Wielki Diament. Tom II
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Wielki Diament. Tom II». Краткое содержание книги:
Krystyna zatrzymała się w fazie między ustami a brzegiem pucharu i zmarszczyła brwi.
– Czy ja tam… nie. Ani razu nie weszłam z papierosem. Ty tam grzebałaś, jak mnie nie było, a potem już robiłam trasę sypialnia-biblioteka-jadalnia i z powrotem. Łazienki nie liczę. Ciekawe…
– No właśnie – mówiłam dalej w zamyśleniu. – Dziwię się samej sobie, ale słońce świeciło i jakoś wpadło mi w oko. Służba nie pali. Gryzie mnie to idiotyczne spostrzeżenie i nie wiem, co z nim zrobić.
Moja siostra odstawiła kieliszek, potem ujęła go znów i wypiła zawartość.
– Co tu będziemy się łudzić, moja droga, ktoś nam składa wizyty. Nie wiem, którędy włazi, bo dom jest zamykany, trzeba, by sprawdzić. Pewnie pan Heaston, albo zostawił pomocnika. Ty się sama zastanów, chcesz przeszukać budowlę, dwie kretynki nie zgadzają się na sprzedaż, a za to same gmerają, co byś zrobiła? Zajęte robotą w bibliotece, uchetane, nic nie widzą, nic nie słyszą, śpią w nocy martwym bykiem. W przekupienie służby nie wierzę, wszyscy troje więcej dbają o ten majdan niż my. Szczerze ci powiem, że wolałabym zastanowić się nad tym jutro, bo dzisiaj robię sobie relaks.
Też zbuntowałam się nagle i postanowiłam zrobić sobie relaks.
– Nawet nie wiem, czy trzeba się będzie zastanawiać. Niczego przecież nie kradnie, a diamentu niech szuka, ile mu się podoba. No, ewentualne listy… W gabinecie więcej nie ma, sprawdziłam, a jutro odwalimy notariusza i zajmiemy się resztą…
Relaks zrobiłyśmy sobie rzetelny, udało nam się obudzić koło południa, tylko po to, żeby niemrawo czekać na przybycie notariusza. Pokojówka przyniosła do jadalni śniadanko i zatrzymała się, jakoś zmieszana i zakłopotana.
– Bardzo przepraszam jaśnie panienki. Czy mogę o coś zapytać?
– Oczywiście, prosimy.
– Czy jaśnie panienki wysłały gdzieś Gastona? Nie ma go od rana, a nie uprzedził, nic nie powiedział…
Popatrzyłyśmy na siebie i na nią, nieco zaskoczone, ale na razie jeszcze bez niepokoju.
– Nie – odparłam, a Krystyna potrząsnęła głową, co mogła uczynić bezboleśnie, bo nie miałyśmy żadnego kaca. Wino było rzeczywiście szlachetne. – Nie widziałyśmy go od wczoraj i nie dawałyśmy żadnych poleceń. Nic nie wiemy.
– Dziękuję bardzo – powiedziała zmartwiona pokojówka, dygnęła szalenie staroświecko i poszła sobie.
Krystyna popatrzyła za nią, podniosła się od stołu i też dygnęła.
– Warto było odwalić tę galerniczą robotę, chociażby po to, żeby zobaczyć, jak baba po pięćdziesiątce dyga – oświadczyła. – Słuchaj, czy ja to robię tak samo? Zdaje się, że babcia usiłowała nauczyć nas w dzieciństwie dygania.
– I całkiem nieźle jej wyszło – pochwaliłam. – Idzie ci to pierwszorzędnie. Możesz się zatrudnić jako pokojówka.
– Pewno mogę, ale nie chcę. Jak myślisz, co się stało z Gastonem?
Dygnęła jeszcze dwa razy i usiadła z powrotem przy stole. Nie wytrzymałam, wstałam z krzesła i też dygnęłam.
– No…? A ja?
– Może być. Babcia miała talent pedagogiczny albo może mamy to w genach. Dawniej wszystkie dziewczynki dygały, teraz już tylko niektóre. Szkoda, to ładne.
Odczepiłam się od salonowych ćwiczeń gimnastycznych i usiadłam na swoim miejscu.
– Co do Gastona, gdyby był o jakieś cztery dychy młodszy, podejrzewałabym, że się gdzieś zabradziażył z panienkami. Ale w tym wieku…?
– Może wziął przykład z nas, tylko załatwił to w piwnicy i gdzieś tam jeszcze śpi?
– Niewykluczone, chociaż wątpię. Jak odzyskam trochę wigoru, mogę go poszukać. Trzyma się świetnie, ale latka robią swoje, zasłabł gdzieś albo co.
– Możemy wysłać Petronelę na wieś, niech się popyta, czy ktoś go nie widział. Za chwilę, niech odpocznę. Ale…! – przypomniała sobie nagle. – Czy któraś z nas zadysponowała jakiś obiad dla pana Terpillona?
– Nie wiem. Ja nie. Chyba że ty.
– Ja też nie. Cholera. Trzeba to zrobić zaraz.
Zadzwoniła na pokojówkę, bo takie tu panowały obyczaje. Poszłybyśmy do niej, zamiast ją ciągać do siebie, ale nie było wiadomo, gdzie jej szukać, a błąkaniem się po zamku z wielkim krzykiem: „Pierette, Pierette!!!" obudziłybyśmy tylko zgorszenie. Przyszła po chwili z nadzieją w oczach, zapewne sądziła, że przypomniałyśmy sobie coś o kamerdynerze, ale musiałyśmy ją rozczarować. Wyjaśniłam, że spodziewamy się gościa, pana notariusza, i trzeba go będzie nakarmić, niech kucharka zrobi, co zechce, nie żałując kosztów, powinien przyjechać za jakieś dwie godziny.
Pan Terpillon przybył punktualnie, wypił małą kawkę i od razu udał się do biblioteki. Poszłyśmy, rzecz jasna, za nim, ogromnie ciekawe, jak będzie sprawdzał jakość naszej pracy.
– Proszę mi niczego nie wyjaśniać i nie pomagać – powiedział stanowczo.
Nie to nie, proszę bardzo, niech się sam męczy. Przyglądałyśmy się mu w milczeniu.
– Życzę sobie znaleźć książkę niejakiego Mardocka, traktat o broni myśliwskiej, angielskie wydanie, koniec dziewiętnastego wieku – oznajmił gdzieś w przestrzeń tak, jakby zawiadamiał o tym samego siebie. – Katalog, widzę. Doskonale.
Otworzył ów katalog na literze M, co przyszło mu bez trudu. Zdecydowałyśmy się ponieść koszty i ten alfabetyczny spis wyprodukować na kartach, wetkniętych w segregatory. Nabyłyśmy segregatory, papier i nawet dziurkacz, a to głównie dlatego, że nie chciało nam się wpisywać tego wszystkiego ręcznie, na maszynie poleciało znacznie szybciej. Wyszły nam z tego dwie potężne kobyły i M znajdowało się akurat na początku drugiej.
– Mardock, Mardock… – mamrotał pan Terpillon w kierunku własnego gorsu. – Jest. Mały traktat o rodzajach, właściwościach, pielęgnacji i użytkowaniu… Jedenaście tysięcy sto dwadzieścia osiem. Segment pięćdziesiąt dwa. Segment…? Proszę nie odpowiadać!
Milczałyśmy nadal posłusznie. Pan Terpillon rozejrzał się po ścianach dookoła.
– Nie jestem jeszcze zupełnym sklerotykiem – powiadomił nas sucho. – A, rozumiem. Szafy różne. Otwarte półki. Segment, rozumiem. Pięćdziesiąt dwa…
Na każdym z owych kawałków, które stanowiły obudowę ścian biblioteki, numer wypisany był wielkimi wołami i umieszczony u góry. Rozmiar cyfr z letrasetu był taki, że nawet ślepy by go odczytał. Brałyśmy pod uwagę krótkowidzów.
Pożądany przez pana Terpillona Mardock stał na najwyższej półce, blisko sufitu. Krystyna opierała się o wysoką drabinkę. Odsunęła się od niej, ale poza tym nie kiwnęła nawet palcem. Chciał sam, niech ma.
Rozejrzał się, chwycił drabinkę, na szczęście niezbyt ciężką, przywlókł ją pod Mardocka, wlazł, nie zleciał, przejechał palcem po numerach na grzbietach i wyciągnął upragnione dziełko. Obejrzał je, kiwnął głową i wstawił z powrotem. Zlazł z drabinki ostrożnie, ale bez szkody dla zdrowia.
– Opowieści o lisie, powiedzmy, że autor nieznany – zaczął znów mamrotać. – Powiedzmy, że nie pamiętam, powiedzmy, że jest ich kilka…
Katalog tematyczny leżał obok w takiej samej formie jak ten alfabetyczny. Był podpisany, a pan Terpillon umiał czytać.
– Baśnie czy opowieści…? – spytał samego siebie. – Pieśni…? Poezje…? Nie, to proza. Zacznijmy od baśni…