Zwyczajne życie
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Серия: Tereska i Okrętka #1
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Zwyczajne życie». Краткое содержание книги:
– Kiedy ja nawet lubię sadzić. Wolałabym sama posadzić cały sad niż robić te okropne starania. W dodatku narażając się, że mnie bandyci zamordują! Nie wiesz, dlaczego nie kazali nam ich dzisiaj oglądać?
– Nie wiem. Możliwe, że ich nie mieli pod ręką. Co cię to obchodzi…
– Jak to, co mnie to obchodzi! – zdenerwowała się Okrętka. – Uważasz, że będę tak spokojnie patrzyła, jak mi łeb ukręcają?! Chyba ciebie też powinno interesować, kiedy ich wreszcie unieszkodliwią!
– Nie wiem – powiedziała Tereska z roztargnieniem, najwidoczniej zaprzątnięta nagle jakąś szalenie atrakcyjną myślą. – Wcale nie wiem. Może byłoby dobrze, gdyby mnie napadli przy Bogusiu i on by musiał stanąć w mojej obronie? To podobno bardzo łączy.
– Znam inne sposoby łączenia. Proszę bardzo, mogą cię napadać, jeśli sobie życzysz, ale mnie z tego wyklucz. Nie zależy mi na łączeniu się z Bogusiem.
– Nie rozpędzaj się, tu gdzieś musimy skręcić…
Ostatni właściciel sadu, który obiecał im ofiarować na szlachetny cel piętnaście sadzonek za pokwitowaniem, siedział przy stole w swojej kuchni w towarzystwie dwóch gości. Był wielki, zwalisty, bykowaty i robił wrażenie, jakby praca umysłowa nie była jego ulubionym zajęciem. Towarzyszący mu osobnicy prezentowali w stosunku do siebie same kontrasty. Starszy był bardzo wysoki, bardzo chudy, tak jasny, że robił wrażenie dokładnie spranego, młodszy zaś niski, tęgi, nabity w sobie i wręcz nienaturalnie czarny. Starszy flegmatycznie powściągliwy, spokojny, ubrany z dyskretną elegancją, młodszy żywy, pełen temperamentu, nerwowy, przyodziany w zdumiewającą obfitość jaskrawych barw. Elementem wspólnym dla wszystkich trzech było zainteresowanie, jakie okazywali omawianemu właśnie tematowi.
– Tu jest bezpiecznie – mówił gospodarz, marszcząc czoło. – Lepszego miejsca nie ma. Nikt nas ani razu nie widział. O, szlag by to trafił.
Ostatnie słowa wygłosił tonem lekkiego niezadowolenia, spojrzawszy przypadkiem w okno. Obaj goście poszli za jego przykładem.
– Cholera ciężka – wrzasnął zduszonym głosem młodszy, zrywając się z krzesła.
– Spokojnie – powiedział zimno starszy. – Bez paniki. Zdaje się, że miałeś rację. Wychodzimy tyłem, ale już. Muszą zobaczyć, że nas tu nie ma.
– A mówiłem, że gliny! Mówiłem! Siedzący ciągle przy stole i patrzący tępo w okno gospodarz odwrócił się, zdumiony.
– Jakie gliny? O co chodzi?
– Te dwie dziewuchy na podwórzu! To gliny! Wywęszyły nas! Bezpiecznie. Znalazł sobie bezpiecznie!
– Co on? One są z jakiejś szkoły, po sadzonki przyjechały, obiecałem im wczoraj. Całkiem zapomniałem, chociaż nie, zdaje się, że miały przyjechać później, na wieczór…
– Najlepszy dowód! – denerwował się młodszy, miotając się gorączkowo między stołem a drzwiami. – Wypatrzyły nas już wczoraj! Przyjechały wcześniej specjalnie, żeby sprawdzić!
– Przestań wyprawiać histerie – powiedział spokojnie starszy. – Z jakiej szkoły, jakie sadzonki, skąd się wzięły, jak tu trafiły i kiedy?
Gospodarz wyjaśnił, kto i po co przysłał wczoraj do niego dwie uczennice, oddające się pracy społecznej. Wyprany blondyn sucho wyjaśnił, że spotkano je późnym wieczorem poprzedniego dnia i że wydały się podejrzane. Gospodarz przyświadczył, że owszem, wczoraj również były tu po drzewka u kogo innego, przedtem zaś nigdy ich na oczy nie widział.
– Idzie tu jedna! – zachrypiał dziko nerwowy brunet.
Chudy blondyn spojrzał w okno i podniósł się bez pośpiechu.
– Oddalamy się – zadecydował. – Przestań robić przedstawienie, to jeszcze nic pewnego. Pan wypuści nas tyłem, panie Szymonie, a potem oprowadzi je po całym domu, żeby wyraźnie zobaczyły, że nikogo tu nie ma. Na wszelki wypadek. Potem pan je spławi, a potem zobaczymy, co zrobią. Zabierajcie nakrycia…
– Zamknięte i nikogo nie ma – zaraportowała Tereska, wracając do czekającej ze stołem na sznurku Okrętki.
– To gdzie ten chłop się podziewa? – zdenerwowała się Okrętka. – Powinien być koło domu. W ogóle ktoś powinien być.
– Mogą być w ogrodzie. Mówiłam, że przyjedziemy za wcześnie. Poczekajmy, może się gdzie pokaże, a jak nie, pójdziemy go szukać.
– Nawet nie wiemy, który sad jest jego…
Zostawiły stół na środku podwórza i zajrzały za dom. Stwierdziły, że jedyne otwarte drzwiczki, ulokowane pod schodkami ganku, prowadzą do jakiejś piwnicznej komórki. Tereska przykucnęła i zajrzała tam, dość beznadziejnie, bo w ciemnościach i tak nie było nic widać. Nie mając nic więcej do roboty i wciąż nie widząc dookoła żywego ducha, zrezygnowane usiadły na kobyłkach do piłowania drzewa. W zaczynającym zapadać zmroku podwórze wyglądało dziwnie martwo i ponuro.
– Nawet kur nie ma – powiedziała Okrętka z pretensją.
– Poszły spać – mruknęła Tereska.
– A przecież w tym oknie pali się światło!
– I dlatego uważasz, że powinny być kury?
– Nie, jakiś człowiek.
– Nie widać, żeby ktoś był, a chałupa zamknięta.
Za nimi rozległ się szelest, odwróciły się i ujrzały niezwykle pięknego, czarnego kota z białą łatką na gorsie.
– Spójrz, jaki śliczny! – zachwyciła się Tereska. – Kici, kici, kici…
Kot zatrzymał się, przyjrzał się jej, po czym odskoczył i przysiadł na skraju trawniczka. Tereska zeszła z kobyłki i ruszyła w jego kierunku.
– Kici, kici, kici… Chodź, śliczny kotek, chodź… Nie uciekaj, ty głupi!
Kot odczekał chwilę, po czym znów nieufnie odskoczył kawałek dalej, oglądając się podejrzliwie. Tereska zbliżała się ku niemu łagodnymi, powolnymi ruchami, schylona, z wyciągniętą ręką, wciąż wabiąc go czule. Okrętka przyglądała się z zainteresowaniem.
– Poszeleść mu czymś – poradziła.
– Czym? Kici, kici… Chodź, kiciu, prześliczny jesteś, przecież cię nie zeżrę. Kici, kici, kici…
Podniosła z ziemi patyczek i podrapała nim żwir. Kot okazał zaciekawienie. Tereska drapała coraz bliżej. Wpatrzony w patyczek kot zaczaił się do skoku, po czym nagle rozmyślił się, zawrócił, przemknął za krzakiem i usiadł dwa metry dalej.
– Jesteś równie głupi, jak piękny – oświadczyła z niezadowoleniem Tereska i poczołgała się ku niemu, drapiąc patyczkiem. Kot zastygł w bezruchu.
Okrętka zeskoczyła z kobyłki i udała się za nimi, obserwując scenę z zaciekawieniem. Na podwórzu absolutnie nic się nie działo i Tereska z kotem stanowili jedyną atrakcję. Kot był nieufny i mało towarzyski, drapiący patyczek intrygował go wyraźnie, ale wolał się trzymać w oddaleniu. Znów odskoczył kawałek i znów usiadł.
W ten sposób Tereska i Okrętka przedefilowały na drugi koniec podwórza. Kot uciekł pod jakąś szopę, zatrzymał się i zaczął się bawić końcem sznurka, zwisającego pomiędzy drzewami. Tereska nie żywiła do niego urazy.
– Uwielbiam koty! – oświadczyła z zachwytem. – Popatrz, jaki on jest cudowny!
– Aha – przyświadczyła Okrętka.
– Popatrz, jaki kretyński numer. Każda cyfra inna, nie sposób zapamiętać.
– Gdzie numer?
– A, o tu.
W szopie stał samochód, zwrócony do nich tyłem, wystający nieco na zewnątrz, z porządnie wyczyszczoną, lśniącą tablicą rejestracyjną, na której dawało się odczytać numer.
– Rzeczywiście – przyznała Tereska.
– Zupełnie idiotyczny. WG 5789. Gdyby na początku była jedynka, to byłaby data Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a tak, to ta piątka tylko przeszkadza.
– Dwójka by mniej przeszkadzała – zauważyła z westchnieniem Okrętka. – Bardzo łatwo jest dostać dwójkę z Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Piątkę trudniej.