Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Wielki Diament. Tom II
Wielki Diament. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielki Diament. Tom II

Электронная книга - «Wielki Diament. Tom II». Краткое содержание книги:

Cenny kamień wędruje przez rozmaite ręce i epoki, aby odnaleźć się współcześnie w pewnej polskiej rodzinie. Poczułam, jak robi się gorąco i dreszcz przeleciał mi po kręgosłupie. Jak on napisał, ten nadawca…? Największy diament świata… Ciekawe, jaki rozmiar może mieć największy diament świata… (fragment powieści)
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 53
Перейти на страницу:

– Może i tak – zgodziła się Kryśka. – Postawiłabym sprawę jasno, ze sprzedaży nici, ale pomagać może, jeśli chce. Niech się zaraz w pająka przemienię, jeśli nie zechce.

Przyjrzałam się jej.

– Ponieważ nie widzę, żebyś się przemieniała w pająka…

***

Tajemniczy dosyć Heaston bez nazwiska użył mnóstwa argumentów, przekonywał nas i tłumaczył, zły był, zirytowany, trochę wyglądał, jakby oceniał nasze szyje, da się udusić każdą jedną ręką czy nie, ale Krystyny w pająka nie zamienił. Chęć pomocy zgłosił.

Ile wysiłku zużyłam, żeby ukryć przed nim jedną kartkę, znalezioną w rozprawie o astronomii, ludzkie słowo nie opisze. Sama z siebie kartka nie wyleciała, objawiła się dopiero przy dokładnym przeglądaniu dzieła, w dodatku napisana była po polsku, ale i tak wolałam nie podsuwać mu głupich myśli.

Dzięki uwolnieniu od wysiłków czysto fizycznych doszłyśmy tak daleko, że zostały nam dwie ostatnie szafy przy drzwiach. Koniec udręk zaczął świtać na horyzoncie. Nawet bez silnego chłopa mogłyśmy skończyć najgorszą robotę w jeden dzień i przystąpić do sporządzania katalogu, stwierdzającego zawartość wszystkich półek w każdym segmencie. Biblioteka stawała się czysta jak kryształ, najgorsza jełopa mogła z zamkniętymi oczami trafić do każdej książki. Zważywszy iż zapiski Krystyny, dotyczące sztuki leczenia ziołami, mogły zająć ze trzy grube tomy, życzenie prababci zostało chyba spełnione.

– Niech się pani jeszcze zastanowi – powiedział wieczorem pomocnik i zabrzmiało to trochę jak groźba karalna. – Lecę jutro do Stanów i nie będzie mnie, ale wrócę pojutrze. Lepszej oferty pani nie dostanie, więc proszę to przemyśleć. Ostatnia okazja.

Nasza rozpaczliwa jednakowość musiała mu chyba nieźle dokopać, bo mówił w przestrzeń między nami dwiema, używając przy tym liczby pojedynczej. Widocznie nie umiał sobie dać rady z jednostką w dwóch egzemplarzach. Zapewniłyśmy go, że przemyślimy, i znów zostałyśmy same.

– No? – spytała Kryśka niecierpliwie. – Coś znalazłaś, widziałam. Co to było?

– Okropność zupełna – odparłam, wyciągając kartkę, ukrytą w częściowym spisie książek. – Pyskowałaś na Antosię Kacperskich, coś mi się widzi, że niesłusznie. Chyba się wiąże.

– Z czym się wiąże? Pokaż!

Dałam jej do poczytania list, znów częściowy, tym razem zawierający początek bez dalszego ciągu. Przynajmniej wiadomo było, do kogo został skierowany.

„Kochany Bracie Marcinku – pisała osoba. – Na wstępie zawiadamiam cię, że wszyscy zdrowi i dobrze się mają, możemy tym sobie dalej nie zawracać głowy. Coś mi się wydaje, a nie tylko mnie, że wpadłeś. Panna Antoinette nieźle zalazła ci za skórę, taki wniosek z Twojego listu wyciągamy zgodnym chórem. Poezja wyszła mi przypadkiem. Matka milczała przez cały jeden dzień, po czym oświadczyła z rezygnacją, że w razie potrzeby udzieli błogosławieństwa, masz więc przed sobą otwartą drogę i możesz robić, co zechcesz. Zapewne ma jakieś przeczucia, bo z góry określa młodą damę imieniem Antosi. Jak widzisz, francuski język wszyscy umiemy tłumaczyć doskonale. Byłoby chyba dobrze, gdyby Florek"… Na tym list się urywał, bo skończyła się strona.

– Nie mogła pisać trochę mniejszymi literami? – zirytowała się Krystyna. – Zmieściłoby się jej więcej! Widzę tu Florka, kto to był Marcinek? Ty te rzeczy wiesz?

– Wiem. Mówiłam ci przecież. Zamiast bajek, słuchałam wspomnień babci Ludwiki i prawie wszystko pamiętam. Marcinek to był brat Florka, Kacperski, plenipotent rodzinny czy coś w tym rodzaju. Zginał w czasie wojny, a mieszkał w tym samym domu co dziadek Zbyszek, dlatego babcia wyszła za dziadka.

– Dlatego, że Marcinek zginął, czy dlatego, że mieszkał w tym samym domu?

– To drugie raczej. Jak im się chałupa rozleciała, przenieśli się do nas. Babcia się w nim zakochała, moim zdaniem, od pierwszego kopa, chociaż twierdzi, że nieco później, po jego bohaterskich wyczynach wojennych.

– I z tej przyczyny została w Polsce i za skarby świata nie chciała wracać do Francji – uzupełniła Krystyna. – O tym chyba coś słyszałam, zostało mi w pamięci. Z idiotycznego powodu zresztą. Babcia rozesłała nas po mieście przed świętami Bożego Narodzenia po zakupy, stałam w ogonku za śledziami, bo ze wsi przyszły karpie, a śledzi nie mieli. Tyś mnie potem zmieniła, ale zdążyłam sobie pomyśleć, jakie piękne życie wiodłabym we Francji, gdyby nie wygłup babci, i bardzo mnie to zdenerwowało. Miałyśmy wtedy piętnaście lat.

– Pamiętam to. Niecałe. Prawie piętnaście. Dali nam do wyboru, śledzie albo robotę w kuchni. Wybrałyśmy śledzie. Co za kretyńskie czasy to były i co za kretyński ustrój.

– Owszem. Babcia do dziś serdecznie życzy Leninowi, żeby z piekła nie wyjrzał.

– Marksa też nie kocha, a co do Stalina, twierdzi, że jej się w głowie nie mieści. Uważa, że musiał być obłąkany.

– Epoka szaleńców, Hitler, Stalin, Dzierżyński, on chyba też był niezły, Mussolini, Franco, ta brodata małpa na Kubie, kto tam jeszcze…? – zreflektowała się nagle. – A co mnie to w tej chwili obchodzi, wracajmy do tematu! List do Marcinka, niewątpliwie od siostry… On tu był?

– Parę lat siedział, razem z Piórkiem służyli prababci Klementynie.

– I zetknął się jakimś cudem z panną Antoinette z Calais… Zaczyna mnie ta Antosia coraz bardziej interesować. Czy ten Marcin się z nią w końcu ożenił?

– Majaczy mi się, że chyba tak, ale głowy nie dam. No nic, dowiemy się w Perzanowie, oni tam przechowują stare papiery. W każdym razie już widać… Na litość boską, skończmy z tą biblioteką! Potem sobie spokojnie przeszukamy całą resztę i może jeszcze co znajdziemy…

***

Skończyłyśmy porządkować katalogi. Były ich trzy, jeden ogólny, utrzymany na ile się dało w porządku alfabetycznym, drugi, też ogólny, spisany w kolejności, w jakiej książki stały, w dużym stopniu tematyczny, i trzeci, w kawałkach, opiewający zawartość każdej szafy i każdego segmentu półek. Ponadto na każdej półce przyczepiony był spis tego, co na niej stało, a na wszystkich grzbietach udało nam się umieścić numery, przylepione taśmą klejącą, nieszkodliwą dla dzieła. Było tego razem dwadzieścia osiem tysięcy trzysta jedenaście sztuk. Odwaliłyśmy olbrzymią pracę i byłyśmy dumne z siebie do szaleństwa.

Pan Heaston nie pojawił się więcej, ale nie zależało nam na nim, bo do pracy umysłowej nie był potrzebny. Odmowa sprzedaży wszystkiego musiała go zniechęcić, a uczuciowość zapewne miał w zaniku, skoro nie poleciał na piękną i młodą kobietę w dwóch egzemplarzach. Być może, wolał pieniądze, kwestia gustu.

– Pan Terpillon przyjeżdża jutro w godzinach popołudniowych, tak? – powiedziała Krystyna, kiedy wieczorem czciłyśmy zakończenie roboty. – Do popołudnia zdołamy chyba wytrzeźwieć? Przysięgam Bogu, ja się dzisiaj upiję najlepszym winem świata!

– Też bym się urżnęła z przyjemnością, ale coś mnie męczy – odparłam z westchnieniem. – Wzięłyśmy takie tempo, że nie zdążyłam się nawet nad tym zastanowić ani tobie powiedzieć. Teraz mam wolny umysł, więc spróbuję, dopóki jesteś trzeźwa jak świnia.

– Pośpiesz się, bo robię, co mogę.

– Widzę. Zwolnij odrobinę. Otóż wczoraj rano weszłam do tego gabinetu po dziadkach i babkach…

– Po cholerę? – zdziwiła się Krystyna.

– Plątało mi się w oczach, że tam leżały jeszcze jakieś książki, dwie albo trzy, chciałam sprawdzić. Nie leżały, jedno to był spis inwentarza żywego, ściśle biorąc koni, hodowanych, krytych, sprzedawanych i tak dalej, w twardym brulionie książkowym, a drugie wycinki gazetowe i notatki o wygranych i przegranych gonitwach, z czasów, kiedy pradziadek jeszcze miał hodowlę. Nie w tym rzecz. Obok tej długiej szafeczki, tej z szufladkami… było trochę popiołu z papierosa. Odrobina, tyle co kot napłakał. Ale jednak. Zobaczyłam to, tknęło mnie, nic nie pomyślałam, ślad jednakże pozostał i teraz zaczynam się zastanawiać. To nie było strząśnięcie, to było takie, jakbyś strząsnęła do popielniczki, którą trzymasz w ręku, a samo powietrze przeniosło ślad. Nie wchodziłyśmy tam wcale od tygodnia, paliłaś tam w ogóle…?

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 53
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)