Wielki Diament. Tom II
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Wielki Diament. Tom II». Краткое содержание книги:
Słuchałyśmy tego spokojnie, bo baśnie i opowieści miałyśmy w jednym dziale i wszystko o lisie też się tam znajdowało. Pan Terpillon trafił od razu, drabinki tym razem nie potrzebował, wyciągnął tom.
– Załóżmy, że ja to pożyczam? – zaproponował podejrzliwie.
Podeszłam, odchyliłam okładkę, wyjęłam długą kartkę z tytułem dzieła i gestem wskazałam mu, że ma się tu podpisać. Nadal nic nie mówiłam, bo skoro kazał nam milczeć…
– Bardzo dobrze – pochwalił i odłożył lisa na miejsce. Rozejrzał się jeszcze raz, poczytał teksty przyczepione do półek i kiwnął głową.
– Możemy się już odzywać? – spytała grzecznie Krystyna.
– Ależ oczywiście! – odparł pan Terpillon, najwyraźniej zdziwiony, jakby zapomniał, że sam nam zabronił otwierać gębę. – Nie widzę przeszkód. Jeszcze chciałbym dowiedzieć się, czy wydobyły panie z tego wszystkiego – zatoczył krąg ręką, wskazując ściany pomieszczenia – tę wiedzę przyrodniczą, o której mówiła moja klientka. I jaką to ma formę.
Krystyna westchnęła ciężko i zaprezentowała mu swój zielarski elaborat, leżący oddzielnie, na stoliku pod oknem. Wyglądał nader imponująco.
– Zatem życzenia testatorki zostały spełnione. Jeszcze tylko ostatnia formalność. Panie pozwolą. Ja znam ten zamek.
Spojrzałyśmy na siebie z pytaniem w oczach. Co tu miała do rzeczy jego znajomość zamku? Będzie sprawdzał, czy przypadkiem czegoś nie ukradłyśmy…?
Pan Terpillon stanowczym krokiem ruszył przed siebie, nie czyniąc ze swych zamiarów tajemnicy.
– Jest moim obowiązkiem sprawdzić, czy wszystkie książki zostały uporządkowane w bibliotece – zaczął, rozglądając się po jadalni i przechodząc do małego salonu. – Zdarzają się zapomnienia, w tym domu wiele czytano, lektura porzucona gdziekolwiek… Książki pod ręką… Sypialnie, gabinety…
Uznałam za słuszne przyznać się od razu.
– Zgadza się, dwie sztuki znajdzie pan w naszych sypialniach. Też lubimy czytać. Ale w katalogach już zostały zapisane.
– Może powinnyśmy były podpisać się na tych parszywych fiszkach? – szepnęła mi Krystyna w ucho, wchodząc po schodach. – Wypożyczone…
– Gówno, nie wyszły z domu, to żadne pożyczanie. Ale jak chcesz, skocz i podpisz nas…
Zawróciła i popędziła w dół, starając się nie stukać obcasami. Pan Terpillon twardo otwierał drzwi i penetrował wszystkie kolejne pomieszczenia, zaglądając do kątów i badając wnikliwie półeczki pod stolikami. Przeleciał się przez nie używane salony i pokoje gościnne, całe w pokrowcach, obejrzał gabinet i garderoby, po czym skierował się ku sypialni prababci, również przez nas nie używanej. W tym momencie dogoniła nas Krystyna, odrobinę zdyszana.
– Cholera, zapomniałam, co czytasz, i musiałam szukać dziury – wysapała szeptem. – Dobrze, że to wszystko ciasno stoi…
Pan Terpillon otworzył drzwi sypialni prababci Karoliny i zatrzymał się w progu.
– Widzę ogromny nieporządek! – zganił surowo i dość gromko. – Cóż to ma znaczyć?
Wpadłyśmy mu na plecy, zaglądając każda przez jedno ramię, bez żadnych złych przeczuć, wyłącznie zaciekawione.
Jezus Mario…!!!
Na podłodze przed kominkiem leżał nasz kamerdyner, trupio blady, a pod jego głową krzepła wąska strużka brunatnej cieczy…
Obecność notariusza w chwili odkrycia zbrodni okazała się czystym błogosławieństwem. Doskonale wiedział, co należy zrobić, i w mgnieniu oka uruchomił całą maszynerię policyjno-medyczną. Lekarz humanitarnie został wpuszczony do sypialni pierwszy i wówczas wyszło na jaw, że zbrodnia jest wybrakowana. Gaston jeszcze żyje, chociaż wygląda jak nieboszczyk.
Wigor w nich wszystkich wstąpił nadludzki, zamieszanie zrobili potężne, ale pomoc zorganizowali błyskawicznie. Gaston odjechał ambulansem z podejrzeniem złamania podstawy czaszki, przyczyna okropnego wypadku rzucała się w oczy. Leżał z głową na obramowaniu kominka, przewrócił się, upadł do tyłu, rąbnął potylicą i cześć. Niby sprawa wyjaśniona, nieszczęśliwy przypadek, dziwna tylko wydała się obecność przy kominku dwóch pogrzebaczy. Jeden tkwił w zasobniku, a drugi spoczywał pod ręką ofiary. Poza tym pojawiło się pytanie, co, u diabła, poszkodowany robił w piżamie w sypialni pani hrabiny…? Z góry postanowiłyśmy mówić prawdę.
– Ja tego cholernika wrobię – oznajmiła Krystyna mściwie. – A ty jak uważasz. Jak to nie Heaston, to ja jestem książę Karol angielski. Znów się bydlę zakradło, a Gaston go pewnie usłyszał…
– Popieram twoje zamiary, tylko zastanówmy się, czego tu szukał…
– Już mam gotową całą powieść kryminalną. Biżuterii po naszych prababkach, nie wiedział, że jest w bankowym sejfie, myślał, że tu. Porcelany nie tykał, bo mu ją sama pokazywałaś, bał się, że od razu padnie na niego. Widział, że jesteśmy zaklopsowane w bibliotece, miał nadzieję, że reszty jeszcze nie zabezpieczyłyśmy, nie znalazłyśmy nawet…
Zaaprobowałam pomysł, chociaż zarazem ujrzałam także inną możliwość.
– Szczególnie że sama mu powiedziałam o warunku w testamencie – dodałam. – Dopóki nie skończymy, do niczego tu nie mamy prawa, jako jednostki uczciwe, nie wtykamy nosa gdzie nie należy. Ale czekaj, bo może przylazł nie dla rabunku, tylko do którejś z nas? Z miłości?
– Zwariowałaś? I tak przyłaził co noc bez żadnego skutku? Żeby się tkliwie pogapić? Taki nieśmiały?
– A kto będzie wiedział, że przyłaził co noc…?
Krystyna poświęciła na zastanowienie się jedną sekundę i wróciła do własnej koncepcji.
– Nie, do bani, zgłupiałaś chyba, przestępstwa z miłości oni tu traktują ulgowo, nic mu nie zrobią. A poza tym, po co wlazł do pustej sypialni prababci, zamiast do naszych? Zabłądził, sierotka biedna?
– Zabłądzić mógł, trochę ta budowla pogmatwana…
Przestałam się upierać, co i tak czyniłam bez przekonania, tylko po to, żeby nie zgadzać się z nią tak bez reszty, kiedy ze szpitala przyszła wiadomość o stanie zdrowia ofiary. Gaston żyje, czerep ma rozbity, ale bez złamania, przytomność stracił zwyczajnie od silnego uderzenia. Już zaczyna przychodzić do siebie i lada chwila opowie, jak było.
Telefon odebrał pan Terpillon i od razu rozgłosił informację, dzięki czemu gliny pojechały do szpitala, Pierette przestała płakać, a kucharka podjęła obowiązki zawodowe. Udało nam się zjeść obiad, całkiem niezły i prawie nie spóźniony.
Pan Terpillon cierpliwie i bardzo małomównie przeczekał pierwsze chwile dochodzenia, bez oporu przyjął opinię o nieszczęśliwym wypadku i również bez oporu pogodził się z istnieniem wątpliwości. O naszych podejrzeniach dowiedział się już na samym początku, na wszelki wypadek jednakże Krystyna uszczęśliwiła go Heastonem w cztery oczy. Policji donos na niego wolała złożyć później.
Przy obiedzie sam poruszył temat.
– Co się tyczy nabycia posiadłości – rzekł znienacka i bez wstępów – pani hrabina pod koniec życia miała liczne propozycje, podobne w treści do tej ostatniej. Zamek z całą zawartością. Ponadto z jej napomknień wywnioskowałem, że ktoś się tu usiłował kręcić i czegoś szukać. Z tej przyczyny resztki rodowej biżuterii zostały zamknięte w sejfie bankowym, aczkolwiek moja klientka na biżuterię nacisku nie kładła. Pozwoliłem sobie nawet na odrobinę zdziwienia, które nie doczekało się żadnej odpowiedzi.
Zamilkł na chwilę, przyglądając się nam i pilnie bacząc, czy doceniamy wagę wyznania. Stary i doświadczony notariusz czymś się zdziwił, to już nie plewy, zjawisko musiało prezentować osobliwość potężną. Wpatrywałyśmy się w niego wzajemnie z nie ukrywanym zainteresowaniem, które mogło zapewne zaspokoić najbardziej wygórowane wymagania.