Gdzie Jest Turbinella?
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Gdzie Jest Turbinella?». Краткое содержание книги:
– To sprawa uczuć.
Alfred trwał w milczeniu, wpatrując się w obrus.
Podano obiad, a oni nadal siedzieli bez słowa. Sara zjadła tylko trochę zupy, wciąż bała się o swój żołądek. Myślała o tym, co powiedział Alfred, ale nic mądrego nie przychodziło jej do głowy. Nie znajdowała właściwych słów, by skomentować jego wypowiedź.
Mała grupka muzyków przygrywała między stołami. Były to rytmy latynoskie, zapewne związane z wpływami z okresu, kiedy Sri Lanka należała do Portugalii. Sara wolałaby posłuchać tutejszych, wyspiarskich melodii.
Grajkom towarzyszyła sympatyczna młoda dziewczyna sprzedająca kwiaty. Z jej koszyka wystawały banknoty, które przed chwilą otrzymała. Sara zauważyła, że dziewczyna chowa skrzętnie monety i drobne pieniądze pod kwiaty, a na wierzchu zostawia większe nominały, sugerując, że są przez nią chętnie widziane.
Muzykanci doszli teraz do ich stolika. Dziewczyna zawiesiła na szyi Sary wieniec bladoróżowych kwiatów, jeden kwiatek zatknęła też Alfredowi za ucho.
– Wielki Boże, ileż to dziwnych rzeczy człowieka spotyka na tym świecie – wyszeptał.
– Ale tak słodko wyglądasz! – zaśmiała się Sara. Odburknął coś pod nosem i wsadził łodyżkę w dziurkę od guzika przy koszuli.
Kiedy grający dostali napiwki i odeszli, Alfred poprosił:
– Saro, opowiedz mi wreszcie coś niecoś o sobie. Pochodzisz ze wsi, prawda?
– Owszem, i muszę przyznać, że nie nadaję się na mieszczucha. Nie lubię miasta. Wyjechałam ze wsi, żeby uciec od pewnej smętnej historii.
– O! Jakiej to mianowicie?
– Ach, to całkiem banalna sprawa. Wyobraziłam sobie, że pewien chłopak patrzy na mnie w szczególny sposób. Okazało się jednak, że był krótkowidzem. Kupił sobie okulary i ożenił się z zupełnie inną dziewczyną.
– Bardzo to przeżyłaś?
– Strasznie się tego wstydziłam. Chyba nawet nie byłam tak naprawdę zakochana, ale czułam się idiotycznie. Odważyłam się okazać mu zainteresowanie czy też odpowiedziałam na jego rzekome zaloty, które w ogóle nie miały miejsca.
– A potem wyjechałaś do miasta? Przyznaj się, masz pewne doświadczenia… no, z mężczyznami?
– Czy ty aby nie przesadzasz? Ja opowiadam szczerze o sobie, a ty zaczynasz robić się ciekawski! Owszem, mam pewne doświadczenia, ale to stare dzieje.
– Jesteś więc spragniona przyjaźni i czułości?
– Chyba już o tym mówiliśmy. Przede wszystkim muszę mieć pewność.
– Jaką pewność? Co do mężczyzny, czy co do uczuć?
– I jedno, i drugie, ale uczucia chyba są najważniejsze. Nie chciałabym przeżyć kolejnego zawodu.
– Potem znalazłaś pracę w mieście. Gdzie pracujesz?
– W biurze inżynierskim „Elitebetong”. Alfred zmarszczył czoło.
– Niedawno słyszałem tę nazwę. Kiedy to było, zaraz, zaraz… No tak, dzwoniłem tam na tydzień przed wyjazdem.
– Dzwoniłeś do mojej pracy? Po co?
– W zupełnie szczególnej sprawie. Przyprowadzono do nas kobietę, która zemdlała na ulicy. Niestety poroniła i odwieziono ją do szpitala. Dzwoniłem, żeby poinformować o tym jej męża, który pracuje w „Elitebetong”. To wszystko.
– Hm – Sara była bardzo zdziwiona. – Nic o tym nie słyszałam.
– To był, zdaje się, drugi czy trzeci miesiąc, więc na szczęście obyło się bez większych komplikacji.
Sara usiłowała sobie przypomnieć pracujących w jej firmie mężczyzn, kilku z nich było żonatych.
– A jak nazywała się ta kobieta?
– Myślisz, że pamiętam? Chociaż czekaj… Chyba Birgitte, Birgitte Brandt, na pewno.
Sara poczuła, że nagle robi jej się gorąco. Drugi czy trzeci miesiąc? A Erik zapewniał, że nie żyje z żoną od ponad roku! Mówił też, że Birgitte nigdy nie byłaby zdolna go zdradzić! Gdyby to zrobiła, miałby dobry powód do rozwodu.
– Biedna kobieta – ciągnął Alfred, nie mając pojęcia, jaką przykrość sprawia Sarze. – Taka miła i uprzejma, widać było, że jest bardzo przywiązana do męża. Tymczasem jeden z moich kolegów twierdzi, że jej małżonek ugania się za młodymi, niewinnymi panienkami.
Wyraźnie zapomina, że dziewczęta po romansie z nim nie są już tak niewinne.
Co dalej? mówiła do siebie Sara. Co ciekawego masz jeszcze w zanadrzu?!
Czy powinna siedzieć spokojnie i słuchać plotek? Nie wątpiła w prawdomówność Erika, a on przedstawiał Birgitte zupełnie inaczej! Mogła mieć kochanka, nawet jeśli się tego wypierała. I do tego jeszcze te aluzje do młodych panienek! W to już zupełnie nie mogła uwierzyć. Ich przyjaźń była serdeczna i szczera, rozwijała się przez dłuższy czas, a Erik nawet walczył ze swoim uczuciem. Tak przynajmniej mówił.
– Czemu nagle zamilkłaś, Saro? A poza tym nic nie zjadłaś. Chyba nie jesteś znowu chora? – pytał zatroskany.
Pokręciła przecząco głową. Gdy się odezwała, niemal nie poznała własnego głosu.
– Alfredzie, może będziesz na mnie zły, ale zdecydowałam, że nie pojadę do Mount Lavinii…
Jego twarz wyrażała nieopisane zdziwienie.
– Dlaczego?
– Dlatego, że czeka tam na mnie właśnie mąż Birgitte Brandt.
– Żonaty mężczyzna czeka na ciebie?
– Tak. Mówiłam ci, że jest nieszczęśliwy, i wierzyłam w to głęboko. Byłam ślepa. Twierdził, że jego żona jest zimną, pozbawioną uczuć osobą, że nie żyją ze sobą od dawna. Powinnam ci chyba być wdzięczna, a tymczasem czuję ogromne rozgoryczenie. Najpierw miałam ci za złe, że pozbawiłeś go glorii bohatera, mimo iż widziałam w nim raczej starszego brata czy ojca. Teraz jestem całkiem zrezygnowana. Znowu czuję się oszukana, nieszczęśliwa, zmęczona tym wszystkim, wstydzę się za samą siebie.
Zmieszany Alfred nie bardzo wiedział, jaki powinien przybrać wyraz twarzy. W końcu upodobnił się do ostrego, nieprzystępnego policjanta.
– I pomyśleć, że cały czas wodził mnie za nos – dodała gorzko Sara. – Stary cap!
– Co powiedziałaś?
Muzykanci zbliżali się właśnie do sąsiedniego stolika. W kilka sekund po tym jak Alfred zadał pytanie, muzyka na moment umilkła, a w dużej sali o dobrej akustyce rozległ się donośny głos Sary:
– Stary cap!!!
Wszyscy jak jeden mąż zwrócili oczy w ich kierunku. Jeden ze skandynawskich gości z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
Sara przykryła dłonią usta i patrzyła przerażona, choć jednocześnie rozbawiona, na Alfreda; on także z trudem zachowywał powagę.
Gdy już ochłonęli, Sara rzekła:
– Wiem, że ci zawadzam, ale naprawdę nie mam się gdzie podziać.
Alfred ocknął się z zamyślenia.
– Naturalnie, pod żadnym pozorem nie pojedziesz do Mount Lavinii. Zakazuję ci. Taki… sama zresztą świetnie go scharakteryzowałaś. Ale nie mogę również zostawić cię tu jutro samej. Dałabyś radę pojechać ze mną? Ostrzegam, że to może być męcząca wyprawa.
Buzia Sary rozpromieniła się w okamgnieniu. Alfred zmuszony był odwrócić twarz, gdyż radość i szczęście, bijące z oczu dziewczyny, wprost go poraziły. Zdał sobie przy tym sprawę, że Sara usiłowała wybłagać u niego taką właśnie decyzję.
– Nie chciałabym jednak towarzyszyć ci wbrew twojej woli – dodała z miną smutnego spaniela.
– Czy takie odniosłaś wrażenie? Rzeczywiście, są z tobą pewne kłopoty, ale…
– Kłopoty?! Ze mną?
– Nie czas na dyskusję – mruknął speszony. – Jutrzejsza wyprawa może okazać się niebezpieczna, ale… nie chcę, żebyś jechała do Mount Lavinii.
– Więc dlaczego mi to proponowałeś?
– Sądziłem, że powinienem.
Spuściła głowę, a w jej oczach pojawiły się błyskawice.
– Chciałeś mnie wypróbować?
– A czy ty nie zachowywałaś się podobnie?
– Nie powinieneś zmuszać mnie do zwierzeń, nie czyniąc tego samemu.