Zwyczajne życie
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Серия: Tereska i Okrętka #1
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Zwyczajne życie». Краткое содержание книги:
– Witam panie – rzekł uprzejmie. – Przyszły panie po sadzonki? Są przygotowane.
Zarówno Tereska, jak i Okrętka, bez uprzedniego porozumienia, były zdania, że należy zachować spokój, powiedzieć „dzień dobry” i za nic w świecie nie ujawniać podejrzeń. Jakaś przeszkoda jednakże stanęła im w gardle, a kończyny odmówiły posłuszeństwa.
– Proszę bardzo! – zawołał osobnik i uczynił zapraszający gest.
– Jeżeli zacznie nas oprowadzać po altance… – szepnęła nagle Okrętka złowieszczo i buntowniczo.
Tereska uczyniła wysiłek.
– Dzień dobry panu – powiedziała mężnie i ruszyła ku działce. – Właśnie, jeżeli pan taki uprzejmy. To sobie zabierzemy…
– No i ile udało się paniom uzbierać? Daleko do tysiąca?
– Nie, już mamy prawie siedemset. Bardzo ładną ma pan działkę. Pana żona na pewno się zdziwi…
Okrętka za nią wydała cichy jęk. Tereska opanowała zamęt w umyśle i ugryzła się w język. Osobnik spojrzał, lekko zaskoczony i rozbawiony.
– Ja nie mam żony. Czekam z tym, aż dojrzeją do zamęścia tak urocze istoty jak panie. Proszę uprzejmie, przygotowałem cztery sadzonki. Panie to noszą w rękach? To przecież ciężkie.
– Nie, wozimy na sankach – odparła Tereska, niedokładnie zdając sobie sprawą z tego, co mówi. – Ale teraz weźmiemy, nie szkodzi. Dziękujemy panu bardzo. Czy chce pan pokwitowanie?
Osobnik wydawał się nieco zdezorientowany.
– Co takiego? Nie, dziękuję, na co mi pokwitowanie? Raczej chętnie obejrzałbym te sanki…
– Przecież… – zaczęła z nagłym oburzeniem Okrętka i umilkła, gwałtownie szturchnięta łokciem.
– Dziękujemy panu, do widzenia.
– Polecam się na przyszłość…
Dzielnicowy i Krzysztof Cegna zmaterializowali się w połowie drogi do furtki.
– To ten! – zawołały gorączkowo obie równocześnie. – Tamtych dwóch nie ma, ale to jest ten, który wtedy był goły i kopał!
Krzysztof Cegna miał dziwny wyraz twarzy. Dzielnicowy prezentował coś jakby niesmak.
– To jest reżyser filmowy z telewizji – powiedział w zadumie. – No cóż, wszystko jest możliwe, nie takie rzeczy się zdarzały. Podobno spotyka się tu czasem z takimi dwoma…
– Jak dla mnie, niech czeka do sądnego dnia! – przerwała nagle stanowczo Okrętka z akcentem niejakiego wstrętu w głosie. – Ja go nie poślubię, to mowy nie ma!
– Ja też nie – zgodziła się Tereska. – Zwariował chyba. W ogóle jakiś dziwny urodzaj na obłąkańców!
– Szanowne panie odniosły wrażenie, że on ma trochę źle w głowie? – zainteresował się dzielnicowy.
– Źle w głowie! – prychnęła z oburzeniem Okrętka. – Jest kompletnie nienormalny! Obrzydliwy obłudnik, hipokryta, przecież doskonale wie, czym jeździmy, co wieczór jeździ za nami! W ogóle ja mam tego dosyć, wczoraj jeden, dzisiaj drugi… Mówiłaś, że więcej wariatów nie będzie!
– Wczoraj też trafiłyście na coś takiego? – dopytywał się dzielnicowy, wyraźnie zainteresowany tematem.
Tereska i Okrętka, zdenerwowane nieco ostatnimi wydarzeniami, dość chaotycznie opisały wizytę u zdumiewająco gościnnego chłopa. Dzielnicowy i Krzysztof Cegna rzucali na siebie porozumiewawcze spojrzenia.
– I jeszcze do tego miał samochód z kretyńskim numerem rejestracyjnym – zakończyła z rozgoryczeniem Okrętka, tak jakby posługiwanie się skomplikowanymi numerami zaliczało się do przestępstw wyjątkowo obrzydliwej kategorii.
– Jakim?
– Nie wiem. Nigdy nie pamiętam daty tej idiotycznej rewolucji. Na początku było przeciwieństwo mojego stopnia z historii. Ona wie.
– Pięć, siedem, osiem, dziewięć – powiedziała Tereska. – Dziwię ci się, że nie pamiętasz, te cyfry idą po kolei.
Dzielnicowemu nie wydawało się, żeby pięć i siedem to było po kolei, ale nie wnikał w szczegóły matematyczne.
– A na początku co było? – spytał – liter nie pamiętacie?
– W i coś tam – powiedziała Tereska.
– WG – powiedziała z triumfem Okrętka. – Zapamiętałam, bo to są inicjały mojej ciotki, tej ze wsi. Znalazła zwłoki noworodka i opisali ją w prasie inicjałami.
Dzielnicowy pomyślał sobie, że Tereska i Okrętka, we dwie, byłyby w stanie dostarczyć mu roboty do końca życia, ale postanowił się nie rozpraszać. Noworodek we wsi, obojętnie jakiej, to na pewno nie był jego rejon. Na miejscu działo się dosyć, żeby nie, musiał obawiać się o brak zajęcia.
Krzysztof Cegna wydawał się przejęty.
– Czarny Miecio – mruknął. – Co on tam robił?
– Żadnego związku do tej pory nie stwierdzono – odmruknął dzielnicowy. – Szanowne panie teraz dokąd? Z powrotem do szkoły?
– Do Tarczyna – warknęła z rozgoryczeniem Okrętka.
– Najpierw do szkoły, musimy to zanieść – sprostowała Tereska, potrząsając pęczkiem sadzonek. – A potem rzeczywiście do Tarczyna. Autobusem.
– No dobrze, podrzucimy was na dworzec autobusowy…
– Już całe miasto widziało, jak nas milicja wozi tym radiowozem – zauważyła z niesmakiem Okrętka w autobusie. – Niedługo dla wszystkich będziemy podejrzane. Uważam, że najwyższy czas z tym skończyć.
– Możliwe, że tylko dzięki temu jeszcze żyjemy – pocieszyła ją Tereska. – Bandyci też widzą i nie mają okazji nas napaść.
– Okazji dostarczamy im do upojenia.
– Ale nie są pewni, czy gdzieś w pobliżu nie ma milicji, i widocznie się boją. Zresztą ja też uważam, że najwyższy czas z tym skończyć. Zobaczymy, co będzie w Tarczynie, a w razie czego mamy jeszcze ogrodników pod Grójcem. Za dwa tygodnie powinnyśmy już to mieć całkiem z głowy.
– Warto by namówić kogoś z samochodem! – westchnęła Okrętka. – Na piechotę pod Grójec to ja sobie tego w ogóle nie wyobrażam!
– Masz kogoś z samochodem?
– Wiesiek… – powiedziała Okrętka niepewnie. – Podobasz mu się.
Tereska skrzywiła się z niechęcią.
– Będzie się do mnie przystawiał. Nie znoszę tego. Całe to ich towarzystwo wcale mi nie odpowiada, przesadzają z podrywaniem. Wiesiek uważa, że jak tylko się do niego odezwę, to już znaczy, że ja na niego lecę, bo w innych celach w ogóle nie opłaca się odzywać.
Okrętka wzruszyła ramionami z politowaniem.
– Przyzwyczaił się. Te głupie dziewuchy też tak myślą i ja bym się sama przyzwyczaiła na jego miejscu. Wszystkie takie, Jolka, Baśka, Agnieszka, Magda… pół klasy! To tylko ty jesteś taka dziwna.
– Aha. Ty też. I jeszcze parę osób.
– To się nie liczy. Nas w ogóle nie widać. Jesteśmy staroświeckie i zacofane jak przed wojną. Większość jest nachalna i wszelkimi siłami chce mieć swojego chłopaka, wszystko jedno jakiego. Nic innego nie mają w głowie.
Tereska pomyślała sobie, że ona też chciałaby mieć swojego chłopaka, z tym że nie mógł to być nikt inny jak tylko Boguś. Nie życzyła sobie żadnych namiastek ani żadnych materiałów zastępczych. Dziwna… Oczywiście, że była dziwna. Nie życzyła sobie chodzić w spodniach, prezentując do nich już nie niechęć, ale wręcz wstręt. Nader rzadko uczestniczyła w prywatkach, uczestnicząc zaś, do osobników płci odmiennej odnosiła się z taką rezerwą, że raziła na tle otoczenia. Nie dawała się nikomu poderwać. Przejmowała się rozmaitymi rzeczami, którymi nikt inny by się nie przejmował. Wszyscy byli zdania, że Tereska jest dziwna.
Na dnie serca i duszy starannie hodowała swój ideał wielkiej miłości. Prezentując na zewnątrz sceptycyzm przeciętnej miary i coś w rodzaju realizmu życiowego, w najtajniejszych zakamarkach jestestwa kryła wiarę w owo nadludzkie uczucie. Miało to być coś potężnego, świętego, unikalnego, opartego na porozumieniu dusz, acz niewątpliwie cielesnego. Dusze jednakże miały wystąpić najpierw, ciało zaś potem.