawiać je pod stołem.
– Zamów piwo dla siebie – poleciłem Jovance – i dwie porcje tego z cebulą, co tak ładnie pachnie. A potem spytaj, czy byli tu dzisiaj nasi żołnierze.
Jovanka najpierw spełniła polecenie, a dopiero potem zaprotestowała:
– Ale ja nie piję piwa.
– Musisz. Dobre wrażenie to podstawa w śledztwie.
– Jesteście z Polski? – ucieszył się gospodarz. Reszta jego dziwnie entuzjastycznej wypowiedzi pozostała dla mnie tajemnicą, dopóki dziewczyna, nieco urażona, ale nie mściwa, nie wyjaśniła mi, że facet ma w naszym kraju kuzyna z żoną Polką i czwórką wspaniałych dzieciaków, a także z jednym wnukiem w przedszkolu i jednym w drodze na świat.
Zanim uświadomiłem sobie, na co się zanosi, siedzieliśmy we trójkę. Może dlatego, że siwiejący pięćdziesięciolatek wyrzucał słowa w tempie karabinu maszynowego, udało mi się wyłowić jego oryginalny akcent.
– Pan jest Serbem? – zapytałem, gdy nabierał tchu.
– Grekiem – przetłumaczyła Jovanka. – Kostas Papastefandu, ale tu mówią o mnie Kosta Papież. Chociaż nie jestem katolikiem. To od nazwiska. W czasie wojny miałem z tym nawet kłopoty.
– Marcin Małkosz – uścisnąłem mu dłoń. – A to Jovanka. Jest… ze mną.
Ciekaw byłem, jak przebrnie przez ten kawałek, ale nie robiła takich jak ja przystanków, więc przegapiłem właściwy moment. Gospodarz zaraz zaczął zachwalać uroki okolicy, raz po raz uśmiechając się znacząco i przesadnie szafując słowem „romantyczny”. Pretekstem do tego słowotoku była wzmianka, że podróżujemy z namiotem. Nim wziąłem widelec do ręki, byłem już święcie przekonany, że trafiliśmy do raju.
Inna sprawa, że baranina w cebuli, papryce i pomidorach faktycznie smakowała bosko. Delektowałem się, słuchając jednym uchem lokalnego patrioty Kosty i po cichu współczując Jovance, której zasychało w gardle od tłumaczonych na polski słów.
Mogła mu przerwać. Nie zrobiła tego. Wiem, że to egoistyczne, ale dzięki tej wstrzemięźliwości baranina wydawała mi się jeszcze lepsza: nic tak nie dodaje smaku potrawie, jak dzielenie stołu z kimś, kto ma klasę i promieniuje duchowym pokrewieństwem. Bośnia była spalona, zrujnowana, ale Kosta prowadził nas szlakami swej młodości, zabierał w przeszłość, która była piękna i pełna słońca. Nie miała serca mu przerwać.
Dopiero później przyszło mi na myśl, że mogła nie być całkiem bezinteresowna, że sama grzała się ciepłem jego wspomnień i pierwszych chyba w jej nowym życiu dobrych słów o Bośni. Nie bez znaczenia było też piwo, które w nią wmusiliśmy. Oczy jej się lekko rozmaśliły i to ja musiałem przerwać monolog na dźwięk słowa, które potraktowała jak każde inne i którego w żaden sposób nie zaakcentowała.
– Pecinac? – wepchnąłem swe pytanie jak kij w szprychy roweru. – Chyba przejeżdżaliśmy tamtędy rano. To tam zatrzymał nas ten policjant? – Spojrzałem na Jovankę, przesadnie unosząc brwi.
– Wysoki, siwy, po czterdziestce? – od razu trafił Kosta. Potwierdziłem. – To pewnie Milo Nedić, komendant z Crvenej Dragi. Serb.
– Ukarał nas mandatem – pochwaliłem się.
– Na przełęczy – zgadł ponownie. – To dlatego, że niedawno paru smarkaczy się tam rozbiło. W czasie wojny niektórzy próbowali przeskakiwać tamtędy pod ostrzałem. Jeden ponoć w pół minuty… A młodzi jak to młodzi, próbują pobić rekord. Albo po prostu naśladują ojców i starszych braci. No a Milo nie lubi, gdy ludzie giną na jego terenie. W czasie wojny tak było i teraz też.
– Wspominał, że walczył o tę górę.
– Mówił wam o tym? – zdziwił się Kosta. – No, no… Normalnie jednego słowa… Stracił tam wielu żołnierzy, a ostatecznie ani nie dopadł Sułtana, ani go nawet nie wykurzył z Pecinaca. A na koniec, już po podpisaniu rozejmu, ten drań zastrzelił mu jedynego brata.
– Ten Sułtan? – zapytałem dla formalności.
– Nie, skąd… – potrząsnął ramionami niemal gniewnie. – Sułtan nie schodził z Pecinaca. Mówię o Rzeźniku, tym snajperze. – Dopiero teraz przypomniał sobie, z kim rozmawia, i uśmiechnął się przepraszająco. – Ci dwaj mają mnóstwo tutejszych ludzi na sumieniu. Sułtan zabijał ich, kierując z góry ostrzałem, a Rzeźnik osobiście, z karabinu. Mnie też o mały włos…